Wstęp

Korsyka miała być dla nas kolejną podróżą tego roku, a okazała się kolejnym wyzwaniem.
Po raz pierwszy postanowiliśmy dotrzeć na miejsce samochodem z przyczepą i przewieźć na niej motocykle aż do Livorno. Dla wielu osób to nic nadzwyczajnego. Dla nas było to nowe doświadczenie i źródło wielu pytań: jak będzie się jechało, jak parkowało, jak manewrowało i czy w ogóle damy sobie z tym radę.
To jednak nie było największe wyzwanie tej wyprawy.
Znacznie większym była moja pierwsza tak długa podróż na własnym motocyklu. Na mojej małej „żabce”. Gdybym miała zacytować klasyka, mogłabym powiedzieć:
„Jak do tego doszło? Nie wiem…”
Jeszcze niedawno stresowałam się na placu manewrowym, a teraz miałam ruszyć na Korsykę – wyspę słynącą z górskich dróg, serpentyn i zakrętów.
Nie wiem, co ja robię ze swoim życiem.
A właściwie wiem.
Po prostu staram się żyć według swojej ulubionej maksymy:
Bój się i działaj.
No to jedziemy.

wyprawa motocyklowa

Korsyka 2026

Podróż motocyklem

12 dni4500 km3500 zł/os.prom1400 zdjęć
4500 kmdystans
12 dniprzygody
3500 zł/os.budżet
Livorno – Bastiaprom
28miejsc
1400+zdjęć
Dzień: 123456789101112

Dzień 1

Kraków → Livorno

3 czerwca 2026

Zanim nadszedł dzień wyjazdu znowu dużo się działo. Wygląda na to, że słabo nam idzie wdrażanie wniosków z poprzednich podróży. W czasie tulipanowej wyprawy obiecaliśmy: żadnych atrakcji przed wyjazdem, tylko planowanie i pakowanie.

My jednak nie umiemy żyć powoli. Był zatem spektakl, koncerty, kino, spotkania, wizyty lekarskie i jeszcze moje jazdy w szkole motocyklowej. W efekcie pakowaliśmy się dzień przed wyjazdem.

Czytaj dalej →
Droga przez góry podczas wyprawy motocyklem 28 zdjęć
Motocykl Zachód słońca Góry Jedzenie w podróży
KosztySzczegółowe zestawienie wydatków PromLivorno – Bastia i informacje CampingiGdzie nocowaliśmy i ile kosztowało PakowanieLista rzeczy na motocykl MotocykleNasze maszyny i przygotowanie PoradyWskazówki po doświadczeniach

3.06.2026

Kraków - Livorno

Zanim nadszedł dzień wyjazdu znowu dużo się działo. Wygląda na to, że słabo nam idzie wdrażanie wniosków z poprzednich podróży. W czasie tulipanowej wyprawy, obiecaliśmy: żadnych atrakcji przed wyjazdem, tylko planowanie i pakowanie. My jednak nie umiemy żyć powoli… Był zatem spektakl Beetlejuice w Teatrze Muzycznym w Chorzowie, wspaniały prezent od dzieci pod choinkę, spektakl „Psie serce” w Teatrze Supernova, prezent od Uli na dzień matki, dwa koncerty, kino, spotkania w znakomitym towarzystwie, a do tego kilka wizyt lekarskich, mnóstwo pracy – jak to zwykle przed wyjazdem, i jeszcze moje jazdy w szkole motocyklowej, do której postanowiłam wrócić po dwóch latach przerwy. W efekcie pakowaliśmy się dzień przed wyjazdem, co zapewne objawi się w trakcie kilkoma ważnymi zapomnianymi rzeczami. Przynajmniej jedno poszło zgodnie z planem – przyczepę motocyklową wypożyczyliśmy dwa dni wcześniej. Pierwszy przejazd samochodem z przyczepą należał do mnie. Wszystko poszło gładko. Poradziliśmy sobie też, choć nie bez wsparcia, z załadowaniem Wacka motocykla. No ciężka bestia jest… Z moją „żabką” było już zdecydowanie łatwiej.
Gdy już wszystko co potrzebne znalazło się w samochodzie, motory na przyczepie – o 7.30 ruszyliśmy – po uprzednim błogosławieństwie mojego Taty. Początek był bardzo trudny, nieustannie sprawdzaliśmy czy motory są w pionie, baliśmy się każdej nierówności na drodze. Do tego ta perspektywa niemal 1400 km i co najmniej 16 godzin jazdy. Z czasem nabraliśmy wprawy, a od momentu wjazdu na autostradę jechało się naprawdę dobrze. Pierwszy przystanek to czeskie odpocivadlo Nemilany. Tu zatrzymujemy się w czasie każdej podróży. Znajduje się tu nasz „totem” – słup z vlepkami. Dokleiliśmy nową – Korsarze na Korsyce 2026. Humory od razu nam się poprawiły. W Czechach zaczęło mocno padać, temperatura spadła do 15 stopni, a my siedzieliśmy wygodnie w samochodzie, podczas gdy obok przemykali przemoczeni motocykliści. Normalnie, bylibyśmy na ich miejscu. W Austrii straciliśmy mnóstwo czasu w korkach. Obwodnica Wiednia zabrała nam niemal godzinę. Później okazało się, że to zepsuta ciężarówka z Polski tarasowała jeden pas. Mimo sentymentu do rodaka, ciężko było nam wybaczyć tę stratę. Włochy tego dnia też nie były łatwym przeciwnikiem. Autostrada do Livorno kosztowała nas 52 euro, w zamian za co dostaliśmy A4… tylko gorzej: roboty, zwężenia, a przed Bolonią zamknięcie drogi zupełne. Do tego ciemna noc i gigantyczne zmęczenie. Wystarczy powiedzieć, że było ciężko, a resztę puścić w zapomnienie…
P.S. Tato, pewnie nie uwierzysz, ale zeszliśmy do 6,8 l na setkę.
P.S.2 Wojcieszku, jakiś czas jeszcze będę Ci wypominała sprawę z kanistrami…
P.S.3 Ulcia, dziękuję za całonocne wsparcie.

4.06.2026

Ferry, ferry lejdi

To dziwny dzień, bo nie wiadomo od kiedy go liczyć, czy normalnie od północy, czy od pobudki o 5 rano. A wszystko przez to, że pierwszy dzień był bardzo długi. Jechaliśmy całą noc. O 3.15, będąc 10 km od miejsca, gdzie mieliśmy zostawić samochód i przyczepę, stanęliśmy, wzorem tirowców, w zatoczce przy drodze i ucięliśmy sobie drzemkę. Gdy budziki zadzwoniły o 5 byłam w zupełnie innej rzeczywistości. Ale trzeba było wstać, mimo zmęczenie i zimna, i podejść do jednego z większych wyzwań tej podróży: zaparkować auto z przyczepą, odczepić i sprowadzić motocykle, zapiąć kufry i ruszyć do portu. Boże – myślałam – jak sobie poradzimy z tą „bestią” Wacka…

Oszczędzę szczegółow: było ciężko, nerwowo i pod presją czasu. Wszystko się jednak udało i wkrótce pędziliśmy – każdy ma swoim motocyklu (!) – w stronę promu. Nie mam pojęcia jak przejechałam te 20 km i jak wjechałam pod górę na prom – w akompaniamencie ryku silników aut i motocykli, i pokrzykiwań załogi promu. Adrenalina to cudotwórczyni. Byłam z siebie taka dumna…

Promem z Livorno do Bastii płynęliśmy ponad 4 godziny. Wybraliśmy Moby z uwagi na niższą cenę. W przypadku kierowcy i motocykla było to ok. 60 euro. Polacy, z którymi rozmawialiśmy na promie za samochód i dwoje pasażerów zapłacili 200 euro.

Na promie zjedliśmy ostatnie buły z krakowską i jajkiem, nasz obowiązkowy rytuał każdego wyjazdu. Trochę drzemaliśmy, a sporo czasu siedzieliśmy na pokładzie sycąc oczy widokiem bezbrzeżnego morza. Wacek znalazł dla nas kemping na nocleg. Z uwagi na odczuwane straszne zmęczenie, zdecydowaliśmy się na kemping oddalony zaledwie 16 km od portu.

Korsyka przywitała nas słońcem i bezchmurnym niebem. Ciepło, o którym marzyliśmy, dołożyło swoje 3 grosze do już ogromnego zmęczenia. Rozbijaniu obozu towarzyszył trud, pot i dużo łez. Ale też zapewnienia o wsparciu i poradzeniu sobie ze wszystkim…

Popołudnie spędziliśmy na odpoczynku, był czas na wymarzony prysznic, domowy obiad, pierwszą kąpiel w morzu, pływanie w basenie i spacer do sklepu.

Sen przyszedł szybko. Jeszcze tylko ostatnie słowa i oddaje się w objęcia Morfeusza. Dobrej nocy – mówię sama do siebie, bo Wacek już równo pochrapuje…

5 czerwca 2026 r.

W tempie „slow”: Od jajecznicy z odzysku po azjatyckie plany

Wstaliśmy o ósmej, po dwunastu godzinach snu. To chyba najlepszy dowód na to, jak bardzo byliśmy zmęczeni po dwóch poprzednich, wymagających dniach.
Na śniadanie zjedliśmy jajecznicę z części jajek, które przetrwały upadek kufra z motocykla. Straty okazały się mniejsze, niż początkowo przypuszczaliśmy, więc mogliśmy cieszyć się całkiem przyzwoitym posiłkiem.
Pakowanie szło nam dziś wyjątkowo opornie. Kiedyś potrafiliśmy zwijać obóz naprawdę szybko, dziś zajęło nam to prawie trzy godziny. Myślę, że dopiero teraz wychodziło z nas zmęczenie dwóch poprzednich trudnych dni.
Potem spotkała mnie przykra niespodzianka. Moja „żabka” nie chciała odpalić. Całe szczęście – nie z Wackiem takie numery. Dał sobie radę i z tym problemem, więc po chwili mogliśmy ruszyć w trasę.
Na dziś zaplanowaliśmy zaledwie 160 kilometrów. Niby niewiele, ale Korsyka po raz kolejny pokazała nam, że tutaj odległości mierzy się zupełnie inaczej.
Po drodze było tak pięknie, że nie mogliśmy się oprzeć i zatrzymywaliśmy się często, by „ochami” i „achami” uczcić cuda przyrody. Błękitne morze, monumentalne klify zwisające groźnie nad zatokami, ośnieżone góry na horyzoncie. Mijaliśmy też malutkie kamienne miasteczka, przyklejone do zboczy i rozsiane pomiędzy górami a morzem.
W jednej z przydrożnych kafejek zatrzymaliśmy się na kawę i lody. Całe szczęście, że to Francja – można, bez ryzyka ostracyzmu, wypić cappuccino o czternastej.
To właśnie tam zastała nas wiadomość od Uli. I zupełnie spontanicznie – za jej pośrednictwem – kupiliśmy bilety do Wietnamu. Jeszcze rano jechaliśmy korsykańskimi drogami, a po południu mieliśmy już zaplanowaną kolejną wielką podróż. Uluniu – dziękuję.
W drodze na kemping zobaczyliśmy plażę i znowu zrobiliśmy postój. Kąpiel była wspaniała. Temperatura wody przypominała gorące lato nad Bałtykiem, ale jej kolor i przejrzystość były absolutnie nieporównywalne.
Na kemping dotarliśmy około dziewiętnastej, pokonawszy jedyne 100 kilometrów. Pozostałe 60 postanowiliśmy nadrobić jutro. Dziś wygrywało niespieszne podróżowanie i zatrzymywanie się tam, gdzie akurat mieliśmy na to ochotę.
Kemping po raz kolejny zaskoczył nas przystępną ceną. Dwie osoby, dwa motocykle i namiot kosztowały zaledwie 23 euro.
Na obiadokolację kuchnia serwowała grochówkę z makaronem orzo i gulaszem angielskim z Lidla. Doprawione na ostro smakowały doskonale. Po całym dniu w drodze był to dokładnie taki posiłek, jakiego potrzebowaliśmy.
Wieczorem wybraliśmy się jeszcze na długi spacer po plaży. W jednym z barów natknęliśmy się na grupę przygrywającą do przysłowiowego kotleta. W repertuarze znalazło się kilka szlagierów, więc przez chwilę pobujaliśmy się do rytmu muzyki. Nieoczekiwana rozrywka na koniec dnia.
Pozostaje już tylko napisać kilka słów, wypić herbatę na dobranoc i położyć się spać.
Jutro znów w drogę…
P.S. Daję radę. Niektóre zakręty wychodzą mi naprawdę dobrze 🙂

6 czerwca 2026 r.

Bo liczy się droga: Setki zakrętów, ślady Kolumba i ludzka życzliwość

Dzień rozpoczął się bardzo smacznie. Wacek wybrał się do lokalnego sklepiku po świeże bagietki. Chrupiące pieczywo z pasztetem podlaskim i kiełbasą krakowską przebija każde francuskie śniadanie. Pakowanie szło nam dziś znacznie sprawniej, gdyż większość bagaży została wczoraj na motocyklach. To dobry patent na resztę podróży. Wyruszyliśmy w drogę o 10, z planem pokonania ok. 160 km. To normalnie bardzo krótki odcinek – gdy jeździliśmy na jednym motorze, Wacek pokonywał znacznie dłuższe dystanse. Ta wyprawa obliczona jest jednak na większy relaks. Dla mnie to i tak bardzo duże wyzwanie. Drogi, którymi dziś jechaliśmy D80 i D81, to jedne z najpiękniejszych na Korsyce. Niezwykle widokowe i niesamowicie kręte. Pod koniec Wacek podsumował, że mamy za sobą dziś setki zakrętów. Ja nie miałam o tym pojęcia, bo jechałam w takim skupienie, niemal w transie, by tylko pokonać każdy zakręt możliwie dobrze i bezpiecznie. Zauważyłam pewną prawidłowość – jako osoba z urodzenia leworęczna łatwiej pokonuję zakręty w prawo. Potrafię zejść niżej i pogłębić zakręt. W lewo – czuję opór, jakbym intuicyjnie broniła tej mojej lepszej strony. Coś w tym jest, bo praworęczny Wacek woli zakręty w lewo!
Po drodze, w poszukiwaniu napojów do naszych camelbagów, wstąpiliśmy do sklepu z pamiątkami. Kupiliśmy do naszej kolekcji dwie tablice metalowe : jedną z motywem typowym dla Korsyki, drugą z kotami i napisem „Corsicat”. Będą fajną pamiątką z wyprawy.
Odwiedziliśmy też urocze miasteczko Calvi. Nad zatoką, nad którą jest położone, góruje cytadela, w której części mieszczą się koszary Legii Cudzoziemskiej. W obrębie twierdzy znajduje się pamiątkowa tablica na cześć Krzysztofa Kolumba. Według niektórych legend, słynny żeglarz urodził się w Calvi, a w XIII-wiecznej katedrze Cathédrale St-Jean-Baptiste drewniany posąg oznacza miejsce, w którym podobno stał dom rodziny Kolumba przed budową katedry. Choć korsykańska tradycja jest żywa, warto wiedzieć, że „prawa” do Krzysztofa Kolumba rości sobie też Genua. Podczas naszej lutowej wyprawy do Genui, odwiedziliśmy kościół, w którym rzekomo był chrzczony Kolumb.
Do pozostałej części dnia doskonale pasuje motocyklowa sentencja: bo liczy się droga. Nasza droga dodatkowo była pełna zakrętów. Wacek twierdzi, że idzie mi coraz lepiej, a ja mu bardzo chcę wierzyć. Choć prawdę mówiąc, to mamy taką umowę z „żabką”, ona robi swoje, a ja staram się tego nie spier…ić.
Nie obyło się dziś bez śmiesznej sytuacji. Rano Wacek nastraszył mnie, że miał problemy, by zapalić „żabkę”. Tak się przejęłam, że na jednym z postojów, faktycznie nie mogłam jej zapalić. Wacek już chciał interweniować, ale w porę zauważyłam, że nie włożyłam kluczyka do stacyjki…no cóż.. Można się uśmiechnąć, ale proszę nie komentować 🙂
Około 19 dotarliśmy do znalezionego wcześniej przez Wacka kempingu i rozpoczęliśmy naszą wieczorną rutynę: rozbić namiot, przygotować kolację (dziś zupa pomidorowa z ryżem i poranną bagietką), wziąć prysznic i napisać kartkę do dziennika podróży. Dziś jednak wydarzyło się coś jeszcze.
Rozbolał mnie brzuch, więc Wacek wsiadł na motocykl i pojechał do pobliskiego marketu, mając nadzieję, że tam – tak jak w Polsce – kupi jakieś tabletki przeciwbólowe. Niestety we Francji można się w nie zaopatrzyć tylko w aptece. I wtedy stało się coś cudownego. Kobieta, która przysłuchiwała się rozmowie Wacka, poratowała go własnymi tabletkami paracetamolu. I jak tu nie wierzyć, że dobro wraca… Kilka lat temu miałam podobną sytuację, tylko ja ratowałam inną kobietę nospą…
Zasypiam, pisząc te ostatnie słowa, z nadzieją, że nie będę śniła o zakrętach.

7 czerwca 2026 r.

Jak poranna pobudka kupiła nam bilety do USA (i dlaczego frytki wygrały z Napoleonem)

Spaliśmy dziś wyjątkowo długo. O 8:50 obudził mnie dzwonek telefonu. Dzwoniła Ulcia z informacją, że znalazła tanie bilety do Nowego Jorku na dokładnie ten termin, który planowaliśmy. Tanie, czyli około 8000 zł za cztery osoby, już z miejscami i małym bagażem. Co więcej, lot był do Newark, a właśnie tam najbardziej chcieliśmy lądować.
Ta wiadomość postawiła mnie na równe nogi szybciej niż najmocniejsza kawa. Przez następne pół godziny, nie odrywając telefonu od ucha, wspólnie z Ulą kupowałyśmy bilety.
I tak! Lecimy we wrześniu do USA.
Co za dzień. Co za tydzień!
Dopiero potem mogliśmy spokojnie rozpocząć poranek. Pakowaliśmy się dziś ostrożnie i bez pośpiechu, bo wyraźnie czułam spadek formy. Organizm chyba zaczął dopominać się o chwilę odpoczynku.
Zaczęliśmy więc od niespiesznego śniadania. Jajecznica i ostatnie kromki chleba przywiezionego z Polski smakowały wybornie. Być może dlatego, że coraz bardziej zaczynamy doceniać rzeczy proste.
Z kempingu wyruszyliśmy około południa. Plan na dziś zakładał przejechanie około 160 kilometrów. Niby niewiele, ale na krętych korsykańskich drogach kilometry liczą się co najmniej podwójnie.
Pierwszy przystanek zrobiliśmy w punkcie widokowym w okolicach Piany. To właśnie tam znajdują się słynne Calanques de Piana. Widoki były naprawdę wyjątkowe. Ogromne formacje skalne w kolorach czerwieni, pomarańczu i różu wyrastają stromo z turkusowych wód zatoki, osiągając miejscami nawet 400 metrów wysokości. Przez tysiące lat wiatr i woda wyrzeźbiły w nich fantazyjne kształty. Jedni dostrzegają tam głowę psa, inni serce.
Ja zobaczyłam dwa całujące się koty.
Oczywiście musiałam zrobić im zdjęcie.
Warto dodać, że skały te są tak unikalne, że zostały wpisane na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO.
Kolejnym punktem naszej trasy było Ajaccio – największe miasto Korsyki i jednocześnie stolica wyspy.
To właśnie tutaj niezwykle żywy jest kult Napoleona Bonaparte. Znajduje się tu dom, w którym się urodził i spędził dzieciństwo, grota, w której podobno lubił przesiadywać, a także dwa pomniki poświęcone jego pamięci. Jest również Katedra Najświętszej Marii Panny – XVII-wieczna świątynia, w której w 1771 roku został ochrzczony przyszły cesarz.
Niesamowite jest to, jak Napoleon z dumnego Korsykanina stał się zagorzałym Francuzem. Początkowo był przeciwnikiem Francji i gorąco podziwiał Pascala Paoliego – rewolucjonistę i pierwszego przywódcę Republiki Korsyki . Później jednak, wskutek konfliktu z Paolim, rodzina Bonapartów została wygnana z wyspy, a ich dom splądrowany i spalony przez zwolenników korsykańskiego przywódcy.
Napoleon nigdy tego Korsyce nie wybaczył i podobno żywił do niej urazę aż do śmierci na Wyspie Świętej Heleny. Na krótko przed śmiercią miał powiedzieć słowa:
„Korsyka jest dla Francji tylko przeszkodą. Brodawką na jej twarzy”.
Nas jednak Ajaccio nie zachwyciło. Być może trafiliśmy tam w niefortunnym momencie, podczas sjesty. Miasto wydawało się opustoszałe, większość miejsc była pozamykana, a ulice sprawiały wrażenie uśpionych.
Pospacerowaliśmy trochę, kupiliśmy magnesy, a potem – wiedzeni głodem – ruszyliśmy poza miasto.
Obiad zjedliśmy w KFC. Nie był to szczególnie udany wybór. Po raz kolejny doszliśmy do wniosku, że w Polsce wszystko smakuje lepiej. Ale ja miałam ogromną ochotę na frytki i to był argument nie do odparcia.
Potem zostało już tylko ostatnie trzydzieści kilometrów.
Na kempingu La Vallée zameldowaliśmy się późnym popołudniem. Trafiliśmy na świetne miejsce – ze stołem i blisko sanitariatów. Takie drobiazgi na kempingu szybko okazują się bardzo ważne, szczególnie w naszym wieku.
Wieczorem zgodnie stwierdziliśmy, że potrzebujemy odpoczynku.
Jutro zdecydujemy, czy zostaniemy tutaj dzień dłużej.
Czasem najlepszym planem podróży jest po prostu… nie mieć planu.

8 czerwca 2026 r.

Reset na plaży: Jak zimna noc zamieniła się w palący dzień

Dzień zapowiadał się trudny, a okazał się bardzo przyjemny.
Nie mogłam dziś spać. Było mi zimno, choć temperatura w nocy wynosiła około 16 stopni. A przecież zdarzało nam się już spać w namiocie przy dwóch stopniach powyżej zera. Po takiej nocy spodziewałam się więc trudnego dnia: niewyspana, obolała i zmęczona.
Wacek od samego rana wahał się, jaki plan obrać na dziś. Na szczęście dla mnie zaproponował dzień odpoczynku. Żadnej jazdy. Trochę plażowania. Dużo odpoczynku.
To był prawdziwy miód na moje obolałe ciało.
Dzień zaczęliśmy od wyprawy po zamówione dzień wcześniej bagietki i krótkiego spaceru po plaży. Potem podjęliśmy decyzję, że zostajemy na tej najbliższej, położonej tuż naprzeciw naszego kempingu.
Jak dzień bez motocykli, to na poważnie.
Na plażę wyruszyliśmy w samo południe. Może to dobra pora na pojedynek, ale z pewnością nie na opalanie. Na szczęście udało nam się znaleźć odrobinę cienia pod skałami. Niestety słońce i tam potrafiło nas odnaleźć.
Spędziliśmy na plaży może dwie, góra trzy godziny. Wieczorem czuliśmy jednak, jakbyśmy leżeli tam przez cały dzień. Skóra piekła niemiłosiernie i wyraźnie dawała nam do zrozumienia, że korsykańskiego słońca nie należy lekceważyć.
Mimo to, po późnym obiedzie wybraliśmy się jeszcze na spacer.
Idąc wzdłuż brzegu, odkryliśmy dziwną kamienną ścieżkę poprowadzoną pod skałami. Wyglądała tak, jakby ktoś kiedyś miał wobec niej wielkie plany, po czym nagle je porzucił. Ścieżka niespodziewanie się kończyła, by kilka metrów dalej znów się pojawić.
Z ciekawości poszliśmy dalej.
W ten sposób dotarliśmy do kolejnej piaszczystej plaży. Dziś była niemal zupełnie pusta, ale bez trudu można było sobie wyobrazić, jak wygląda to miejsce w szczycie sezonu. Leżaki, parasole, dzieci budujące zamki z piasku, gwar rozmów i zapach kremów do opalania.
Teraz panował tam spokój. Tylko morze, piasek i kilka spacerujących osób.
Choć niewiele się dziś wydarzyło, był to naprawdę dobry dzień.
Taki, którego czasami najbardziej potrzeba w środku podróży.
Wacek podsumował go krótko:
— Przynajmniej nie będziesz musiała dużo pisać.
Nie będę mu udowadniać, że będzie inaczej.
Teraz pozostał już tylko chłodny prysznic, który mam nadzieję ukoi sparzoną słońcem skórę, i sen.
Z nadzieją, że tej nocy Morfeusz okaże się dla mnie nieco łaskawszy.

9 czerwca 2026 r.

Jak nie zginąć na korsykańskim zakręcie i co w kościele robił pastor z ogonem?

To był wyczerpujący dzień, choć odległość, jaką dziś przejechaliśmy, nie jest żadnym wyczynem.
Postanowiliśmy wstać o siódmej, żeby zwinąć obóz zanim słońce zacznie naprawdę przygrzewać. Dziś miało być cieplej niż wczoraj i choć obecnym temperaturom daleko do letnich upałów, to po wczorajszym opalaniu każdy dodatkowy promień słońca sprawiał pewien dyskomfort.
Nie udało nam się jednak osiągnąć imponującego wyniku. Z kempingu wyjechaliśmy dopiero około dziesiątej.
Za to sama jazda na motocyklu przynosiła ulgę porównywalną z włączeniem klimatyzacji w rozgrzanym samochodzie.
Dzisiejszy cel stanowiło Bonifacio, oddalone od naszego noclegu o zaledwie 105 kilometrów. Niby niewiele, ale na Korsyce to całkiem sporo. Tutaj nie ma prostych dróg. Czasami, pokonując kolejny zakręt, a potem następny i jeszcze jeden, zastanawiam się, jaką fantazję mieli ich budowniczowie. Dłuższe proste odcinki trafiają się właściwie tylko w miasteczkach. I to też nie zawsze.
Pierwszy postój zrobiliśmy po około czterdziestu kilometrach, przy sklepie SPAR. Marzyła mi się kawa mrożona i świeżutki croissant. Niestety zapomniałam, że we Francji nie ma takiego wynalazku jak kawa z lodówki w plastikowym kubku. Kawę pije się tutaj w kawiarniach, a nie między sklepowymi półkami.
Pozostał więc croissant i sok pomarańczowy. Też dobre.
Przed sklepem spotkaliśmy motocyklistę z Krakowa. Jechał do Bonifacio i wracał tym samym promem do Livorno, co my. Narzekał bardzo na korsykańskie drogi – że wymagające, że kiepskiej jakości. Opowiedział nam również historię motocyklisty, który jadąc drogą przy czerwonych skałach, zagapił się na zakręcie i wjechał w skarpę.
A ja tamtędy przejechałam bez większego problemu. Nie ukrywam, że jestem z siebie dumna. I z mojej „żabki”, która choć mała, ma naprawdę dzielne serce.
Ruszyliśmy dalej. Przejechaliśmy może dziesięć kilometrów, gdy zobaczyliśmy przed sobą ogromny korek. Wyglądał naprawdę groźnie. Motocyklami udało nam się dojechać na sam jego początek. Kilka kilometrów dalej stały już dziesiątki innych motocykli.
Przyczyna okazała się poważna.
Droga została zablokowana przez autobus, który doszczętnie się spalił. Widzieliśmy jego wrak i zwęglone pozostałości na jezdni. Na szczęście służby były już na miejscu i po około pół godzinie stania w pełnym słońcu, mogliśmy ruszyć dalej.
Przed Bonifacio Wacek znalazł kemping, na którym rozbiliśmy namiot. Po szybkim prysznicu i przebraniu się w „cywilne” ubrania ruszyliśmy pieszo do miasta.
Zwiedzanie rozpoczęliśmy od przejażdżki małym turystycznym pociągiem, który woził gości po najciekawszych punktach. Dzięki niemu dotarliśmy na najwyższy punkt miasta – Cytadelę. Stamtąd mogliśmy już spokojnie schodzić w dół i odkrywać kolejne zakątki Bonifacio.
To ponoć najpiękniejsze miasteczko na Korsyce. Trudno się z tym nie zgodzić.
Jego wyjątkowe położenie na wysokim wapiennym klifie, który jednocześnie tworzy niewielki półwysep, zachwyca niemal każdego przybyłego. W doskonale osłoniętym porcie cumują okazałe jachty, a Górne Miasto pełne jest zabytkowych budowli i niezwykłych punktów widokowych.
Największe wrażenie zrobił na mnie jednak Cmentarz Morski na końcu półwyspu.
Poza Wesołym Cmentarzem w Rumunii nie widziałam piękniejszego cmentarza. Okazałe grobowce, ustawione obok siebie niczym niewielkie domki, tworzą coś na kształt małego miasteczka. W tle widać morze i białe klify.
To miejsce niezwykle skłania do zadumy.
Jedną z najbardziej znanych atrakcji Bonifacio są Schody Króla Aragonii. To 187 bardzo wysokich stopni wykutych w skale.
Legenda głosi, że zostały stworzone przez wojska króla Aragonii w ciągu jednej nocy, podczas oblężenia miasta w 1420 roku. Prawda jest jednak znacznie bardziej prozaiczna. Najprawdopodobniej schody wykuli franciszkańscy mnisi, aby zapewnić sobie dostęp do źródła słodkiej wody znajdującego się u podnóża klifu.
Niezależnie od ich pochodzenia, zejście nimi jest prawdziwym testem odwagi i kondycji.
My zdaliśmy go na piątkę.
Spacerując uliczkami Górnego Miasta, trafiliśmy również do Kościoła Świętej Marii Większej, ponoć najstarszego budynku w Bonifacio. Mam nadzieję obejrzeć go dokładnie na zdjęciach, ponieważ podczas zwiedzania całą naszą uwagę skradł pewien osobnik siedzący na mównicy.
Był to piękny szylkretowy kot, który niczym prawdziwa gwiazda pozował do zdjęć i z godnością prezentował swoje wdzięki. Usłyszałam nawet komentarz wypowiedziany po angielsku, że mógłby z powodzeniem zastąpić pastora.
Po kilku godzinach spacerowania, głód i zmęczenie skutecznie zagnały nas z powrotem na kemping.
Wieczór upłynął już spokojnie – na refleksjach i planowaniu kolejnego dnia.
Znając Wacka, plany będą ciekawe…

10 czerwca 2026 r.

Nowojorski chaos, psie żebry i „żabka” na pych, czyli jak opanować kryzys w 28 stopniach

Obudziłam się z koszmarną migreną i już wiedziałam, że to nie będzie łatwy dzień.
Najpierw przyszła wiadomość od Taty. Kiedy zadzwoniłam do niego z życzeniami urodzinowymi, dowiedziałam się, że jest w szpitalu i czeka na koronografię. Zrobiło mi się smutno, że nie zadzwonił wcześniej i nie powiedział, że coś się dzieje.
Nie trafiają do mnie tłumaczenia, że nie chce się kogoś martwić. Od tego są bliscy, by być blisko. By się wspierać, wspólnie myśleć i dzielić problemami.
Później pojawiły się obawy, czy „żabka” odpali. Ostatnio kilka razy uruchamialiśmy ją „na pych”, bo nie chciała zapalić. Po powrocie akumulator na pewno będzie do wymiany.
W międzyczasie trwała nieustanna korespondencja na Messengerze w sprawie rezerwacji noclegów w Nowym Jorku. Zamieszanie, mętlik w głowie, do tego kilka innych mniejszych i większych problemów. No i migrena, która uparcie nie chciała odpuścić.
Dziś mieliśmy do pokonania około 130 kilometrów. Taka rozgrzewka przed jutrzejszym wyjazdem w góry.
Pierwszy postój zrobiliśmy w Porto-Vecchio.
Muszę przyznać, że to miasteczko okazało się największym rozczarowaniem tego dnia. Ma niewiele do zaoferowania. Może półgodzinny spacer, żeby zobaczyć Cytadelę i przejść się wąskimi uliczkami. Więcej czasu zajęło nam rozbieranie i zabezpieczanie motocykli niż samo zwiedzanie.
To, co zapamiętam z Porto-Vecchio, to wystawa fotografii w Cytadeli.
Zwłaszcza jedno zdjęcie przykuło moją uwagę.
Pietà na tle gór.
Zasłonięta postać kobiety, która mogłaby być każdą matką, trzymającą w ramionach zgnębione, chore, cierpiące dziecko. I do tego tło – masywne surowe góry. Silna kobieta kontra potęga natury…
Zdjęcie niezwykle poruszające.
Dalsza droga prowadziła nas do campingu Santa Barbara, naszej bazy wypadowej na jutrzejszą wyprawę w góry.
Po drodze, około 12 kilometrów od kempingu, zatrzymaliśmy się przy kamiennym moście, który przypomniał nam ten z Mostaru. Zjedliśmy przygotowane wcześniej kanapki. Ja częścią swoich podzieliłam się z dwoma psami-żebrakami. Chwilę odpoczęliśmy i ruszyliśmy dalej.
Wacek po raz kolejny świetnie wybrał miejsce na nocleg.
Obsługa była niezwykle sympatyczna. Łamaną angielszczyzną zachwycała się naszymi chorągiewkami, identycznymi koszulkami i moim kolorowym warkoczem przy kasku. Zamówiliśmy też bagietki na śniadanie.
Na kempingu znajdował się basen, z którego chętnie skorzystaliśmy. Miło było schłodzić się po niezwykle ciepłym dniu. To chyba była najwyższa temperatura podczas całego naszego pobytu na Korsyce. Około 28 stopni, prażące słońce i ani odrobiny wiatru.
Strach pomyśleć, co musi się tu dziać w środku lata.
Dzień, który zaczął się niezbyt przyjemnie, zakończył się jednak pozytywnie.
Okazało się, że przy Tacie jest Wanda. Dobrze, że ma obok siebie kogoś, przy kim czuje się dobrze. Zasłużył na to, zwłaszcza po tych kilkunastu latach opieki nad Mamą.
Mieszkanie w Nowym Jorku wynajęte. Plan na jutro gotowy.
Można iść spać z poczuciem dobrze spędzonego dnia.
Dzisiaj w podróży ważniejsze niż widoki, było to, co działo się w głowie.

10 czerwca 2026 r.

Zmęczenie materiału kontra 180 stopni grozy. Opowieść o tym, jak dałyśmy czadu (ja i moja „żabka”)

Dzisiaj będzie krótki wpis.
Nie będę ukrywać, że odczuwam już zmęczenie materiału. Codzienne pakowanie obozu, składanie namiotu, przypinanie kufrów i ruszanie w drogę trochę mnie wyczerpało.
Bo żeby jeszcze ta droga była prosta i łatwa…
A tu nie.
Znowu się powtórzę: na Korsyce nie ma prostych dróg. Ciągle zakręt za zakrętem. Nawet jeśli pojawi się krótki prosty odcinek, to zwykle stanowi on jedynie preludium do kolejnego zakrętu, czasem nawet o 180 stopni.
Dzisiaj mierzyliśmy się z kilkoma takimi, które Wacek określił jako godne Stelvio. Kto był, ten wie, o jakich zakrętach mowa.
Zdarzyły mi się dziś dwie sytuacje, w których byłam przekonana, że nie dam rady, że położę motocykl. Na szczęście udało się z nich wyjść obronną ręką, choć kosztowało mnie to sporo nerwów.
Przejechaliśmy dziś ponad 170 kilometrów, a zakrętów pokonaliśmy chyba kilkaset. Do tego dochodzi kiepski asfalt, dziury, miejscami żwir i piasek. I jeszcze niespodzianka: na drodze nieoczekiwanie pojawiają krowy i kozy.
Nawet Wacek powiedział, że jest dziś zmęczony zakrętami.
A to już coś znaczy.
Resztką sił dotarliśmy do wybranego wcześniej kempingu San Damiano, położonego kilkanaście kilometrów od Bastii, skąd w sobotę odpływa nasz prom.
Postanowiliśmy zostać tutaj dwie noce.
Potrzebujemy odpoczynku przed czekającą nas podróżą do domu.
Kemping okazał się rewelacyjny. Cztery gwiazdki i wszystko, czego można oczekiwać od miejsca, w którym chciałoby się spędzić nie dwa dni, a cały tydzień. Położony tuż przy plaży, z dużym basenem, świetnym węzłem sanitarnym, miejscami do wypoczynku i rozrywki, małpim gajem dla dzieci, siłownią, restauracją z widokiem na morze oraz własnym, dobrze zaopatrzonym sklepem.
Za dwie noce zapłaciliśmy 74 euro.
Uczciwa cena za taki komfort.
A teraz zaczynamy odpoczywać…

10 czerwca 2026 r.

Vlepki w kościołach, gigantyczne lody i zgubione etui, czyli jak zjeść zapasy z puszki i zamknąć Korsykę

Ten dzień był o odpoczynku.
O odpoczynku, który należał nam się na zakończenie korsykańskiej przygody. Nie było pośpiechu, porannego zwijania obozu ani pokonywania kolejnych kilometrów w pełnym słońcu. Nie było pakowania kufrów i planowania trasy. Był za to spokojny rytm dnia, którego od dawna potrzebowaliśmy.
Zaczęliśmy od zakupów w kempingowym sklepie, potem było niespieszne śniadanie, spacer po plaży i kilka bardzo przyjemnych godzin spędzonych przy basenie.
Po południu wybraliśmy się „żabką” do Bastii.
Kiedy dziesięć dni temu zjeżdżaliśmy z promu, nie zatrzymaliśmy się w mieście, obiecując sobie, że nadrobimy to w drodze powrotnej. Dziś wreszcie nadarzyła się okazja, by zrealizować ten plan.
Bastia to ponoć drugie co do wielkości miasto Korsyki, administracyjne centrum północnej części wyspy i jeden z najważniejszych węzłów komunikacyjnych, oferujących połączenia promowe z kontynentem.
Najbardziej spodobał nam się stary port – serce miasta, gdzie kolorowe kamienice otaczają marinę pełną jachtów i łodzi. To również miejsce, w którym skupia się życie miasta – restauracje, kawiarnie i bary pełne ludzi.
My wybraliśmy lody.
Usiedliśmy na schodach i delektowaliśmy się widokiem na marinę oraz górujący nad nią Kościół św. Jana Chrzciciela. Przy okazji naszła nas refleksja, że w Polsce zaczyna być już tak drogo, iż „zachodnie” ceny przestały nas przerażać. U nas jedna gałka lodów kosztuje obecnie około 9 zł i często nie jest zbyt duża. Tutaj kosztowała niewiele ponad 10 zł, a porcja z dwóch gałek była w zasadzie nie do przejedzenia.
Bardzo przyjemnym miejscem okazały się również ogrody Jardin Romieu, położone na wzgórzu ponad starym portem. Prowadzą do nich ponadstuletnie schody, a każdy kolejny stopień odsłania coraz ładniejszy widok na marinę i wejście do portu.
Polecana przez przewodniki Cytadela nie zrobiła na nas większego wrażenia. Nie udało nam się też obejrzeć Pałacu Gubernatora ani Katedry św. Marii Assunta – były zamknięte, gdy tam dotarliśmy.
Za to bardzo spodobały nam się wąskie uliczki położone powyżej starego portu.
Mimo licznych sklepików z pamiątkami dla turystów, zachowały bardzo korsykański charakter. Były stare, nieco odrapane, między oknami wisiało pranie rozwieszone na sznurach. Były prawdziwe.
Właśnie takie miejsca lubię najbardziej.
Włócząc się po tych uliczkach, znaleźliśmy trzy kościoły, o których przewodniki właściwie nie wspominają. Obok kościoła św. Jana Chrzciciela stanowią one prawdziwe perełki architektury i sztuki sakralnej.
Gdzie tylko się dało, przyklejaliśmy nasze vlepki.
Mam nadzieję, że wywołają uśmiech na twarzach przypadkowych przechodniów.
Gdzieś po drodze Wacek zgubił etui od kamery 360.
Może po to, żeby kiedyś tu wrócić…
Kto go tam wie.
Dzień zakończyliśmy zupą meksykańską z ryżem i mięsem z puszki, gotowaną na resztkach gazu. Zapasy jedzenia również zaczęły się kończyć.
To chyba najbardziej jednoznaczny znak, że czas wracać do domu.

10 czerwca 2026 r.

Truskawki, bób i kolonijny płacz, czyli jak zmieścić Korsykę w kufrze i nie zwariować na promie

Dzień, w którym rozpoczęliśmy podróż do domu.
Prom z Bastii do Livorno odpływał o godzinie 14:00, ale na miejscu trzeba było stawić się około dwóch godzin wcześniej. Załadunek samochodów, kamperów, przyczep i motocykli to skomplikowana operacja, która wymaga czasu i cierpliwości.
Pobudkę zarządziliśmy więc na 7:30, czyli dokładnie na godzinę otwarcia kempingowego sklepu.
Poza produktami na śniadanie kupiliśmy również prowiant na całą dwudniową podróż do domu oraz drobne pamiątki dla bliskich. Wielkość naszych kufrów skutecznie ograniczała zarówno możliwości zakupowe, jak i fantazję. Tym razem musieliśmy wykazać się rozsądkiem i pamiętać, że wszystko, co kupimy, będzie trzeba jeszcze zmieścić na motocyklach.
Powoli docierało do nas, że korsykańska przygoda dobiega końca. Jeszcze kilka godzin temu spacerowaliśmy po Bastii, planowaliśmy kolejne postoje i zastanawialiśmy się, co zobaczyć następnego dnia. Dziś zamiast planów zwiedzania pojawiły się listy zakupów, pakowanie i myśl o drodze powrotnej.
To zawsze dziwny moment każdej podróży. Z jednej strony człowiek cieszy się na własne łóżko, prysznic bez żetonów i lodówkę, która nie mieści się w kufrze. Z drugiej strony żal opuszczać miejsce, które przez kilkanaście dni było naszym domem.
Na razie jednak nie czas na podsumowania.
Przed nami jeszcze prom, Włochy i długa droga do Polski…
Gdy na promie wysłałam Ulci pierwszy fragment dzisiejszego wpisu, dostałam od niej krótki komentarz:
„No bez przesady z tymi sentymentami. Ja czekam. Truskawki, bób czekają. I wiele fajnych rzeczy w Krakowie”.
I muszę przyznać, że to absolutna racja.
Ten podróżny sentyment przypomina mi trochę uczucie, które pamiętam z powrotów z kolonii. Było żal żegnać kolegów, z którymi spędziło się kilka fantastycznych tygodni. Żal, że kończy się czas beztroski i wakacyjnej wolności. Pamiętam nawet kolonijną piosenkę:
„Na dworcu ścisk i tłok, żegnamy się na zawsze…”
Wtedy wszystko wydawało się takie ważne i ostateczne.
A potem wystarczyło zobaczyć mamę albo tatę na peronie.
I cały ten smutek natychmiast gdzieś znikał.
Myślę, że z podróżami jest podobnie. Żal opuszczać miejsca, które przez kilka czy kilkanaście dni były naszym światem. Żal rozstawać się z widokami, codziennymi rytuałami i drogą. Ale gdzieś na końcu tej podróży czeka dom. A wraz z nim truskawki, bób i wiele innych fajnych rzeczy.
I chyba właśnie dlatego tak dobrze jest zarówno wyjeżdżać, jak i wracać.
Rejs promem dłużył się niemiłosiernie.
Teoretycznie trwał tylko cztery i pół godziny, ale nas dopadało już zniecierpliwienie. Korsyka powoli przechodziła do sfery wspomnień, a my coraz częściej myślami byliśmy już w drodze do domu.
Chcieliśmy jak najszybciej odebrać samochód, załadować motocykle na przyczepę i ruszyć na północ.
Kiedy podjechaliśmy pod dom znajomego Włocha, u którego przez cały ten czas stał nasz samochód z przyczepą, odetchnęliśmy z ulgą. Wszystko było na swoim miejscu i cierpliwie na nas czekało.
Samo przepakowanie zajęło jednak znacznie więcej czasu, niż przypuszczaliśmy. Wciągnięcie motocykli na przyczepę, zabezpieczenie ich pasami, przełożenie kufrów do samochodu, uporządkowanie bagaży… Do tego szybka kawa wypita w towarzystwie naszych sympatycznych włoskich gospodarzy.
W efekcie minęły prawie dwie i pół godziny.
W trasę ruszyliśmy dopiero około 21.
Plan był prosty: odjechać od Livorno tak daleko, jak tylko damy radę.
Cztery godziny później jednogłośnie stwierdziliśmy, że czas zakończyć ten dzień.
O tej porze mogliśmy liczyć już tylko na nocleg w samochodzie.
Nie narzekaliśmy.
Byliśmy przecież coraz bliżej domu, a ta świadomość pomaga znieść wszelkie niedogodności.

10 czerwca 2026 r.

1100 kilometrów do własnego łóżka, czyli dlaczego ulewa za oknem potrafi czasem ucieszyć

Świt zastał nas w samochodzie.
Może nie był to nocleg życia, ale musiał nam wystarczyć. Przed nami było jeszcze ponad 1100 kilometrów do domu.
Postanowiliśmy zmieniać się za kierownicą co dwie godziny, żeby nie doprowadzać się do skrajnego zmęczenia. Plan okazał się rozsądny i skuteczny, bo tego dnia czekało nas naprawdę wiele godzin jazdy.
Najpierw Włochy. I ich autostrada, która chwilami bardziej przypominała „nie-autostradę”. Remonty, zwężenia, zamknięte pasy ruchu, objazdy, dziury i wyboje. Wszystko to za jedyne 60 euro.
Potem Austria. Znacznie tańsza i wygodniejsza, choć pełna ograniczeń prędkości. Jest nawet szansa, że złapał nas radar, bo przez chwilę jechaliśmy całe dwa kilometry na godzinę szybciej, niż pozwalały przepisy.
Drugie śniadanie zjedliśmy w austriackim McDonald’s. Jestem pewna – za takim jedzeniem nie tęskniłam.
Pod Wiedniem tradycyjnie dopadła nas ulewa. Po raz kolejny pomyśleliśmy wtedy, jak dobrze podróżuje się samochodem, a nie motocyklem. Jeszcze kilka dni wcześniej taki deszcz oznaczałby przemoknięte rękawice, mokre buty i znacznie mniej entuzjazmu do dalszej jazdy.
Przez Czechy przejechaliśmy niemal niezauważenie. Jedynie w okolicach Brna, mijając po raz kolejny ogromny aquapark, postanowiliśmy, że kiedyś zrobimy tam postój. Podobno naprawdę warto.
Wjazd do Polski wywołał w nas spore wzruszenie.
Można mieć różne zastrzeżenia, można narzekać na wiele rzeczy, ale to jednak nasza Ojczyzna.
Odzyskaliśmy też wolność cyfrową. Wreszcie wrócił nielimitowany internet, a wraz z nim wygoda, której przez ostatnie dni trochę brakowało.
Polska przywitała nas jednak deszczem.
W okolicach Jaworzna mieliśmy również bliskie spotkanie z drozdem, który rozbił się o przedni zderzak samochodu. Bardzo było mi go żal.
Chwilę później minęliśmy samochód leżący na dachu, otoczony przez straż pożarną. To zawsze przypomina, jak cienka granica dzieli zwykłą podróż od tragedii i jak wiele szczęścia potrzeba, by bezpiecznie wrócić do domu.
Od połowy drogi towarzyszyła nam już dobrze znana autostrada A4.
Straszne są ceny za tę trasę. Samochód z przyczepą kosztuje aż 32 zł na jednej bramce. Człowiek płaci i zastanawia się, czy przypadkiem nie pomylił kraju.
Kraków przywitał nas piękną tęczą.
Tęcza jest dla mnie ważnym znakiem. Nigdy nie rozumiałam, dlaczego przez część osób traktowana jest wyłącznie jako symbol społeczności LGBT+. Przecież od wieków jest symbolem przymierza ludzi z Bogiem.
Dla mnie osobiście to znak, że wszystko będzie dobrze.
Ten dzień był bardzo długi.
Po przyjeździe czekało nas jeszcze rozpakowanie samochodu i motocykli, a później odwiezienie oraz zwrot przyczepy w Wieliczce.
Na zakończenie podróży mamy z Wackiem małą tradycję.
Zwykle zatrzymujemy się gdzieś na wspólny obiad albo kolację. Tym razem Wacek zaprosił mnie do Karczmy pod Wielką Solą w Wieliczce.
Tam padło pytanie, czy mając obecną wiedzę, jeszcze raz podjęlibyśmy decyzję o wyjeździe na Korsykę.
Odpowiedzieliśmy zgodnie:
— Tak.
Wacek dodał tylko, że następnym razem mniej przejmowałby się różnymi rzeczami.
I chyba jest w tym sporo racji.
Korsyka okazała się piękna, wymagająca, męcząca, zachwycająca i momentami trudna. Jak na pierwszą samodzielną podróż na motocyklu stanowiła dla mnie duże wyzwanie.
Ale właśnie takie podróże pamięta się najdłużej.