To był wyczerpujący dzień, choć odległość, jaką dziś przejechaliśmy, nie jest żadnym wyczynem.
Postanowiliśmy wstać o siódmej, żeby zwinąć obóz zanim słońce zacznie naprawdę przygrzewać. Dziś miało być cieplej niż wczoraj i choć obecnym temperaturom daleko do letnich upałów, to po wczorajszym opalaniu każdy dodatkowy promień słońca sprawiał pewien dyskomfort.
Nie udało nam się jednak osiągnąć imponującego wyniku. Z kempingu wyjechaliśmy dopiero około dziesiątej.
Za to sama jazda na motocyklu przynosiła ulgę porównywalną z włączeniem klimatyzacji w rozgrzanym samochodzie.
Dzisiejszy cel stanowiło Bonifacio, oddalone od naszego noclegu o zaledwie 105 kilometrów. Niby niewiele, ale na Korsyce to całkiem sporo. Tutaj nie ma prostych dróg. Czasami, pokonując kolejny zakręt, a potem następny i jeszcze jeden, zastanawiam się, jaką fantazję mieli ich budowniczowie. Dłuższe proste odcinki trafiają się właściwie tylko w miasteczkach. I to też nie zawsze.
Pierwszy postój zrobiliśmy po około czterdziestu kilometrach, przy sklepie SPAR. Marzyła mi się kawa mrożona i świeżutki croissant. Niestety zapomniałam, że we Francji nie ma takiego wynalazku jak kawa z lodówki w plastikowym kubku. Kawę pije się tutaj w kawiarniach, a nie między sklepowymi półkami.
Pozostał więc croissant i sok pomarańczowy. Też dobre.
Przed sklepem spotkaliśmy motocyklistę z Krakowa. Jechał do Bonifacio i wracał tym samym promem do Livorno, co my. Narzekał bardzo na korsykańskie drogi – że wymagające, że kiepskiej jakości. Opowiedział nam również historię motocyklisty, który jadąc drogą przy czerwonych skałach, zagapił się na zakręcie i wjechał w skarpę.
A ja tamtędy przejechałam bez większego problemu. Nie ukrywam, że jestem z siebie dumna. I z mojej „żabki”, która choć mała, ma naprawdę dzielne serce.
Ruszyliśmy dalej. Przejechaliśmy może dziesięć kilometrów, gdy zobaczyliśmy przed sobą ogromny korek. Wyglądał naprawdę groźnie. Motocyklami udało nam się dojechać na sam jego początek. Kilka kilometrów dalej stały już dziesiątki innych motocykli.
Przyczyna okazała się poważna.
Droga została zablokowana przez autobus, który doszczętnie się spalił. Widzieliśmy jego wrak i zwęglone pozostałości na jezdni. Na szczęście służby były już na miejscu i po około pół godzinie stania w pełnym słońcu, mogliśmy ruszyć dalej.
Przed Bonifacio Wacek znalazł kemping, na którym rozbiliśmy namiot. Po szybkim prysznicu i przebraniu się w „cywilne” ubrania ruszyliśmy pieszo do miasta.
Zwiedzanie rozpoczęliśmy od przejażdżki małym turystycznym pociągiem, który woził gości po najciekawszych punktach. Dzięki niemu dotarliśmy na najwyższy punkt miasta – Cytadelę. Stamtąd mogliśmy już spokojnie schodzić w dół i odkrywać kolejne zakątki Bonifacio.
To ponoć najpiękniejsze miasteczko na Korsyce. Trudno się z tym nie zgodzić.
Jego wyjątkowe położenie na wysokim wapiennym klifie, który jednocześnie tworzy niewielki półwysep, zachwyca niemal każdego przybyłego. W doskonale osłoniętym porcie cumują okazałe jachty, a Górne Miasto pełne jest zabytkowych budowli i niezwykłych punktów widokowych.
Największe wrażenie zrobił na mnie jednak Cmentarz Morski na końcu półwyspu.
Poza Wesołym Cmentarzem w Rumunii nie widziałam piękniejszego cmentarza. Okazałe grobowce, ustawione obok siebie niczym niewielkie domki, tworzą coś na kształt małego miasteczka. W tle widać morze i białe klify.
To miejsce niezwykle skłania do zadumy.
Jedną z najbardziej znanych atrakcji Bonifacio są Schody Króla Aragonii. To 187 bardzo wysokich stopni wykutych w skale.
Legenda głosi, że zostały stworzone przez wojska króla Aragonii w ciągu jednej nocy, podczas oblężenia miasta w 1420 roku. Prawda jest jednak znacznie bardziej prozaiczna. Najprawdopodobniej schody wykuli franciszkańscy mnisi, aby zapewnić sobie dostęp do źródła słodkiej wody znajdującego się u podnóża klifu.
Niezależnie od ich pochodzenia, zejście nimi jest prawdziwym testem odwagi i kondycji.
My zdaliśmy go na piątkę.
Spacerując uliczkami Górnego Miasta, trafiliśmy również do Kościoła Świętej Marii Większej, ponoć najstarszego budynku w Bonifacio. Mam nadzieję obejrzeć go dokładnie na zdjęciach, ponieważ podczas zwiedzania całą naszą uwagę skradł pewien osobnik siedzący na mównicy.
Był to piękny szylkretowy kot, który niczym prawdziwa gwiazda pozował do zdjęć i z godnością prezentował swoje wdzięki. Usłyszałam nawet komentarz wypowiedziany po angielsku, że mógłby z powodzeniem zastąpić pastora.
Po kilku godzinach spacerowania, głód i zmęczenie skutecznie zagnały nas z powrotem na kemping.
Wieczór upłynął już spokojnie – na refleksjach i planowaniu kolejnego dnia.
Znając Wacka, plany będą ciekawe…