ScooterTrip

3 dni - 333 km - booking

City break w lipcu? Brzmi nietypowo, ale właśnie dlatego postanowiliśmy go zrealizować. Zazwyczaj lipiec omijamy w planach urlopowych – to czas zarezerwowany na domowe obowiązki, planowanie większych wakacyjnych projektów i małe lokalne podróżowanie. Tym razem jednak zapragnęliśmy krótkiej przerwy od codzienności, oddechu, włoskiego klimatu i… la dolce vita.

 

Triest – eleganckie, niedoceniane miasto na styku kultur – wydawał się idealnym miejscem. Pomysł był prosty: krótki wypad, trochę zwiedzania, trochę włoskiego jedzenia, trochę spacerów i chilloutu. Jednak – jak to my – szybko zrozumieliśmy, że cztery dni w jednym miejscu to dla nas zbyt spokojny scenariusz. Lubimy, gdy się dzieje. Lubimy ruch, zmienność pejzaży i szczyptę przygody.

I wtedy padł pomysł: skuter! To miał być nie tylko środek transportu, ale i wehikuł emocji – mały, zwinny pojazd, który pozwoli nam eksplorować nie tylko Triest, ale i okolice. I tak narodził się Scooter Trip Triest 2024 – włosko-słoweńska opowieść o zachwytach, kąpielach w morzu, ciasnych uliczkach, przydrożnych pizzach, zamkach, jaskiniach i romantycznych zachodach słońca.

 

On i ona. Słońce na skórze. Wiatr we włosach. I świat, który można zatrzymać, gdy się jedzie 40 km/h.

Triest dzień pierwszy

5 lipca 2024, piątek

To miał być city break inny niż wszystkie, bo przypadający w lipcu – miesiącu, w którym zazwyczaj nie planujemy urlopowych wyjazdów. Tym razem postanowiliśmy jednak wyrwać się na krótką przerwę, odetchnąć od codzienności, zanurzyć się w klimacie la dolce vita.

Na początku plan zakładał po prostu kilkudniowe niespieszne zwiedzanie Triestu. Ale szybko poczuliśmy, że dla nas, miłośników aktywnego wypoczynku, taka forma może być zbyt spokojna. Lubimy, gdy się dzieje, gdy każdy dzień przynosi coś nowego. Tak zrodził się pomysł wypożyczenia skutera i zrobienia z naszego city breaku prawdziwej małej przygody.

Skuter to dla mnie codzienność – dojeżdżam na nim do pracy. Ale wspólna podróż we włoskim słońcu, wiatr we włosach, on i ja, droga – taka wizja była naprawdę kusząca.

Wylot do Triestu zaplanowany mieliśmy na poranną godzinę 8:10.

Nie obyło się bez problemów przy wejściu do gate’u, gdyż agenci Ryanaira nie pozwolili nam wejść w kaskach na pokład samolotu. Oczywiście mogliśmy dokupić dodatkowy bagaż, ale z naszego rekonesansu wynikało, że będziemy mogli wejść do samolotu z kaskami na głowach i nie będzie to traktowane jako bagaż. Niestety ekipa agentów, która obsługiwała ten lot była innego zdania. Na szczęście, nie mieliśmy problemów z zostawieniem kasków na lotnisku. W końcu z tej pracy wynikły jakieś korzyści 😉

Lot minął nam szybko i przyjemnie, i zaledwie 3 godziny później mogliśmy rozkoszować się pełnią lata nad Adriatykiem.

Naszym domem przez te kilka dni był przeuroczy apartament La Casa di Lu – dwupoziomowy, z aneksem kuchennym, sypialnią na piętrze i szklaną podłogą, która robiła niemałe wrażenie. Choć cena za nocleg nie była najniższa (ok. 300 euro), to lokalizacja w samym centrum Triestu i klimat miejsca zrekompensowały wszystko.

Pierwszy dzień poświęciliśmy Triestowi. Gubiliśmy się w jego uliczkach, jedliśmy pizzę, zaglądaliśmy na plażę, która jest prawdziwym europejskim ewenementem: osobna dla kobiet i osobna dla mężczyzn, oddzielone od siebie murem. Wacek zrezygnował z tej atrakcji, ale ja postanowiłam sprawdzić, jak to wygląda w praktyce. Za kilka euro mogłam wejść i zrobić parę zdjęć. Później śmialiśmy się, że doświadczyłam niezapomnianych wrażeń – oglądanie obwisłych damskich torsów (normą na tej plaży jest opalanie się kobiet topless), za to pięknie opalonych.

Na zakończenie dnia dotarliśmy na cypelek, skąd wspólnie z dziesiątkami innych ludzi podziwialiśmy spektakularny zachód słońca. Atmosfera była wręcz podniosła. Ludzie trwali w ciszy, patrząc, jak słoneczna tarcza powoli topi się w morzu. Prawdziwie wakacyjny klimat dopełnił spacer po molo przy dźwiękach lokalnych grajków.

Triest -

Triest (Włochy) - (Słowenia) Jaskinie Szkocjańskie - Jaskinia Postojna - zamek Predjama - Triest
6 lipca 2024, sobota

Rano odebraliśmy skuter: Kymco 125. To jednak co innego niż motor o dużej pojemności, do których przyzwyczajony jest Wacek. Nasz środek transportu na najbliższe dwa dni był nieduży i lekki. Najważniejsze, że był gotowy do drogi i stosunkowo niedrogi. We Włoszech, ojczyźnie skuterów, koszt wynajęcia motoru był co najmniej dwa razy wyższy niż skutera.

Konsekwencje działań  obsługi Ryanair ciążyły Wackowi całe dwa dni. Mimo sprawdzeniu kilku opcji, żaden z kasków nie był wygodny. Jego duża pełna pomysłów głowa przez dwa dni cierpiała w za ciasnym kasku.

Drugiego dnia podróży postanowiliśmy opuścić Włochy i eksplorować Słowenię. Pierwszy cel: Jaskinie Szkocjańskie.

To jedno z najbardziej spektakularnych miejsc krasowych w Europie – wpisane na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. Wyróżnia je przede wszystkim ogromna podziemna dolina z rwącą rzeką Reka, która przepływa przez wnętrze jaskini. Spacer podziemnym szlakiem robi niesamowite wrażenie – zwłaszcza gdy stoisz na wąskim moście zawieszonym kilkadziesiąt metrów nad podziemnym korytem rzeki. Monumentalność tej jaskini jest trudna do opisania – to jakby wejść do scenografii fantasy albo filmu przygodowego z Indianą Jonesem.

To miejsce absolutnie nas zachwyciło. Trudno opisać to słowami, to trzeba po prostu zobaczyć i przeżyć.

Kolejny przystanek: Jaskinia Postojna. To bardziej komercyjna, ale nie mniej zachwycająca atrakcja. W głąb jaskini wjechaliśmy podziemnym pociągiem. Sama przejażdżka była frajdą! Potem pieszy spacer wśród stalaktytów i stalagmitów, bajkowych formacji i ogromnych komór. Można tu też zobaczyć unikatowe zwierzę – olmę, zwaną też „ludzką rybą”, endemicznego płaza żyjącego w podziemiach krasu.

Ostatni punkt programu tego dnia to zamek Predjama – warownia przyklejona do skały, wyglądająca jak z bajki. To jedna z najbardziej malowniczych warowni Europy. Historia zamku sięga średniowiecza, a jego najsłynniejszym mieszkańcem był rycerz-rozbójnik Erazm z Predjamu, który w XV wieku prowadził z zamku działania przeciwko Habsburgom. Zamek robi wrażenie – nie tylko architekturą, ale też położeniem i legendami, które go otaczają. Na dziedzińcu zamku spotkaliśmy kota-strażnika, który najwyraźniej znał się na historii i świetnie pozował do zdjęć. Całość – w słońcu, z zapachem lata w powietrzu – była jak wyjęta z filmu.

Cały dzień był przepełniony wrażeniami, krajobrazami i pogodą idealną na skuter: słońce, lekki wiatr, radość z jazdy. La dolce vita w najczystszej postaci.

Muggia, Koper, Izola i Piran

słoneczny slow trip skuterem w rytmie la dolce vita

Ten dzień od początku zapowiadał się spokojniej niż poprzedni, ale o nudzie nie mogło być mowy. Po intensywnym zwiedzaniu słoweńskich jaskiń dzień wcześniej, tym razem postawiliśmy na odkrywanie urokliwych nadmorskich miasteczek – na spokojnie, z przystankami na kąpiele, dobre jedzenie, lokalne pamiątki i przypadkowe przygody.

Z Triestu ruszyliśmy na południe, najpierw w kierunku Muggii – ostatniego włoskiego miasteczka przed granicą ze Słowenią. Muggia ma klimat typowego włoskiego portowego miasteczka, z małym zamkiem, przytulnym ryneczkiem i plażą, na której skusiliśmy się na pierwszą kąpiel morską tego dnia. Woda była przyjemnie chłodna, słońce świeciło w najlepsze, a atmosfera sprzyjała beztrosce. Na lokalnym targu Wacek wypatrzył dla mnie drobny, ale wyjątkowy prezent – przypinkę w kształcie słońca. Prosty gest, ale dla mnie symboliczny, od tej pory przypinam ją do mojej podróżnej nerki i podróżuje z nami wszędzie.

Dalej pojechaliśmy skuterem już przez słoweńskie wybrzeże – do Koperu, a potem Izoli. To niezwykle malownicza trasa – z jednej strony Adriatyk, z drugiej wzgórza porośnięte winnicami i cyprysami. W Izoli zrobiliśmy kolejny postój kąpielowy – znów woda, słońce i totalny relaks. Spacer po miasteczku, zimna cola z widokiem na port – życie w wersji slow smakowało nam wyjątkowo dobrze.

Późne popołudnie spędziliśmy w Piranie – perełce słoweńskiego wybrzeża. To miejsce, które wygląda jak wyjęte z filmu,  może nawet z jednego z odcinków przygód Jamesa Bonda. Wąskie uliczki, czerwone dachy, pastelowe kamienice i centralny plac Tartiniego z widokiem na wieżę kościoła św. Jerzego robią ogromne wrażenie. W Piranie również skusiliśmy się na kąpiel – bo jak nie wykorzystać tego słońca i ciepłego morza? Przy okazji nagraliśmy też filmik z życzeniami urodzinowymi dla mojego syna Wojtka, który kończył właśnie 21 lat. Miał to być fragment większej niespodzianki, montowanej przez jego dziewczynę Zuzię. Wyszło nam to całkiem wzruszająco i zabawnie.

Wieczorem czekała na nas jeszcze jedna niespodzianka – koncert muzyki filmowej i rockowej w wykonaniu młodzieżowej orkiestry na placu w Piranie. Publiczność śpiewała, kołysała się w rytm muzyki, klaskała, niektórzy stali, inni tańczyli. My też pozwoliliśmy sobie na mały taniec – w końcu to podróż, podczas której mieliśmy celebrować życie, wolność i siebie nawzajem.

Po powrocie do Triestu postanowiliśmy jeszcze raz wskoczyć na skuter i poszukać czegoś specjalnego – odludnej plaży w mieście. Ku naszemu zaskoczeniu udało się znaleźć ustronny zakątek nad samym morzem, gdzie mogliśmy po raz ostatni tego dnia zanurzyć się w wodzie. I znów – w naszym stylu a’la nude, tym razem w blasku księżyca. Po tak intensywnym, ale zarazem rozleniwiająco przyjemnym dniu wróciliśmy do naszego apartamentu zmęczeni i spełnieni.

Triest - Kraków

Ostatnia kąpiel, ostatni łyk wolności, powrót do codzienności

Ostatni dzień naszej podróży. Dla wielu dzień powrotu to tylko formalność – pakowanie, lotnisko, samolot, powrót do pracy czy domu. Ale dla nas każdy dzień podróży – nawet ten końcowy – jest częścią przygody, którą chcemy przeżyć w pełni. Tak było i tym razem.

Lot powrotny zaplanowany mieliśmy na godzinę popołudniową, ale zamiast spędzać poranek na nerwowym pakowaniu i siedzeniu na lotnisku, postanowiliśmy wycisnąć z tego dnia ostatnie promienie słońca i jeszcze jedną kąpiel w morzu. Taką symboliczną. Na pożegnanie.

Wstaliśmy wcześnie, spakowaliśmy nasze rzeczy, opuściliśmy apartament i wsiedliśmy do autobusu w stronę lotniska. Ale – w typowym dla nas stylu – wysiedliśmy wcześniej, na przystanku, który był blisko plaży. Ręczniki w plecaku, stroje kąpielowe na sobie, butelki z zimnymi napojami i ruszyliśmy na nasz finałowy poranek nad Adriatykiem.

Znaleźliśmy urocze, spokojne miejsce, gdzie mogliśmy bez pośpiechu zanurzyć się w wodzie. Była rześka, orzeźwiająca, idealna na reset przed powrotem do rzeczywistości. To była ta chwila,  kiedy patrzysz w horyzont, czujesz słońce na skórze, słyszysz szum fal i wiesz, że dokładnie tu i teraz jesteś na swoim miejscu.

Po kąpieli,  szybkie przebranie, kilka ostatnich zdjęć i powrót na przystanek. Autobus znowu zabrał nas w kierunku lotniska, tym razem już bez przystanków. Ja, wyjątkowo, nie jechałam „do domu”, ale… do pracy – dosłownie. Dzięki temu, że pracuję na lotnisku, wystarczyło mi przejść z hali przylotów prosto do mojego stanowiska.

Bo po takim city breaku jak ten, pełnym słońca, wiatru we włosach, śmiechu, romantyzmu, włoskich i słoweńskich pejzaży, głowa była zresetowana, ciało wypoczęte, a dusza nakarmiona przygodą. I to jest właśnie magia podróży – nie liczy się długość, tylko intensywność przeżyć. Podobnie jak w życiu.

To był czterodniowy city break, który dał nam tyle emocji, ile czasem nie daje kilkunastodniowy urlop.

Niech żyją spontaniczne wyjazdy, skuterowe szaleństwo, zachody słońca nad Adriatykiem i tanie linie lotnicze.

I niech żyje Scooter Trip Triest 2024 – jeden z tych małych-wielkich wyjazdów, które zostają w sercu na długo.