Ostatni dzień naszej podróży. Dla wielu dzień powrotu to tylko formalność – pakowanie, lotnisko, samolot, powrót do pracy czy domu. Ale dla nas każdy dzień podróży – nawet ten końcowy – jest częścią przygody, którą chcemy przeżyć w pełni. Tak było i tym razem.
Lot powrotny zaplanowany mieliśmy na godzinę popołudniową, ale zamiast spędzać poranek na nerwowym pakowaniu i siedzeniu na lotnisku, postanowiliśmy wycisnąć z tego dnia ostatnie promienie słońca i jeszcze jedną kąpiel w morzu. Taką symboliczną. Na pożegnanie.
Wstaliśmy wcześnie, spakowaliśmy nasze rzeczy, opuściliśmy apartament i wsiedliśmy do autobusu w stronę lotniska. Ale – w typowym dla nas stylu – wysiedliśmy wcześniej, na przystanku, który był blisko plaży. Ręczniki w plecaku, stroje kąpielowe na sobie, butelki z zimnymi napojami i ruszyliśmy na nasz finałowy poranek nad Adriatykiem.
Znaleźliśmy urocze, spokojne miejsce, gdzie mogliśmy bez pośpiechu zanurzyć się w wodzie. Była rześka, orzeźwiająca, idealna na reset przed powrotem do rzeczywistości. To była ta chwila, kiedy patrzysz w horyzont, czujesz słońce na skórze, słyszysz szum fal i wiesz, że dokładnie tu i teraz jesteś na swoim miejscu.
Po kąpieli, szybkie przebranie, kilka ostatnich zdjęć i powrót na przystanek. Autobus znowu zabrał nas w kierunku lotniska, tym razem już bez przystanków. Ja, wyjątkowo, nie jechałam „do domu”, ale… do pracy – dosłownie. Dzięki temu, że pracuję na lotnisku, wystarczyło mi przejść z hali przylotów prosto do mojego stanowiska.
Bo po takim city breaku jak ten, pełnym słońca, wiatru we włosach, śmiechu, romantyzmu, włoskich i słoweńskich pejzaży, głowa była zresetowana, ciało wypoczęte, a dusza nakarmiona przygodą. I to jest właśnie magia podróży – nie liczy się długość, tylko intensywność przeżyć. Podobnie jak w życiu.
To był czterodniowy city break, który dał nam tyle emocji, ile czasem nie daje kilkunastodniowy urlop.
Niech żyją spontaniczne wyjazdy, skuterowe szaleństwo, zachody słońca nad Adriatykiem i tanie linie lotnicze.
I niech żyje Scooter Trip Triest 2024 – jeden z tych małych-wielkich wyjazdów, które zostają w sercu na długo.