Budapeszt - citybreak

Budapeszt - baseny i słońce!

Dzień pierwszy: 29 kwietnia 2023 r.

Majówka w Budapeszcie! Zamiast samolotu wybraliśmy samochód – loty w długi weekend były zdecydowanie za drogie, a stolica Węgier leży zaledwie niecałe 400 km od Krakowa. Po mojej pracy spakowaliśmy się i ruszyliśmy w drogę. Na miejsce dotarliśmy już pod wieczór.

Naszą bazą na najbliższe dni został apartament Airport 16 Bed & Breakfast. Choć nie w samym centrum, to idealny przy podróżowaniu autem, wygodny, z aneksem kuchennym, który pozwala przygotować własne śniadania i kolacje.

Zmęczeni podróżą nie planowaliśmy już zwiedzania. Szybki prysznic, kolacja i sen, bo jutro ma być dzień pełen wrażeń.

Dzień drugi: 30 kwietnia 2023 r.

Mimo planów na intensywne zwiedzanie, poranek zaczęliśmy z lekkim ociąganiem. W końcu to majówka, a majówka rządzi się swoimi prawami. Miło było trochę poleniuchować i poleżeć dłużej w łóżku (serio, czasem człowiekowi potrzeba zwykłego nicnierobienia). Dopiero po śniadaniu, sporo po 10, ruszyliśmy do centrum.

Pierwsze kroki skierowaliśmy na Wzgórze Zamkowe – serce Budapesztu, pełne historii i uroku, wpisane na listę UNESCO. Weszliśmy pieszo, żeby poczuć klimat miejsca (tak, można wjechać, ale uparłam się, że nogi nas poniosą). Zamek Buda, Baszta Rybacka i Kościół Macieja ze swoją kolorową dachówką zrobiły na mnie ogromne wrażenie, naprawdę bajkowe widoki, jakby wyjęte z filmów Disneya. Obok Baszty stoi pomnik króla Stefana i Kolumna Świętej Trójcy, a z murów rozciąga się przepiękna panorama miasta.

Zrobiliśmy przerwę w ogrodach u stóp zamku – słońce świeciło od rana i sprawiało, że wszystko wyglądało jeszcze piękniej (nic tak nie poprawia nastroju jak majowe promienie). Było cudownie położyć się na trawie, złapać oddech i po prostu chłonąć atmosferę. Potem jeszcze jeden powrót na górę – tym razem kolejką zębatą Sikló. To był dla mnie obowiązkowy punkt (wiem, bilet drogi, ale nie mogłam sobie odmówić, radość dziecka i miłość do kolejek we mnie wygrała).

Na obiad zaplanowaliśmy, czego w Budapeszcie pominąć się nie da – langosze. Zależało mi, żeby spróbować naprawdę dobrych, więc posłuchaliśmy podpowiedzi Google i trafiliśmy do Retró Lángos Budapest niedaleko opery i bazyliki św. Stefana. Wybór smaków był ogromny – od klasyki z serem i śmietaną po szaleństwa typu langosz z Nutellą. Wacek oczywiście poszedł w opcję „im więcej mięsa, tym lepiej” (klasyk 😅), a ja, niekedząca mięsa od kilku lat, wybrałam wersję warzywną. Było tłusto i smacznie – ale przyznam szczerze, że nie był to najlepszy langosz w moim życiu. (I wiem, to pewnie herezja, ale mam wrażenie, że polskie wersje często przebijają oryginały).

Wieczór upłynął nam spokojnie, w poczuciu, że to był naprawdę udany dzień. Piękne widoki, trochę historii, odrobina lenistwa i dużo smaku, czyli wszystko, czego można chcieć od majówkowego wyjazdu.

Dzień trzeci: 1 maja 2023 r.

Postanowiliśmy, że ten spędzimy w rytmie „slow”. Idealnym miejscem na majówkowy relaks okazały się Łaźnie Gellerta – najbardziej eleganckie termy w całym Budapeszcie. Już sam budynek z zewnątrz robi ogromne wrażenie, a w środku było jeszcze piękniej: hala główna z posągiem Wenus, szklanym dachem i secesyjnymi detalami sprawiała, że człowiek czuł się trochę jak w pałacu.

Czas mijał błogo, kąpiele w basenach, chwila w gorących wodach, a potem leżakowanie na słońcu. Pogoda dopisała tak bardzo, że choć to dopiero początek maja, mogliśmy się opalać i łapać pierwszą w tym roku opaleniznę. Kilka godzin lenistwa minęło nie wiadomo kiedy i przyznam, że nie miałabym nic przeciwko, żeby przeciągnąć je na cały dzień. Ale… Budapeszt miał jeszcze tyle do zaoferowania, że żal było nie korzystać. Mimo lekkiego „rozleniwienia” wspięliśmy się jeszcze na Górę Gellerta, 235 metrów wzgórza, zwieńczonego Pomnikiem Wolności. To miejsce owiane jest legendami, podobno właśnie stąd poganie zrzucili w beczce biskupa Gellerta, a mówi się też o sabatach czarownic odbywanych na wzgórzu. Trochę mrocznie, a jednocześnie ciekawie.

Dziś góra to przede wszystkim świetny punkt widokowy na Budapeszt, panorama miasta zapiera dech, a kwitnące bzy dodają całej scenerii romantycznego uroku. Niestety okolice pomnika były w remoncie, więc mogliśmy tylko z daleka podziwiać tę monumentalną postać kobiety z liściem palmowym w dłoniach. Pomnik powstał w latach 50., początkowo ku czci żołnierzy radzieckich, dziś symbolizuje pamięć o poległych za Węgry.

Schodząc ze wzgórza, skierowaliśmy się na Most Wolności, krótki, zielony most nad Dunajem z pięknymi secesyjnymi ornamentami i charakterystycznymi turulami, mitologicznymi ptakami, które według wierzeń strzegą Węgier. Bardzo fotogeniczne miejsce (nie mogłam się powstrzymać, żeby nie zrobić kilku ujęć).

Dzień zakończyliśmy w restauracji z lokalną kuchnią, Wacek postawił na kaczkę, ja wybrałam węgierską wersję ratatouille. Było smacznie, choć bez efektu „wow” (szczerze? kuchnia węgierska chyba nie zawsze trafia w mój gust 😉). Na szczęście nastrój miejsca i przyjemny wystrój sprawiły, że i tak wyszliśmy stamtąd zadowoleni.

Dzień czwarty – 2 maja 2023 r.

wracamy do domu

Ostatni dzień w Budapeszcie. Rano spakowaliśmy bagaże do samochodu – wieczorem czekała nas droga powrotna do Krakowa, ale zanim to nastąpiło, chcieliśmy jeszcze jak najlepiej wykorzystać czas w Peszcie.

Ta część miasta od razu skojarzyła mi się z Lizboną, pewnie przez żółty tramwaj krążący uliczkami. Jednak prawdziwym królem tej strony miasta jest Parlament. Ten neogotycki gmach to symbol nie tylko Budapesztu, ale i całych Węgier. Monumentalny, bogato zdobiony, zbudowany z okazji 1000-lecia państwa, miał pokazać potęgę kraju. Czytałam, że do jego dekoracji użyto pół miliona szlachetnych kamieni i ponad 40 kg złota! Niestety nie udało nam się zwiedzić wnętrz, bilety trzeba rezerwować z dużym wyprzedzeniem, ale już sam widok z zewnątrz robi ogromne wrażenie.

Tuż obok Parlamentu czekał nas moment zadumy, pomnik „Buty nad Dunajem”. Rząd żeliwnych butów, męskich, damskich, dziecięcych – przypomina o ofiarach holokaustu, które zostały rozstrzelane w tym miejscu. Wstrząsający widok, podobny w sile emocji do tych, które pamiętam z wizyt w Auschwitz czy na Majdanku.

Potem skierowaliśmy się do Bazyliki św. Stefana, dedykowanej pierwszemu królowi Węgier. To monumentalna świątynia, w której przechowywane są relikwie króla. Spacer przez Peszt poprowadził nas dalej Aleją Andrássyego, reprezentacyjną ulicą wpisaną na listę UNESCO, gwarną ulicę Vaci, aż po Halę Targową. I tu przepadłam! To miejsce, którego szczerze zazdroszczę Węgrom: trzy piętra pełne smaków, zapachów i kolorów. Papryki, salami, ryby, sery, owoce, a do tego piętro z pamiątkami. Wszystko w pięknym, zabytkowym budynku, z klimatem, jakiego próżno szukać w zwykłych galeriach handlowych.

Gdy nadszedł czas obiadu, skusiliśmy się oczywiście na langosza. I… ten z hali okazał się smaczniejszy niż „najlepszy w Budapeszcie”, który jedliśmy wcześniej! Może dlatego, że tym razem postawiłam na prostą klasykę, śmietanę i ser. Czasami mniej znaczy więcej.

Spacerując dalej, trafiliśmy na Budapest Eye, diabelski młyn na Placu Elżbiety. Cena i powolne tempo obrotu nie zachęciły nas, żeby spróbować, za to tuż obok znaleźliśmy coś dużo ciekawszego: dużą metalową konstrukcję pełną kłódek miłości. Zamiast obciążać nimi mosty, zakochani wieszają je tutaj, wierząc, że to zagwarantuje trwałość ich związku. Pomysł genialny, tradycja zachowana, a mosty ocalone.

Na koniec zostały drobne zakupy na drogę i dla bliskich, pamiątkowa tablica i obowiązkowy magnes na lodówkę. Kilka ostatnich zdjęć, ostatnie spojrzenie na miasto… i trzeba było ruszać w drogę powrotną.

Budapeszt żegnał nas pięknym popołudniem, a ja już wiedziałam, że chętnie tu kiedyś wrócę