Ostatni dzień w Budapeszcie. Rano spakowaliśmy bagaże do samochodu – wieczorem czekała nas droga powrotna do Krakowa, ale zanim to nastąpiło, chcieliśmy jeszcze jak najlepiej wykorzystać czas w Peszcie.
Ta część miasta od razu skojarzyła mi się z Lizboną, pewnie przez żółty tramwaj krążący uliczkami. Jednak prawdziwym królem tej strony miasta jest Parlament. Ten neogotycki gmach to symbol nie tylko Budapesztu, ale i całych Węgier. Monumentalny, bogato zdobiony, zbudowany z okazji 1000-lecia państwa, miał pokazać potęgę kraju. Czytałam, że do jego dekoracji użyto pół miliona szlachetnych kamieni i ponad 40 kg złota! Niestety nie udało nam się zwiedzić wnętrz, bilety trzeba rezerwować z dużym wyprzedzeniem, ale już sam widok z zewnątrz robi ogromne wrażenie.
Tuż obok Parlamentu czekał nas moment zadumy, pomnik „Buty nad Dunajem”. Rząd żeliwnych butów, męskich, damskich, dziecięcych – przypomina o ofiarach holokaustu, które zostały rozstrzelane w tym miejscu. Wstrząsający widok, podobny w sile emocji do tych, które pamiętam z wizyt w Auschwitz czy na Majdanku.
Potem skierowaliśmy się do Bazyliki św. Stefana, dedykowanej pierwszemu królowi Węgier. To monumentalna świątynia, w której przechowywane są relikwie króla. Spacer przez Peszt poprowadził nas dalej Aleją Andrássyego, reprezentacyjną ulicą wpisaną na listę UNESCO, gwarną ulicę Vaci, aż po Halę Targową. I tu przepadłam! To miejsce, którego szczerze zazdroszczę Węgrom: trzy piętra pełne smaków, zapachów i kolorów. Papryki, salami, ryby, sery, owoce, a do tego piętro z pamiątkami. Wszystko w pięknym, zabytkowym budynku, z klimatem, jakiego próżno szukać w zwykłych galeriach handlowych.
Gdy nadszedł czas obiadu, skusiliśmy się oczywiście na langosza. I… ten z hali okazał się smaczniejszy niż „najlepszy w Budapeszcie”, który jedliśmy wcześniej! Może dlatego, że tym razem postawiłam na prostą klasykę, śmietanę i ser. Czasami mniej znaczy więcej.
Spacerując dalej, trafiliśmy na Budapest Eye, diabelski młyn na Placu Elżbiety. Cena i powolne tempo obrotu nie zachęciły nas, żeby spróbować, za to tuż obok znaleźliśmy coś dużo ciekawszego: dużą metalową konstrukcję pełną kłódek miłości. Zamiast obciążać nimi mosty, zakochani wieszają je tutaj, wierząc, że to zagwarantuje trwałość ich związku. Pomysł genialny, tradycja zachowana, a mosty ocalone.
Na koniec zostały drobne zakupy na drogę i dla bliskich, pamiątkowa tablica i obowiązkowy magnes na lodówkę. Kilka ostatnich zdjęć, ostatnie spojrzenie na miasto… i trzeba było ruszać w drogę powrotną.
Budapeszt żegnał nas pięknym popołudniem, a ja już wiedziałam, że chętnie tu kiedyś wrócę