City break Sofia

W chłodzie monastyrów

Pomysł na Sofię pojawił się w mojej głowie kilka miesięcy wcześniej. Trafiłam na atrakcyjne ceny biletów lotniczych i długo się nie zastanawiałam. Wiedziałam, że w lipcu nie będziemy mieli szans na dłuższą wyprawę, więc postanowiłam wykorzystać kilka dni na kolejny city break.

Większość osób wybiera Sofię na weekend. Dwa dni i z powrotem do domu. Ja od początku planowałam ten wyjazd trochę inaczej. Chciałam wypożyczyć skuter i zobaczyć coś więcej niż samo miasto. W planach był przede wszystkim Monastyr Rylski i okolice Sofii. Życie, jak to zwykle bywa, napisało jednak własny scenariusz.

Dobre rekomendacje usłyszałam od Beaty, a tuż przed naszym wyjazdem z Sofii wrócili Ula z Wojtkiem. Przywieźli mnóstwo praktycznych wskazówek i polecili kilka świetnych miejsc z lokalnym jedzeniem. Powiedzieli też coś, co wyjątkowo zapadło mi w pamięć – że Sofia ma świetny vibe.

Byłam ciekawa, czy i nam uda się go poczuć.

No to sprawdźmy to…

Dzień pierwszy - piątek -10 lipca 2026

Zapach jajka w chmurach i hotel z widokiem na... sale chorych

Ta podróż, podobnie jak wiele naszych krótkich wyjazdów, zaczęła się… całkiem zwyczajnie. Ja rano poszłam do pracy, a Wacek spędził poranek w kolejce do lekarza na swoją kwartalną kontrolę onkologiczną. Dopiero po południu mogliśmy na chwilę zamknąć codzienność i zamienić ją na kolejną przygodę. Samolot do Sofii mieliśmy o godzinie 13.05. Na lotnisko zawiózł nas Michał, a my – zgodnie z naszą podróżniczą tradycją – zabraliśmy ze sobą własnoręcznie przygotowane bułki z jajkiem i szynką. Są już chyba nieodłącznym elementem naszych wyjazdów. Wacek nawet stwierdził, że zapach gotowanych jajek kojarzy mu się z wyjazdami. Dobrze jest tworzyć własne tradycje, a jeszcze jak są takie smaczne, to już mistrzostwo. Do Sofii lecieliśmy liniami Wizz Air. Tym razem los okazał się dla nas łaskawy i przydzielił nam miejsca w jednym rzędzie. Dzięki temu Wackowi udało się szybko zorganizować małą roszadę. Poprosił siedzącego przy oknie Bułgara, aby zamienił się z nim na identyczne miejsce po drugiej stronie przejścia. Dzięki temu mogliśmy siedzieć obok siebie. Cała historia miała jeszcze zabawny finał. Podczas opuszczania samolotu usłyszeliśmy, jak żona naszego wybawcy z pretensją pyta go: – Jak to? Zamieniłeś się? Na co on spokojnie odpowiedział: – Bo pan chciał siedzieć z żoną. Pani nie dawała jednak za wygraną. – Ale przecież ty też masz żonę! – Ale ty siedziałaś w innej części samolotu… Nie wiem, czy zakończyło się to domową dyskusją, ale dzięki temu sympatycznemu Bułgarowi mogliśmy spędzić lot razem. Choć właściwie trudno mówić o locie. Minął błyskawicznie. Wacek śledził trasę na mapie, a ja… jak zwykle wykorzystałam okazję na krótką drzemkę. Na lotnisku w Sofii wylądowaliśmy około 15.00 czasu polskiego, czyli już o 16.00 czasu bułgarskiego. Pierwsze wrażenie? Lotnisko wydało nam się niewielkie i bardzo skromne. Zwłaszcza w porównaniu z krakowskimi Balicami. Do centrum dostaliśmy się komunikacją miejską. Najpierw autobusem z lotniska, a później metrem, którym dojechaliśmy w okolice naszego hotelu. Samo znalezienie hotelu okazało się jednak wyzwaniem.  BG Bistro Hotel ukryty jest za budynkami szpitala i prowadzi do niego przejście przez przyszpitalne podwórko. Idąc tą drogą, można zaglądać pacjentom prosto w okna. To dziwne uczucie. Z jednej strony smutno patrzeć na ludzi spędzających kolejne dni w szpitalnych salach. Z drugiej trudno nie poczuć wdzięczności za to, że my jesteśmy po tej drugiej stronie okna. Że jesteśmy zdrowi, możemy podróżować, cieszyć się latem i odkrywać nowe miejsca. Takie chwile przypominają, że to wcale nie jest oczywiste. A życie przecież nas już mocno doświadczyło … Hotel okazał się bardzo przyjemnym zaskoczeniem. Dostaliśmy niewielki apartament z ogromnym łóżkiem, aneksem kuchennym, lodówką i bardzo ładną, nowoczesną łazienką z kabiną prysznicową. Wszystko wyglądało na nowe i zadbane. Mieliśmy również wykupione śniadania, więc z ciekawością czekaliśmy na następny poranek. Po krótkim odpoczynku i relaksującym prysznicu ruszyliśmy na kolację. Skorzystaliśmy z polecenia Uli i trafiliśmy do restauracji “Wkusne Kebapcze”, serwującej tradycyjną kuchnię bułgarską. Był to strzał w dziesiątkę. Wacek zamówił steka, do tego spróbowaliśmy kebapcze – charakterystycznych, grillowanych ruloników z mielonego mięsa. Ja wybrałam klasyczną sałatkę szopską. Wszystko popiliśmy colą, a ja dodatkowo zamówiłam herbatę miętową, licząc na jej zbawienny wpływ na trawienie. Po kolacji zrobiliśmy jeszcze zakupy w pobliskiej Billi. Potem metro, krótki spacer do hotelu, szybki prysznic i łóżko. Pierwszy dzień w Sofii nie obfitował w spektakularne atrakcje. Był raczej spokojnym wejściem w rytm kolejnej podróży. Niemniej jednak był to dla mnie jeszcze szczególny dzień z zupełnie innego powodu. Tego dnia mój syn Wojciech bronił pracę licencjacką. Termin wyjazdu do Sofii zarezerwowaliśmy dużo wcześniej, a datę obrony uczelnia podała dopiero później. Bardzo żałowałam, że nie mogłam być z nim w tej ważnej chwili. Na szczęście przez cały czas byłam w kontakcie z Ulą, która pojechała na uczelnię razem z dziadkiem. Czekałam na wiadomość z niecierpliwością i mocno ściskałam kciuki. I w końcu przyszła. Wojciech obronił się na 5. Co więcej, ukończy studia z wyróżnieniem. Jakby tego było mało, wszystko wydarzyło się dokładnie w dniu jego 23.urodzin. Trudno wyobrazić sobie piękniejszy prezent. Jestem z niego ogromnie dumna.

Dzień drugi - sobota - 11 lipca 2026

Jak zaliczyć roczny limit świątyń w jeden dzień oraz od planowania kampera do głębokich rozmów

Dzień zaczął się bardzo leniwie. W końcu była sobota. Nie czuliśmy żadnej presji, żeby wcześnie wstawać. Nie mieliśmy planów, które narzucałyby tempo dnia, więc budziliśmy się spokojnie, bez pośpiechu. Ważne było tylko, żeby zdążyć na hotelowe śniadanie. Mamy już pewne doświadczenie z hotelowymi śniadaniami. Warto pojawić się na nich możliwie wcześnie. Później zostają już tylko resztki, a przede wszystkim wszystko jest zimne. Niestety tym razem przekonaliśmy się o tym na własnej skórze. Na śniadanie zeszliśmy dopiero około dziewiątej, czyli dwie godziny po rozpoczęciu jego serwowania. Boczek, choć wyglądał bardzo apetycznie, był już zimny. Jajecznica również – twarda, wysuszona i dokładnie taka, jakiej najbardziej nie lubię. Na szczęście wybór był na tyle duży, że każde z nas znalazło coś dla siebie. Głód został zaspokojony i mogliśmy spokojnie rozpocząć zwiedzanie Sofii. Po śniadaniu wcale się nie spieszyliśmy. Jeszcze chwilę odpoczywaliśmy na łóżku. Każde z nas przeglądało internet, szukając tego, co akurat je interesowało. Wspólnie natomiast oglądaliśmy ogłoszenia z kamperami. Nie wiem, czy już wspominałam o naszym najnowszym pomyśle, ale coraz poważniej myślimy o spróbowaniu van life. Od pewnego czasu oglądamy różne kampery, porównujemy układy wnętrz i zastanawiamy się, czego naprawdę potrzebujemy. Upatrzyliśmy sobie nawet jeden egzemplarz niedaleko Krakowa, w Tarnowie. Postanowiliśmy, że po powrocie pojedziemy go obejrzeć. Zdjęcia potrafią być bardzo przekonujące, ale dopiero na żywo można ocenić, czy dany układ rzeczywiście będzie funkcjonalny i zapewni komfort podczas podróży. W końcu ruszyliśmy zwiedzać Sofię. Mimo że temperatura dochodziła do 30 stopni, spacerowanie po mieście okazało się bardzo przyjemne. Sofia zaskoczyła nas ilością zieleni i fontann. Drzewa dawały przyjemny cień, a większość odwiedzanych przez nas miejsc stanowiły świątynie, w których panował przyjemny chłód. Do tego woda, lody i częste postoje sprawiły, że upał wcale nie był uciążliwy. Sofia wydała nam się miastem niezwykle różnorodnym i wielokulturowym. W niewielkiej odległości od siebie harmonijnie współistnieją świątynie różnych wyznań. Przechodziliśmy płynnie od kościoła rzymskokatolickiego przez cerkwie aż do meczetu. Świątyń odwiedziliśmy tego dnia naprawdę imponującą liczbę. Przypomniało mi się wtedy, jak Wojtek podczas naszych rodzinnych podróży często żartował, że po zwiedzeniu tylu kościołów czuje się zwolniony z chodzenia do nich przez cały następny rok. Z naszego hotelu metrem dojechaliśmy do stacji Narodowy Pałac Kultury i stamtąd rozpoczęliśmy spacer po Sofii. Sam Pałac Kultury nie przypomina naszego warszawskiego Pałacu Kultury i Nauki, będącego symbolem socrealizmu i pamiątką po czasach „przyjaźni polsko-radzieckiej”, nawiązującego do słynnych moskiewskich „Siedmiu Sióstr”. Warszawski PKiN powstał w latach pięćdziesiątych ubiegłego wieku, natomiast sofijski ukończono dopiero w 1981 roku. Nie jest więc jego bliźniaczą budowlą. Pamiętam natomiast, że bardzo podobny do warszawskiego Pałacu Kultury wydawał mi się ten w Rydze, choć łotewska budowla jest znacznie mniej reprezentacyjna od naszej. W Sofii do socrealistycznej architektury najbardziej nawiązuje natomiast Largo, monumentalny kompleks obejmujący dawną siedzibę partii komunistycznej, budynki rządowe oraz dom towarowy. Obecnie w najwyższym z nich obraduje Zgromadzenie Narodowe Bułgarii. Sam Pałac Kultury mogliśmy obejrzeć jedynie z zewnątrz. Wejścia skutecznie bronił ochroniarz. Z informacji znalezionych w internecie wynikało, że wewnątrz znajduje się przede wszystkim centrum kongresowe z kilkunastoma salami konferencyjnymi rozmieszczonymi na ośmiu piętrach, więc nie czuliśmy, że coś nas ominęło. Przed budynkiem znajduje się duża fontanna, a wzdłuż Bulwaru Witosza ciągnie się cały szpaler kolejnych. Patrząc na nie, Wacek stwierdził, że właśnie tak powinien wyglądać Rynek Główny w Krakowie – z drzewami, cieniem, kwiatami, fontannami i miejscami zachęcającymi do odpoczynku. Trudno było się z nim nie zgodzić. Nasz rynek wiele lat temu uległ modzie na betonozę i dziś w upalne dni bardziej przypomina rozgrzaną patelnię niż miejsce, w którym chce się przysiąść na dłużej. Na szczęście mam wrażenie, że miasto zaczyna powoli odchodzić od tego pomysłu. Pojawiły się drzewa w donicach, a w tym roku rozstrzygnięto konkurs na nową fontannę. Mam nadzieję, że będzie to krok w dobrą stronę. Ruszyliśmy w kierunku Serdiki, odwiedzając po drodze wszystko to, co wydawało nam się interesujące. Jednym z pierwszych miejsc był kościół św. Jerzego. Jak zwykle zapaliliśmy świeczki za zdrowie i pomyślność naszą oraz naszych bliskich. Bardzo lubię ten zwyczaj. Gdzie tylko mogę, zostawiam mały płomyk i krótką modlitwę. Takie chwile zatrzymania są dla mnie ważną częścią podróżowania. Następnie odwiedziliśmy moskiewską cerkiew św. Mikołaja Cudotwórcy oraz cerkiew św. Józefa, by w końcu dotrzeć do największej i najbardziej reprezentacyjnej świątyni Sofii – Soboru św. Aleksandra Newskiego. To niezwykle ważny punkt na mapie Sofii i całej Bułgarii. Nie jest to jedynie świątynia i centrum duchowe kraju. To także symbol wyzwolenia Bułgarii spod osmańskiego panowania, wyraz wdzięczności wobec cara Aleksandra II oraz hołd złożony wszystkim żołnierzom, którzy walczyli o wolność i niepodległość ojczyzny. Budowany przez ponad trzydzieści lat sobór pochłonął ogromne środki finansowe, pochodzące w dużej mierze z datków samych mieszkańców. To imponująca interpretacja architektury bizantyjskiej zrealizowana z prawdziwym rozmachem. Na mnie największe wrażenie zrobił ogromny, złocony żyrandol zwisający spod głównej kopuły oraz tron monarchy, którego po obu stronach strzegą kamienne lwy. Tuż obok soboru znajduje się cerkiew Mądrości Bożej (Sweta Sofia), której początki sięgają IV wieku. Ceglasta, surowa bryła nie robi takiego wrażenia jak jej monumentalna sąsiadka. Broni się jednak czymś znacznie cenniejszym – swoim wiekiem i historią. Po zwiedzaniu postanowiliśmy chwilę odpocząć w ogrodach przy Pałacu Królewskim. Przez moment nawet rozważaliśmy powrót do hotelu, prysznic i krótki odpoczynek, a dopiero wieczorem ponowne wyjście do miasta. Ostatecznie zwyciężyła ciekawość. Postanowiliśmy dojść jeszcze do Serdiki i zobaczyć meczet. Spacerując w tamtym kierunku, odwiedziliśmy jeszcze dwa bardzo ciekawe miejsca. Pierwszym była cerkiew Sweta Nedela. Trafiliśmy akurat na prawosławny ślub. Lubię takie przypadkowe spotkania z codziennym życiem mieszkańców. Dzięki nim miasto przestaje być tylko zbiorem zabytków, a staje się prawdziwym miejscem, w którym toczy się zwyczajne życie. Przy okazji dowiedziałam się, że istnieje przesąd, że małżeństwa zawarte w tej cerkwi są trwałe i szczęśliwe… Następnie dotarliśmy do Rotundy św. Jerzego – najstarszego zachowanego budynku w Sofii. Została zbudowana przez Rzymian w IV wieku naszej ery. Wewnątrz oraz w centralnej kopule zachowały się oryginalne freski z XII–XIV wieku. W czasach Imperium Osmańskiego budowla pełniła funkcję meczetu, a po jego upadku ponownie stała się cerkwią. Niesamowite, ile historii potrafią pomieścić mury jednego, niewielkiego budynku. Ostatnim punktem naszego sobotniego zwiedzania był Meczet Bania Baszi Dżamija. Po zdjęciu butów i nakryciu przeze mnie głowy weszliśmy do środka. Muszę jednak przyznać, że to miejsce nie zrobiło na nas większego wrażenia. Meczet jak meczet – po prostu. Ja zresztą chciałam stamtąd wyjść dość szybko, bo akurat byłam jedyną kobietą w środku i czułam się trochę nieswojo. Wychodząc prawdopodobnie popełniłam małe faux pas. Odruchowo nie pozwoliłam jednemu z mężczyzn wyjść przede mną. Dopiero chwilę później pomyślałam, że być może obowiązują tam inne zasady niż te, do których jestem przyzwyczajona. Podróże uczą nie tylko poznawania nowych miejsc, ale także innych zwyczajów i sposobów patrzenia na świat. Na zakończenie dnia Wacek zaprosił mnie na kolację do Happy Bar & Grill. Był to doskonały wybór. Jedzenie okazało się bardzo smaczne, pięknie podane, a desery były naprawdę wyjątkowo udane. Miło było usiąść po całym dniu spacerowania i po prostu cieszyć się chwilą. Ten wieczór zapamiętam jednak przede wszystkim z innego powodu. Mieliśmy czas na długą rozmowę. Nie o zabytkach ani planie na kolejny dzień, ale o nas. O sprawach ważnych. O tym, co na co dzień gdzieś umyka pomiędzy pracą, obowiązkami i zwykłą codziennością. Lubię takie chwile. Mam wrażenie, że właśnie takie rozmowy najbardziej zbliżają ludzi i pozwalają lepiej zrozumieć siebie nawzajem. Jak mawiał Jan Pospieszalski: „Warto rozmawiać.”

Dzień trzeci - niedziela - 12 lipca 2026.

Jak zostać „grzecznymi turystami” w małym Rzymie i przeżyć autobus grozy

Niedziela podczas tej podróży była inna niż zwykle. Tym razem musieliśmy wykazać się dyscypliną: wczesna pobudka, szybkie śniadanie i wyjście z hotelu o określonej godzinie. Kupiliśmy wycieczkę z GetYourGuide do Płowdiwu. Prognozy zapowiadały, że w Sofii będzie padać, natomiast w Płowdiwie miało świecić słońce. A my właśnie po to uciekliśmy z zimnego i deszczowego Krakowa – żeby złapać trochę lata, nacieszyć się ciepłem i słońcem. Od rana konsekwentnie realizowaliśmy plan i na miejsce zbiórki dotarliśmy z dużym zapasem czasu. Droga do Płowdiwu zajęła około dwóch godzin. Część podróży przespałam, a przez pozostały czas słuchałam opowieści naszego przewodnika. Na miejscu czekały nas dwie godziny zwiedzania z przewodnikiem i kolejne dwie godziny czasu wolnego. Na co dzień nie przepadamy za zorganizowanymi wycieczkami. Zdecydowanie wolimy podróżować na własną rękę, we własnym tempie i bez oglądania się na zegarek. Tym razem jednak uznaliśmy, że to bardzo dobry wybór. Koszt wycieczki okazał się niższy niż samodzielny dojazd do Płowdiwu, a opowieści przewodnika były dodatkowym bonusem. Płowdiw to drugie co do wielkości miasto Bułgarii, położone u podnóża gór Rodopy, nad rzeką Maricą. Jest również jednym z najstarszych miast Europy, którego historia sięga pierwszego tysiąclecia przed naszą erą. Przez wieki przechodził z rąk do rąk, co dziś doskonale widać w jego architekturze i wielokulturowym charakterze. Zachowały się tu fragmenty murów obronnych, liczne starożytne ruiny oraz wciąż czynny teatr rzymski. Płowdiw bywa nazywany „małym Rzymem”. Nie tylko ze względu na bogactwo rzymskich zabytków, ale również dlatego, że podobnie jak Rzym został zbudowany na siedmiu wzgórzach. Aż trzy z nich znajdują się na terenie Starego Miasta. To właśnie ta część miasta, wpisana na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO, najbardziej nas zachwyciła. Plątanina brukowanych uliczek, wąskich zaułków i pięknie odrestaurowanych domów sprawia, że spaceruje się tam z ogromną przyjemnością. Spośród wszystkich budynków najbardziej spodobało nam się Muzeum Etnograficzne. To jeden z najpiękniejszych przykładów architektury bułgarskiego odrodzenia narodowego – okazała, czterokondygnacyjna rezydencja z bogato zdobioną fasadą i przepięknie rzeźbionymi drewnianymi sufitami. Jak zwykle ogromne wrażenie zrobiły na nas także wnętrza świątyń. Szczególnie zapamiętaliśmy cerkiew św. Konstantyna i Heleny. Już samo jej odnalezienie było ciekawym doświadczeniem. Świątynia ukryta jest na niewielkim dziedzińcu, za ogrodzeniem, przez co łatwo ją minąć. Mieliśmy szczęście trafić na ceremonię chrztu dziecka. Przez chwilę mogliśmy obserwować prawosławny obrzęd, tak różny od chrztów, które znamy z Kościoła katolickiego. Tuż obok dzwonnicy rosną okazałe bananowce. Od razu zwróciłam na nie uwagę, bo wyhodowanie takiego egzemplarza w domu od dawna jest jednym z moich małych marzeń. Podczas czasu wolnego odwiedziliśmy jeszcze meczet Dżumaja – najstarszy i największy meczet osmański na Bałkanach. Z zewnątrz nie wydawał się szczególnie imponujący, ale wewnątrz panowała atmosfera skupienia i wyjątkowego spokoju, którą trudno opisać słowami. Pozostały czas spędziliśmy już znacznie mniej ambitnie. Usiedliśmy w jednej z kawiarenek na Starym Mieście, delektując się kawą mrożoną, a później zaglądaliśmy do sklepików z pamiątkami, wybierając kolejne magnesy i tablicę do naszej kolekcji. Powrót do Sofii dostarczył nam niespodziewanych emocji. Autobus co jakiś czas wydawał niepokojące dźwięki. Skrzypiał, trzeszczał i piszczał, skutecznie budując wizję nieplanowanego postoju na autostradzie. Jakby tego było mało, rozpętała się potężna ulewa. Paradoksalnie właśnie wtedy wszystkie podejrzane odgłosy ucichły. Jakby autobus uznał, że jedna atrakcja w zupełności nam wystarczy. Do Sofii dojechaliśmy szczęśliwie dokładnie w chwili, gdy zza chmur ponownie wyszło słońce i zaczęło osuszać zalane ulice. Po prysznicu i krótkim odpoczynku wybraliśmy się jeszcze na kolację do restauracji, którą Wacek wypatrzył dzień wcześniej. I znowu się nie zawiedliśmy. Jedzenie było bardzo smaczne, a my zgodnie uznaliśmy, że był to kolejny wyjątkowo udany dzień naszej bułgarskiej przygody.

Dzień czwarty - poniedziałek - 13 lipca 2026r.

Monastyr na baterie, bunt w cerkwi i lwy z widokiem na dewelopera

Moja pierwsza refleksja po przebudzeniu była bardzo prosta: jak dobrze jest nie iść do pracy w poniedziałek…

I nie chodzi o to, że nie lubię swojej pracy. Jest naprawdę w porządku, choć obecnie daje mi znacznie mniej satysfakcji niż kiedyś. Może właśnie dlatego coraz częściej szukam radości poza nią. Dzień wolny smakuje wtedy podwójnie.

Poza tym – jak już chyba kiedyś pisałam – uwielbiam city breaki. Nie zabierają dużo urlopu, a potrafią zresetować głowę niemal tak samo skutecznie jak dwutygodniowy wyjazd.

Humor dopisywał mi więc od samego rana, mimo lekkiego bólu gardła. Najprawdopodobniej był to efekt mocno schłodzonego autobusu poprzedniego dnia i kawy mrożonej z lodami. Gdzieś z tyłu głowy wiedziałam już, że pewnie skończy się chorobą. Ale postanowiłam się tym nie przejmować. Dzisiaj chciałam po prostu cieszyć się ostatnim dniem w Sofii.

Pierwotnie planowaliśmy wycieczkę do Monastyru Rylskiego. Bardzo zależało mi na zobaczeniu tego miejsca. To jeden z najważniejszych zabytków Bułgarii, wpisany na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO.

Chcieliśmy wypożyczyć skuter, ale szybko okazało się, że w sofijskich wypożyczalniach dostępne są wyłącznie skutery elektryczne o zasięgu około 50 kilometrów. Do monastyru było natomiast około 140 kilometrów w jedną stronę.

Musieliśmy więc odpuścić.

Pomyśleliśmy jednak, że to wcale nie musi być stracony dzień. Wręcz przeciwnie.

W naszych głowach zakiełkował pomysł, żeby spędzić go w rytmie slow. Bez pośpiechu. Delektując się śniadaniem, powolnym pakowaniem i ostatnimi chwilami w hotelu.

Zresztą nie tylko my postanowiliśmy zwolnić. Poznany dzień wcześniej motocyklista z Polski zszedł na śniadanie jeszcze później niż my.

Chyba każda podróż potrzebuje takiego dnia. Dnia na złapanie oddechu i naładowanie baterii.

Z hotelu wyszliśmy dokładnie w chwili, gdy wybiła godzina wymeldowania. Ani minuty wcześniej. Dobę hotelową wykorzystaliśmy do samego końca, rozkoszując się klimatyzowanym pokojem i wygodnym łóżkiem.

Nie odpuściliśmy jednak całkowicie zwiedzania.

Autobusem pojechaliśmy do cerkwi św. Bojana, która – podobnie jak Monastyr Rylski – również znajduje się na Liście Światowego Dziedzictwa UNESCO.

Już przy wejściu czekały na nas dość rygorystyczne zasady. Do środka jednocześnie może wejść maksymalnie dziesięć osób, zwiedzanie trwa dziesięć minut, a fotografowanie i filmowanie są całkowicie zabronione.

Sama cerkiew z zewnątrz nie robi większego wrażenia. Jest niewielka, niepozorna i łatwo byłoby ją minąć bez zatrzymania.

Cała jej wyjątkowość kryje się we wnętrzu.

Ściany pokrywają XIII-wieczne freski przedstawiające sceny z życia Chrystusa, świętych, władców i fundatorów świątyni. Nas nie zachwyciły aż tak, jak się spodziewałam, ale bardzo doceniam fakt, że te niezwykłe malowidła zostały odrestaurowane i zachowane dla kolejnych pokoleń.

Jeśli natomiast chodzi o zakaz fotografowania, to oboje z Wackiem zgodnie stwierdziliśmy, że w dobie współczesnych technologii takie ograniczenia mają już niewielki sens.

A poza tym… jeśli czegoś nie wolno, a bardzo się chce… to podobno można.

Popołudnie spędziliśmy w sofijskim zoo.

To bardzo specyficzne miejsce. Już na pierwszy rzut oka widać, że ogród jest niedofinansowany i wymaga wielu inwestycji. Paradoksalnie jednak chyba nigdzie wcześniej nie widziałam tylu zwierząt z tak bliskiej odległości.

Najbardziej zaskoczyło mnie jednak coś innego.

Za ogrodzeniem zoo niemal natychmiast zaczynały się wysokie bloki mieszkalne. To dopiero przykład patodeweloperki…

Na obiad ponownie wybraliśmy Happy Bar & Grill.

Skoro poprzednim razem wszystko nam smakowało, trudno było ryzykować inne miejsce. I tym razem się nie zawiedliśmy. Obiad był bardzo udany, a na zakończenie pozwoliliśmy sobie jeszcze na deser.

Lot powrotny do Krakowa mieliśmy o 21.30.

Po raz kolejny siedzieliśmy obok siebie dzięki Wackowi. Ryanair przydzielił nam miejsca w różnych częściach samolotu, ale okazało się, że obok niego było sporo wolnych foteli. Po prostu się przesiadłam.

Byłam mu za to bardzo wdzięczna.

Czułam się już naprawdę kiepsko i marzyłam tylko o tym, żeby jak najszybciej znaleźć się w domu.

Na szczęście z lotniska odebrał nas Michał.

Przez całą drogę myślałam już tylko o gorącej herbacie z miodem i tabletce przeciwbólowej.

Gardło nie dawało mi najmniejszych szans, że tym razem choroba odpuści…