Moja pierwsza refleksja po przebudzeniu była bardzo prosta: jak dobrze jest nie iść do pracy w poniedziałek…
I nie chodzi o to, że nie lubię swojej pracy. Jest naprawdę w porządku, choć obecnie daje mi znacznie mniej satysfakcji niż kiedyś. Może właśnie dlatego coraz częściej szukam radości poza nią. Dzień wolny smakuje wtedy podwójnie.
Poza tym – jak już chyba kiedyś pisałam – uwielbiam city breaki. Nie zabierają dużo urlopu, a potrafią zresetować głowę niemal tak samo skutecznie jak dwutygodniowy wyjazd.
Humor dopisywał mi więc od samego rana, mimo lekkiego bólu gardła. Najprawdopodobniej był to efekt mocno schłodzonego autobusu poprzedniego dnia i kawy mrożonej z lodami. Gdzieś z tyłu głowy wiedziałam już, że pewnie skończy się chorobą. Ale postanowiłam się tym nie przejmować. Dzisiaj chciałam po prostu cieszyć się ostatnim dniem w Sofii.
Pierwotnie planowaliśmy wycieczkę do Monastyru Rylskiego. Bardzo zależało mi na zobaczeniu tego miejsca. To jeden z najważniejszych zabytków Bułgarii, wpisany na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO.
Chcieliśmy wypożyczyć skuter, ale szybko okazało się, że w sofijskich wypożyczalniach dostępne są wyłącznie skutery elektryczne o zasięgu około 50 kilometrów. Do monastyru było natomiast około 140 kilometrów w jedną stronę.
Musieliśmy więc odpuścić.
Pomyśleliśmy jednak, że to wcale nie musi być stracony dzień. Wręcz przeciwnie.
W naszych głowach zakiełkował pomysł, żeby spędzić go w rytmie slow. Bez pośpiechu. Delektując się śniadaniem, powolnym pakowaniem i ostatnimi chwilami w hotelu.
Zresztą nie tylko my postanowiliśmy zwolnić. Poznany dzień wcześniej motocyklista z Polski zszedł na śniadanie jeszcze później niż my.
Chyba każda podróż potrzebuje takiego dnia. Dnia na złapanie oddechu i naładowanie baterii.
Z hotelu wyszliśmy dokładnie w chwili, gdy wybiła godzina wymeldowania. Ani minuty wcześniej. Dobę hotelową wykorzystaliśmy do samego końca, rozkoszując się klimatyzowanym pokojem i wygodnym łóżkiem.
Nie odpuściliśmy jednak całkowicie zwiedzania.
Autobusem pojechaliśmy do cerkwi św. Bojana, która – podobnie jak Monastyr Rylski – również znajduje się na Liście Światowego Dziedzictwa UNESCO.
Już przy wejściu czekały na nas dość rygorystyczne zasady. Do środka jednocześnie może wejść maksymalnie dziesięć osób, zwiedzanie trwa dziesięć minut, a fotografowanie i filmowanie są całkowicie zabronione.
Sama cerkiew z zewnątrz nie robi większego wrażenia. Jest niewielka, niepozorna i łatwo byłoby ją minąć bez zatrzymania.
Cała jej wyjątkowość kryje się we wnętrzu.
Ściany pokrywają XIII-wieczne freski przedstawiające sceny z życia Chrystusa, świętych, władców i fundatorów świątyni. Nas nie zachwyciły aż tak, jak się spodziewałam, ale bardzo doceniam fakt, że te niezwykłe malowidła zostały odrestaurowane i zachowane dla kolejnych pokoleń.
Jeśli natomiast chodzi o zakaz fotografowania, to oboje z Wackiem zgodnie stwierdziliśmy, że w dobie współczesnych technologii takie ograniczenia mają już niewielki sens.
A poza tym… jeśli czegoś nie wolno, a bardzo się chce… to podobno można.
Popołudnie spędziliśmy w sofijskim zoo.
To bardzo specyficzne miejsce. Już na pierwszy rzut oka widać, że ogród jest niedofinansowany i wymaga wielu inwestycji. Paradoksalnie jednak chyba nigdzie wcześniej nie widziałam tylu zwierząt z tak bliskiej odległości.
Najbardziej zaskoczyło mnie jednak coś innego.
Za ogrodzeniem zoo niemal natychmiast zaczynały się wysokie bloki mieszkalne. To dopiero przykład patodeweloperki…
Na obiad ponownie wybraliśmy Happy Bar & Grill.
Skoro poprzednim razem wszystko nam smakowało, trudno było ryzykować inne miejsce. I tym razem się nie zawiedliśmy. Obiad był bardzo udany, a na zakończenie pozwoliliśmy sobie jeszcze na deser.
Lot powrotny do Krakowa mieliśmy o 21.30.
Po raz kolejny siedzieliśmy obok siebie dzięki Wackowi. Ryanair przydzielił nam miejsca w różnych częściach samolotu, ale okazało się, że obok niego było sporo wolnych foteli. Po prostu się przesiadłam.
Byłam mu za to bardzo wdzięczna.
Czułam się już naprawdę kiepsko i marzyłam tylko o tym, żeby jak najszybciej znaleźć się w domu.
Na szczęście z lotniska odebrał nas Michał.
Przez całą drogę myślałam już tylko o gorącej herbacie z miodem i tabletce przeciwbólowej.
Gardło nie dawało mi najmniejszych szans, że tym razem choroba odpuści…