Trudno dziś powiedzieć, skąd dokładnie wziął się pomysł na tę konkretną trasę. Jak to u nas często bywa – inspiracja przyszła gdzieś między kubkiem herbaty a filmem z wyprawy motocyklowej na YouTube. Wacek z reguły konsumuje ich hurtowe ilości, szukając pomysłów, miejsc i tras, które mogłyby nas porwać. Ale tym razem nie było łatwo.
Wyprawa nie miała przypaść na typową majówkę. Główna część miała się odbyć jeszcze w kwietniu, a to zawężało kierunki. O tej porze roku nie ma zbyt wielu miejsc w Europie, które gwarantują przyzwoitą pogodę i rozsądne temperatury – nawet na dwóch kołach. Wybór był więc dość logiczny: południe Europy, najlepiej z słońcem, górami i morzem.
BlackMountain Tour 2025
9 dni - 4250 km - booking
Z perspektywy czasu mogę zgadywać, że Czarnogóra to był pomysł Wacka – góry, serpentyny, mały ruch, dużo widoków, idealnie pod motocykl. Albania była niejako naturalną kontynuacją – wystarczy tylko przekroczyć granicę. A Korfu? To już mój wkład. Od dawna chodził mi po głowie city break na tę grecką wyspę, malutką, piękną, do objechania w kilka dni. Skoro mieliśmy być już tak blisko – po co czekać na samolot i weekend, skoro można płynąć tam promem z motocyklem? A jak wiadomo, każdy prom w trasie to dla nas dodatkowy punkt atrakcji.
To była nasza pierwsza długa wyprawa na nowym motocyklu – Yamaha Tracer 900, dumnie noszącym rejestrację K8 TANGO. Maszyna nowa, więc nie ukrywam, że było sporo niepewności. Jak się sprawdzi? Czy da komfort? Czy sprosta warunkom na południu Europy – i czy kierowca sprosta jej? Trzeba było wyruszyć w trasę,by poznać odpowiedzi…
Przygotowania – jak zwykle – były rozdzielone rutynowo.
Wacek: motocykl, elektronika, mapy, plan, vlepki i koszulki wyjazdowe.
Ja: kufer kuchenny, ubrania, kosmetyki, wszystko inne.
Checklista – jak zawsze – była długa, ale znajoma. Przechodziliśmy przez nią z uśmiechem, bo choć logistycznie to może wyzwanie, w sercu była już ekscytacja: 14 dni przygody przed nami.
I tak właśnie ruszyliśmy – w nieznane, przez góry, wzdłuż morza, ku Korfu, nowej przygodzie i kolejnym zapisanym rozdziałom naszej wspólnej podróżniczej historii.
Kraków - Sombor
Dolot - Sombor (Serbia)
Kraków (Polska)
Ostrzyhom (Węgry)
Raba Wyżna (Polska)
Gyermely (Węgry)
Tekovský Hrádok (Słowacja)
Liptovská Osada (Słowacja)
Chyżne (Polska)
Nasza wyprawa Black Mountain Tour 2025 rozpoczęła się nietypowo, bo w drugi dzień świąt wielkanocnych – w lany poniedziałek. Tradycję wielkanocną postanowiliśmy w tym roku nieco skondensować – świętowanie zamknęliśmy do Wielkiej Soboty i Niedzieli Wielkanocnej, a poniedziałek zarezerwowaliśmy już na start motocyklowej przygody.
W Wielką Sobotę, jak co roku, poszliśmy z koszyczkiem na święcenie pokarmów. Tym razem wybór padł na kościół św. Anny w Krakowie – miejsce dla mnie szczególne, bo właśnie tam chrzczone były moje dzieci. Poświęcony koszyk, wiosenna aura i podniosła atmosfera – wszystko jak należy. Później, wspólnie z Ulą, Wojtkiem i moim tatą, uczciliśmy dzień rodzinnym obiadem w restauracji „Szalone Widelce” przy ul. Szpitalnej. Mimo, że wcześniej miałam to miejsce za „turystyczne”, tym razem okazało się być przyjemnym zaskoczeniem – bardzo miłe miejsce na spokojne, rodzinne spotkanie z kuchnią polską w tle.
Wielkanocną niedzielę spędziliśmy osobno. Wacek pojechał do swojej rodziny do Przemyśla, a ja świętowałam z dziećmi i tatą w Krakowie. Wieczorem spotkaliśmy się już z powrotem – i zaczęło się klasyczne pakowanie, przepakowywanie i sprawdzanie listy, bo wiadomo – nie można niczego zapomnieć, a przynajmniej trzeba mieć takie złudzenie.
Poniedziałek to zawsze trudny dzień na trasie. Trzeba wyjechać z miasta, przedostać się przez granice, jechać, jechać, jechać – bez większych widoków, bez zakrętów, bez tych motocyklowych emocji, na które się czeka. Tylko autostrady, tiry, spaliny, monotonia.
Ale jednak – udało się trafić na ciekawy przystanek, który wyrwał nas z drogowej rutyny: Most Marii Walerii nad Dunajem, łączący słowackie Štúrovo z węgierskim Esztergomem. Urokliwe miejsce, z widokiem na zamek i bazylikę w Esztergomie – jeden z ważniejszych zabytków Węgier.
Zatrzymaliśmy się tam na lunch po polsku – kanapki z jajkiem, herbata z termosu, i cisza „nad pięknym modrym Dunajem”. To był moment zatrzymania, chwila by się rozciągnąć, porobić zdjęcia i poczuć, że podróż naprawdę się zaczęła. Na deser były lody i spacerek pod zamek – nie weszliśmy do środka, ale i tak warto było zboczyć z trasy. Piękny, historyczny przystanek.
Naszym celem na pierwszy dzień był Sombor, niewielkie miasteczko na północy Serbii. Dotarliśmy tam dopiero ok. 21:30 – to efekt późnego wyjazdu i typowego dla pierwszego dnia rozbiegu. Nocleg zaplanowaliśmy przy stacji benzynowej, w hoteliku Prenoćište Knez. Brzmi skromnie, ale było naprawdę w porządku – ogromny pokój (co przy naszej ilości bagażu zawsze cieszy), wygodne łóżko i szybkie zameldowanie.
Rano czekało na nas pierwsze zderzenie z lokalnym śniadaniem – i nie było to doświadczenie kulinarne dla każdego. Omlet, dużo tłuszczu, boczek i chleb. Dla mnie zdecydowanie zbyt ciężko jak na poranek, ale – z pustym żołądkiem w trasę też lepiej nie ruszać. Wackowi smakowało.
Tak wyglądał nasz pierwszy dzień. Jeszcze bez widoków zapierających dech, jeszcze bez przygód – ale pełen obietnic. Bo wiedzieliśmy, że prawdziwa podróż zacznie się już kolejnego dnia, kiedy dotrzemy do gór i poczujemy smak Bałkanów.
Foča – Durmitor – Tara – Nikšić
Foca bih , Czarnogóra, kanion rzeki Piva, Durmitor, Most Dudajevica nad Tarą, gleba motorka,
Poranek w Fočy zaczęliśmy od zakupów: jajka, świeże bułki, trochę wędliny. Na śniadanie była pożywna jajecznica z wędliną, na drogę kanapki z jajkiem i herbata do termosu. Ten termos jeździ z nami wszędzie – gorąca herbata z cytryną, lekko posłodzona słodzikiem, wiele razy ratowała nam dzień.
Ruszyliśmy w drogę. Dzień zapowiadał się ekscytująco. Najpierw Via Ferrata Piva, potem kanion rzeki Pivy i jezioro Pivsko – szmaragdowa woda i spektakularne widoki. Tu zostawiliśmy nasze vlepki, a Wacek puścił drona w powietrze. Mam nadzieję, że kiedyś złoży z tych ujęć film – materiał jest na to wyjątkowy, a ujęcia z góry będą cudne. Ciekawostką jest granica BiH – Czarnogóra, która biegnie przez wąski mostek z budkami strażniczymi po obu stronach.
Kolejna była droga P14 – prawdziwa gratka. Łąki, serpentyny i góry dookoła, trochę jak turnie w Tatrach. Zatrzymaliśmy się przy Durmitor View Point, gdzie stoi drewniana rama do zdjęć z widokiem na szczyt Prutaš. Tu zrobiliśmy sobie kilka zdjęć, Wacek znowu latał dronem, a ja zachwycałam się krokusami. Tam też przeżyliśmy chwile grozy. W to samo miejsce podjechała audi grupka młodych mężczyzn o ciemniej karnacji, ubranych w dresy. Zapamiętałam, że jeden miał but związany sznurkiem. Stanęli samochodem w taki sposób, że zastawili nam motor. Mnie już zrobiło się gorąco i trzymałam się blisko Wacka. Mężczyźni pokręcili się trochę, zauważyli drona, skomentowali że drogi i robi dobre zdjęcia. W tym momencie zaczęłam się zastanawiać nad naszym bezpieczeństwem i czy w jakikolwiek sposób mogę wysłać wiadomość z naszym położeniem do bliskich lub do Policji. Na szczęście tym razem się udało, ale kwestia pozostaje do przemyślenia. Zazwyczaj nie ma problemów żadnych z bezpieczeństwem w takich miejscach, ale dziś z uwagi pewnie na pogodę ruch turystyczny był znikomy.
Z tego punktu widokowego przejechaliśmy na następny: Przełęcz Siodło – najwyżej położony punkt tego odcinka. Krótkie zdjęcie pamiątkowe, vlepy, i niestety – deszcz. Znów wskoczyliśmy w stroje przeciwdeszczowe i ruszyliśmy dalej.
Planowaliśmy zatrzymać się przy Tara Bridge i skorzystać z Zip Line Tara, ale deszcz skutecznie ostudził nasze ambicje. Ja miałam też chrapkę na pamiątkowy magnes, ale… płatność tylko gotówką. A gotówki brak.
W restauracji z widokiem na most zjedliśmy porządny, grillowy obiad – różne mięsa, frytki, gorące jedzenie zawsze poprawia nastrój. Chwilę później wyruszyliśmy dalej, kierując się w stronę Bijelo Polje, gdzie mieliśmy zarezerwowany nocleg.
I tu zaczęły się schody. Wjeżdżając na drogę, kątem oka zobaczyliśmy znak ślepej drogi, ale zignorowaliśmy go. Po kilku kilometrach asfalt zniknął, pojawiły się koparki, ciężki sprzęt i szlaban. Zatrzymaliśmy się – niepewni, co dalej. Chcialiśmy zejść z motoru, żeby podejść bliżej, ale coś poszło nie tak. Usłyszałam tylko: Uważaj, kładziemy motor.
I faktycznie, kładliśmy. Zdążyłam trochę odskoczyć, ale i tak wylądowałam w błocie. Leżałam ja. Motor obok mnie. Nad nami stał Wacek. A nad wszystkimi padał deszcz. Pozostało się tylko śmiać.
Postawienie ciężkiego motocykla z kuframi w śliskim błocie wymagało sporo siły i kilku niecenzuralnych słów. Mój telefon nagrał z tego film – niechcący, ale z pełnym komentarzem 😉
Trzeba było zawrócić – droga była w remoncie, o czym informował znak, który zignorowaliśmy. Na szczęście udało się odwołać rezerwację i w trasie, w siodle, zabukowałam nowy nocleg w Nikšiciu.
Wieczorem zameldowaliśmy się w Apartmani Pejović. Piękny apartament, mimo że w przyziemiu – z aneksem kuchennym, łazienką i wygodnym łóżkiem. Zrobiliśmy szybkie zakupy i w końcu mogliśmy odpocząć.
O historii związanej z tym miejscem już w kolejnym wpisie.
Zacznijmy od obiecanej historii z Nikšicia. Nocleg zarezerwowaliśmy niemal w ostatniej chwili, z drogi. Sprawdzałam dwa razy, czy można zapłacić kartą lub przez Booking i wszystko wskazywało, że tak. Ogłoszenie zawierało nawet informację, że gotówka nie jest akceptowana. Klucze wydała nam pani, która nie mówiła po angielsku, ale zapewniła nas: „ok, ok”, więc uznaliśmy, że płatność została pobrana online.
Rano wyjechaliśmy spokojni, około godz. 10. Kilka godzin później dostaliśmy wiadomość, że… jesteśmy złodziejami. Że sprawa została zgłoszona na policję i do straży granicznej, a właściciel miał tam rodzinę. Zbaranieliśmy.
Po zalogowaniu się do Bookingu okazało się, że nasza rezerwacja została anulowana przez właściciela – jako „no show”. Zwykły trick: bierze gotówkę na miejscu, anuluje rezerwację i unika wystawienia opinii. A może i płacenia podatków. Długa wymiana wiadomości zakończyła się tym, że uznał to za „nieporozumienie”. My też nie chcieliśmy eskalować, ale niesmak pozostał. A szkoda, apartament był naprawdę dobrze urządzony.
Na szczęście reszta dnia przyniosła wyłącznie pozytywne emocje.
Pierwszy punkt programu – monastyr Ostrog. Jedno z najświętszych miejsc prawosławia w regionie, wciśnięte w pionową skałę, z relikwiami św. Bazylego. Wierni modlą się tu o zdrowie i… płodność. Według legendy winorośl i źródło, które pojawiły się po śmierci świętego, mają moc cudotwórczą.
Droga dojazdowa – tylko dla odważnych. Na szczęście Wacek pokonywał kolejne zakręty z precyzją i spokojem. Ja – rejestrowałam jego manewry z kamery. Na górze zaczepiła nas polska rodzina, która pogratulowała Wackowi kunsztu i mi wytrwałości w dokumentowaniu tego wszystkiego 😉
Sam klasztor zrobił na nas ogromne wrażenie. Grobowiec z relikwiami, misterne mozaiki, zapach olejków eterycznych, sklepik z ikonami, biżuterią i pamiątkami. Z tarasu na szczycie roztacza się cudowna panorama. To miejsce ma w sobie spokój i wyjątkowy klimat.
Kolejny przystanek – Żelazny Most na Sajlama. Niby nic wielkiego – stary, skrzypiący most dla pieszych nad rzeką o obłędnym kolorze. Ale kiedy stajesz na jego zardzewiałych deskach i czujesz, jak lekko się chwieje robi wrażenie. Wejście kosztuje 2 euro od osoby – most jest prywatny – ale zdjęcia z zewnątrz można zrobić za darmo. Wacek puścił drona, który uchwycił nie tylko most, ale i całą dolinę – będą z tego świetne ujęcia.
Ale największa atrakcja dnia dopiero przed nami, przejazd przez serpentyny Rrapsh w okolicach Grabom. To droga SH20, jedna z bardziej widowiskowych w tej części Europy. Zakręty ostre jak brzytwa, przepaście tuż obok drogi i widoki, które zostają w pamięci na zawsze. Tu znów dron poszedł w ruch. Wacek uwieczniał krajobraz z góry, a ja chłonęłam widok z przeszklonego skywalka – z otwartymi ustami.
Wieczorem dotarliśmy do Szkodry, gdzie zatrzymaliśmy się w hostelu St. Pauli. Wyglądał na zamknięty – podróżowanie poza sezonem ma swoje uroki – ale udało się wynająć przytulny pokój ze śniadaniem w rozsądnej cenie.
Na kolację pojechaliśmy do centrum. Znów porcja grillowanych mięs, krótki spacer i powrót na zasłużony odpoczynek. Ten dzień miał wszystko: napięcie, piękno, historię i nutę absurdu. I za to kochamy podróżowanie.
Dzień zaczęliśmy wcześnie. Na 8:00 mieliśmy zamówione śniadanie. Nie dane nam było doświadczyć słynnej różnorodności bufetu w naszym hostelu – sezon turystyczny miał tu niewątpliwie swoje znaczenie. Skromny talerz: jajko sadzone, plasterek sera koziego, kilka kawałków pomidora i ogórka, chleb, trochę masła, dżem i miód. Prosto, ale wystarczająco. Kwadrans przed dziewiątą ruszyliśmy dalej.
Ten dzień poświęciliśmy niemal w całości na dojazd w kierunku południa Albanii. Zbliżaliśmy się do końca naszej podróży po kontynencie i chcieliśmy dotrzeć możliwie blisko Sarandy – miejsca, z którego planowaliśmy dostać się promem na Korfu.
W planie mieliśmy jeszcze odwiedzenie wioski Theth, ale pogoda skutecznie nas zniechęciła. Chmury, groźne i ciężkie, wisiały dokładnie nad kierunkiem, w którym mieliśmy się udać. Radar pokazywał burzę. A choć nie boimy się deszczu, to jednak jazda motocyklem w taką pogodę przez górskie serpentyny to zupełnie inna historia. Odpuściliśmy.
Jechaliśmy przez znajome z katalogów miejscowości: Durres, Vlora. Szaro, wilgotno, chłodno. W Orikum zatrzymaliśmy się na noc. Miejscowość reklamowana jako perła Riwiery Albańskiej – piękne plaże, ciepłe morze, słońce. Tym razem nic z tego. Morze było szare, plaża mokra, powietrze ciężkie. A skoro my, którzy potrafią wejść do wody niemal zawsze, nawet nie rozważaliśmy kąpieli, to naprawdę musiało być nieprzyjemnie.
Hotel mieliśmy tuż nad morzem. Z prywatną plażą. Obok zaparkowany był drugi motocykl – na niemieckich blachach. Chwilę później pojawił się jego właściciel, podróżował samotnie, wracał z Korfu. Ucieszył się na widok innych motocyklistów. Opowiadał o swoich przygodach, o tym jak jego maszyna nie radzi sobie w deszczu, jak kilka razy się przewrócił i z trudem podnosił motocykl. Przekazał nam też ważną informację: port w Sarandzie jest poza sezonem zamknięty dla ruchu turystycznego. Jeśli chcemy dostać się na Korfu, musimy kierować się do greckiego portu – Igumenitsa. Słuszne rozumowanie bo odprawę graniczną mieliśmy na lądzie a nie w pocie na wyspie – gdzie pewnie kolejki były by spore.
Planowaliśmy zjeść coś w hotelowej restauracji – podobno mają świetną pizzę – ale i tym razem sezon pokrzyżował plany. Kuchnia była zamknięta. Z braku alternatyw ugotowaliśmy obiad z naszych zapasów – na balkonie. Smakował świetnie. Z głodu i z poczucia dobrze rozwiązanej sytuacji.
Wacek planował jeszcze polatać dronem i uchwycić zachód słońca nad morzem. Niestety, przy próbie montażu okazało się, że jedno z ramion jest uszkodzone. Nie nadawał się do lotu. Widziałam, jak bardzo go to zmartwiło.
Chcieliśmy przespacerować się jeszcze brzegiem morza, ale zaczęło solidnie padać.
Zamknęliśmy więc ten dzień z kubkiem herbaty, patrząc na deszcz i rozmyślając o jutrzejszym etapie.
Sobota nie przywitała nas łaskawie. Obudziłam się niewyspana i zmarznięta, mimo że klimatyzacja ustawiona na grzanie pracowała przez całą noc, susząc przy okazji nasze przemoknięte ubrania. W łazience stała nasza niezawodna suszarka do butów – wynalazek za 40 zł z Allegro, który po raz kolejny uratował nam komfort dalszej jazdy. Po kilku spalonych suszarkach do włosów zdecydowałam, że czas na dedykowany sprzęt. I to był strzał w dziesiątkę.
Niestety, od rana lało. Nie padało, tylko lało. Przemokliśmy już w drodze do restauracji na śniadanie. A tam – klasyka tego wyjazdu: jajka w postaci omletu ociekającego tłuszczem i tosty z dżemem. Tęskniłam za zwykłym, dobrym śniadaniem.
Zastanawialiśmy się długo, co robić dalej. Niemiecki motocyklista, poznany dzień wcześniej, postanowił zostać w hotelu i przeczekać złą pogodę. My mieliśmy inny dylemat: nie chcieliśmy tracić kolejnego dnia na siedzenie w pokoju. Leżing i plażing mają sens tylko przy słońcu. A Netflix? To nie po to przyjechaliśmy aż tu. W końcu zdecydowaliśmy – jedziemy dalej, zgodnie z planem.
Gdy deszcz trochę zelżał, szybko spakowaliśmy kufry, przetarliśmy motor i ruszyliśmy trasą SH8 w kierunku Ksamil. Droga była dokładnie taka, jaką lubimy – kręta, widokowa, prowadząca przez wzgórza i wzdłuż wybrzeża. Choć mokra i śliska, miała swój urok. Niestety, przez pogodę nie zrobiliśmy wielu zdjęć. Zatrzymaliśmy się tylko raz – na punkcie widokowym Panorama Llogara.
Po południu dotarliśmy do Ksamil. Zanim rozpoczęliśmy poszukiwania noclegu, poszliśmy na obiad do orientalnej restauracji przy drodze. Ogromne talerze z kebabem i frytkami znacząco poprawiły nam humor. Deszcz ustał, a niebo powoli się przejaśniało.
Niedługo potem znaleźliśmy bardzo przyjemny apartament – blisko plaży, na parterze, z wielkim tarasem. Miejsce okazało się strzałem w dziesiątkę. Rozłożyliśmy nasze rzeczy do wyschnięcia, umyliśmy motor i kufry, a potem ruszyliśmy na wieczorny spacer. Ksamil dopiero budził się do sezonu – wszędzie trwały remonty i porządki. Ale mimo tego, miejsce miało swój urok.
Zakończyliśmy dzień patrząc, jak wielka, pomarańczowa tarcza słońca znika w morzu. To był piękny, niemal magiczny moment – trochę w nagrodę za trudy całego dnia. Zrobiliśmy mnóstwo zdjęć. W dzienniku wdzięczności zapisałam wtedy, że mimo kryzysu, deszczu i tęsknoty za domem, końcówka dnia przyniosła spokój i nową energię. Jutro miało wreszcie zaświecić słońce.
Sibiu - Pitești
Ksamil, skrót i jazda promem, granica, Igumentsia, Korfu Korfu, lotnisko, cypelek , zamkniete La Grotta barm , Monastery of Paleokastritsam , Angelokastro Castle (Parking), hotel z fajnym sniadaniem
Ten dzień od razu zapowiadał się inaczej niż poprzedni. Od rana świeciło słońce, niebo było bezchmurne, a ja obudziłam się wypoczęta i zadowolona. Dobrze przespana noc w szerokim, wygodnym łóżku zrobiła swoje. Śniadanie co prawda wciąż pozostawało w stylu naszej wyprawy (czytaj: omlet i tosty), ale zjedzone na tarasie, w promieniach słońca, smakowało jakby lepiej. Po szybkim spacerze po plaży i zakupach prowiantu na drogę, ruszyliśmy dalej.
Tego dnia czekały nas aż dwie przeprawy promowe. Pierwszą z nich odkrył Wacek – to jeden z tych momentów, kiedy jego doskonałe przygotowanie do podróży naprawdę robi różnicę. Mało kto o tym promie pisze, a naprawdę warto o nim wiedzieć! W Ksamil można wsiąść na niewielki, płaski prom z daszkiem, który w kilka minut przeprawia przez kanał w stronę ruin Trójkątnej Twierdzy z XV wieku. Nie chodziło nam o zwiedzanie (zresztą niewiele tam zostało do oglądania), a raczej o urozmaicenie trasy i zmniejszenie liczby kilometrów do pokonania. Rejs kosztował około 150 leków i trwał 5–10 minut. Był krótki, ale wyjątkowo uroczy. Ja byłam zachwycona i po raz kolejny wdzięczna Wackowi za jego solidny research przed podróżą.
Po tej małej atrakcji ruszyliśmy w kierunku głównego celu dnia – Korfu! Ta malutka wyspa była moim celem podróżniczym na citybreak. Sama myśl więc, że mieliśmy dostać się tam na motocyklu, budziła ekscytację. Przeprawa promem z Albanii trwała około 2,5 godziny. Załadunek pojazdów – w tym naszego motocykla – dostarczył nam sporo emocji. Na pokładzie wędrowaliśmy po różnych poziomach statku, wystawialiśmy twarze do słońca, obserwowaliśmy ślad na wodzie zostawiany przez prom i po prostu cieszyliśmy się chwilą.
Po dopłynięciu rozpoczęliśmy zwiedzanie Korfu od jednego z najbardziej charakterystycznych miejsc – Vlacherny, małej białej cerkwi połączonej z lądem wąskim molo. Kościółek z XVII wieku wygląda wręcz bajkowo na tle błękitnego morza. W środku znajduje się niewielka kaplica oraz sklepik z pamiątkami. To miejsce znane jest także z innego powodu – znajduje się w bezpośrednim sąsiedztwie pasa startowego. Samoloty przelatują tuż nad głowami turystów, wzbudzając niemałe emocje. Udało nam się trafić na lądowanie i to było przeżycie. Chwilę potem ze wzgórza – punktu widokowego z napisem „I love Korfu”, obserwowaliśmy start – i to Ryanaira! Zdjęcia natychmiast poleciały do Uli, naszej dzielnej agentki naziemnej w tej linii.
Następnie obraliśmy kurs na objazd wyspy. Korfu, choć niewielkie, jest zadziwiająco zielone i malownicze. Dotarliśmy do Paleokastritsy, miasteczka położonego wśród skalistych zatoczek z krystalicznie czystą wodą o szmaragdowym odcieniu. Nad wszystkim góruje Klasztor Moni Theotokou z XIII wieku. To spokojne miejsce z pięknymi ogrodami, niewielkim muzeum z bizantyjskimi relikwiami i tradycyjną tłocznią oliwy. Krążyliśmy po dziedzińcu, zaglądając do zakamarków, gdzie wciąż mieszkają mnisi.
Głód dawał się już mocno we znaki, ale żadna z mijanych restauracji nie zachęcała nas swoją ofertą. Owoce morza – choć kuszące dla niektórych – to nie nasza bajka. W końcu zdecydowaliśmy się na… polową kuchnię. I jak zwykle – własnoręcznie przygotowany posiłek w pięknych okolicznościach przyrody smakował najlepiej.
Na nocleg wybraliśmy San Georgio Hotel w Agios Georgios. To był nasz najdroższy nocleg w trakcie całej wyprawy, ale ani przez chwilę nie żałowaliśmy. Pokój był przytulny, z balkonem, czajnikiem, lodówką i kapsułkowym ekspresem do kawy. Luksus! A śniadanie następnego dnia… to była prawdziwa kulinarna odmiana po tygodniu omletów.
Wieczorem wybraliśmy się na spacer po plaży. Zrobiliśmy kilka telefonów do bliskich, by dać znać, że dotarliśmy na wyspę bezpiecznie. Potem, z mapą w ręku, zaplanowaliśmy kolejny dzień eksploracji Korfu.
To był dobry dzień. Taki, który zostaje w pamięci długo.
Dzień 8: drugi dzień na Korfu
Ag. Georgios Pagon, Greece Sidari, Palea Peritheia (old perithia), Sidari, , Pantokrator, Ag. Vasilios, on 28
Dzień rozpoczęliśmy od śniadania… ale nazwać to po prostu „śniadaniem” to jak powiedzieć o Wenus z Milo, że to tylko figurka. To była prawdziwa uczta! Po tygodniu omletów i tostów zachwyciła nas różnorodność dań: jajecznica, jajka na twardo, parówki, kiełbaski, grillowane warzywa, naleśniki, płatki z mlekiem, świeże owoce, ciasta, a do tego kawa z ekspresu i kilka rodzajów soków. San Georgio Hotel jeszcze raz udowodnił, że wart był każdej zapłaconej złotówki. Jedynym minusem było to, że zostaliśmy tu tylko jedną noc…
Po śniadaniu ruszyliśmy do pobliskiego sklepu po wodę, pamiątki i magnesy. Ale to nie one zapadły nam w pamięć najbardziej – tylko lody na patyku bez opakowań, leżące w lodówce jak stosik książek. Eko, dziwnie, ale… smacznie!
Zmotywowani i zaopatrzeni, ruszyliśmy na północ wyspy z planem odwiedzenia kilku znanych plaż i zrobienia przystanku tam, gdzie spodoba nam się najbardziej. Wybór padł na Apotripiti Beach – cichą, ustronną zatoczkę, z krystaliczną wodą i mało liczną publicznością. Woda była chłodna, ale wskoczyliśmy bez wahania. Po kąpieli chwilę poleżeliśmy, ładując się słońcem i spokojem. Zdjęcia z tej plaży -no cóż, niech zostaną w prywatnym archiwum 😉
Choć byliśmy zaledwie 200 m od słynnego Canal d’Amour, nie zdecydowaliśmy się tam odpoczywać – szukaliśmy intymniejszego miejsca. Według legendy, kto przepłynie kanał, odnajdzie miłość, a pary, które zrobią to razem, będą razem na zawsze. Miłość już mamy. Co do reszty… zdamy się na los.
Kolejny przystanek to Przylądek Drastis. Zrobiliśmy krótką wycieczkę pod górę, żeby podziwiać klify wcinające się w Morze Jońskie. Widok robił wrażenie, podobnie jak mijana po drodze plaża Agios Georgios, ponoć jedna z najpiękniejszych na wyspie. My plażing mieliśmy już zaliczony, więc ruszyliśmy dalej.
Dotarliśmy do Kassiopi, klimatycznego portowego miasteczka z bielonymi domkami, jachtami bujającymi się w rytm fal i uroczą plażą Bataria Beach. Tam zrobiliśmy krótką przerwę, a potem ruszyliśmy do Old Perithia, czyli Wioski Duchów, położonej na zboczach góry Pantokrator.
Wioska ma swoje korzenie w XIV wieku, powstała jako schronienie przed piratami i chorobami z wybrzeża. W czasach świetności liczyła 130 domów i aż 8 kościołów. Dziś większość z nich to tylko ruiny – zardzewiałe drzwi, powybijane okna i walące się ściany. Tylko centralny plac tętni życiem dzięki kilku tawernom. Zauważyliśmy tam też dom, w którym sprzedawano miód. Dopiero później przeczytałam, że pewna para stara się przywrócić życie tej wiosce, odbudowują domy, zakładają ule, sprzątają i ratują to miejsce od zapomnienia. Wciąż jednak Old Perithia robi niesamowite, nieco mroczne wrażenie. Ale właśnie dlatego warto ją odwiedzić.
Na koniec dnia wspięliśmy się (no motor, nie my) na najwyższy szczyt wyspy – Pantokrator (906 m n.p.m.). Droga na szczyt jest kręta i wymagająca, ale absolutnie warto. Ze szczytu rozpościera się panorama na całe Korfu, Albanię, Grecję kontynentalną i bezkresne Morze Jońskie. Spędziliśmy tam mnóstwo czasu, po prostu chłonąc ten widok.
Na szczycie stoi klasztor i cerkiew Chrystusa Pantokratora, wzniesione na miejscu starożytnej świątyni Zeusa. Niestety, bramy były już zamykane i nie udało się nam zajrzeć do środka, co szczególnie mnie zasmuciło – uwielbiam ikony i sakralną sztukę wschodniego chrześcijaństwa.
Ciekawostką był las anten, masztów i nadajników rozsianych po wzgórzu. Wacek był nimi zaciekawiony, ja już trochę mniej – choć to nie one, a parasole przy klasztorze bardziej mnie gryzły. Sacrum i profanum… zawsze wtedy przypomina mi się przypowieść o kupcach wypędzonych ze świątyni.
Noc spędziliśmy w urokliwym domku White Magnolia Cottage. Mnie zachwycił od razu – prosty, ale klimatyczny. Wacek nie do końca podzielał mój entuzjazm, ale obiad zjedzony na tarasie, w towarzystwie kota nieco ocieplił wrażenie miejsca.
Ten dzień rozpoczął się inaczej niż poprzednie. Tym razem nie czekał na nas hotelowy bufet, lecz… nasza własna kuchnia, zrobiłam jajecznicę na szynce, zapakowałam kanapki na drogę i oczywiście – przygotowałam obowiązkową herbatę do termosu. Nawet w ciepły dzień nie potrafię z niej zrezygnować – jest nieodłączną częścią każdego mojego posiłku.
Zostawiliśmy White Magnolia Cottage i ruszyliśmy w stronę stolicy wyspy, by ostatnie godziny na Korfu spędzić w jej sercu. Miasto Korfu, czyli Kerkyra, urzekło nas swoim klimatem od pierwszego spaceru. Jego starówka, wpisana na listę UNESCO, to prawdziwy labirynt wąskich, brukowanych uliczek, przytulonych między Starą a Nową Fortecą. Spacerowaliśmy po nich z ogromną przyjemnością, chłonąc atmosferę miasta, które bardziej przypominało włoską perełkę niż grecką wyspę.
Kolorowe kamieniczki, pranie suszące się na sznurkach, detale architektoniczne przypominające o czasach weneckich, francuskich i brytyjskich – wszystko to tworzyło mozaikę wrażeń i wprowadzało lekki chaos w wyobrażeniach o typowo greckim krajobrazie.
Największym zaskoczeniem dnia była… miejska plaża. Kto by się spodziewał, że niemal w cieniu fortec i wiekowych kamieniczek znajdziemy miejsce na szybkie orzeźwienie? Paradowanie w stroju kąpielowym pośród historycznych murów było lekko surrealistyczne, ale potrzebowaliśmy tego odpoczynku przed dalszą drogą.
Około 15:00 wsiedliśmy na prom powrotny do Igumenitsy. Tym razem prom był zdecydowanie większy niż poprzedni. Załadunek trwał wieki – kolejne tiry i samochody wjeżdżały na pokład w nieskończoność, a my obserwowaliśmy ten logistyczny spektakl z pokładu, popijając colę i chłonąc ostatnie widoki na Korfu.
Po zejściu na ląd czekał nas kolejny odcinek trasy – tym razem znów albańską stroną wybrzeża. Choć początkowo planowaliśmy spać w sprawdzonym już Ksamilu, postanowiliśmy jechać dalej. Tak trafiliśmy do Himary – popularnego, choć wciąż dość kameralnego kurortu na Riwierze Albańskiej.
Nocleg mieliśmy w Velco BB Himara, przytulnym pensjonacie połączonym z tawerną, prowadzonym przez sympatyczną rodzinę. Choć wieczorem nie skorzystaliśmy z ich dań (menu zdominowały owoce morza, które nie należą do naszych ulubieńców), to zamówiliśmy śniadanie na rano, a na kolację znów zdała egzamin nasza niezawodna turystyczna kuchenka.
To był dzień powrotów i przejść – z wyspy na kontynent, z Grecji do Albanii, z miejskiego zgiełku do spokojniejszego rytmu podróży. Czekała nas już ostatnia część wyprawy i choć w sercu pojawiała się lekka tęsknota za domem, równie silna była radość z tego, co jeszcze przed nami.
To miał być dzień bez atrakcji. Tylko przejazd. Ot, przemieścić się z punktu A do punktu B – z Himary do Ulcinj w Czarnogórze. A jednak, jak się okazało, nawet w takim dniu można znaleźć coś, co zostaje w pamięci.
Dzień zaczęliśmy śniadaniem w tawernie naszego gospodarza. Obsługiwała nas przesympatyczna dziewczyna z Argentyny. Rozmawialiśmy chwilę, opowiedziała, że od roku jest w podróży. Pracuje w różnych miejscach, żeby zarobić na dalszą drogę. Prawdziwa dusza wędrowca. Gdy dowiedziała się, że tańczymy tango i jeździmy motocyklem, uznała to za zaskakujące połączenie. Przyznała jednak, że sama… wcale nie tańczy. Zburzyła tym moje romantyczne wyobrażenie, że każdy Argentyńczyk ma tango we krwi. Ale to właśnie takie spotkania tworzą prawdziwy smak podróży – kiedy zderzają się oczekiwania z rzeczywistością, i powstaje coś nowego.
Po śniadaniu ruszyliśmy w trasę. Albania przywitała nas piękną pogodą – słońce, ciepło, niebieskie niebo. Drogi… cóż, Albania wciąż nadrabia zaległości infrastrukturalne. Sporo odcinków w budowie, część dopiero co wyremontowana, część zupełnie zapomniana. Ruch na drogach – chaotyczny, trochę bez reguł, ale jakimś cudem wszystko działa.
I jeszcze niesamowite kontrasty. Koło drogi wybudowane są niesamowite kapiące złotem rezydencje (przy których dom Carringtonów to zwykły kurnik), a obok góry śmieci. A i jeszcze myjnie. Mycie samochodów to sport narodowy Albańczyków. Niemal każdy Albańczyk jeździ mercedesem, i każdy spędza wieczory w myjni. Z kolegami, przy piwku lub innym trunku.
Zatrzymywaliśmy się tylko na krótkie przerwy. Jedna z nich – w dobrze nam już znanym punkcie widokowym Panorama Llogara. Tym razem morze lśniło w pełnym słońcu, a powietrze pachniało wiosną. Usiedliśmy na murku z truskawkami w rękach, rozmawialiśmy, obserwowaliśmy paralotniarzy szykujących się do startu. Przez chwilę pojawiła się nawet myśl, by kiedyś spróbować tego razem. Wacek już kiedyś latał na paralotni. Dla mnie to wyzwanie.
Mogę przyznać, że we mnie ta myśl została na dłużej…
Zjedliśmy drugie śniadanie w KFC – szybki, znajomy smak, który nagle przywołał poczucie bliskości z domem. Resztę drogi spędziliśmy na rozmowie. Temat? Szkolenie z komunikacji, które miałam prowadzić po powrocie w Warszawie. Wacek zaskoczył mnie ilością pomysłów i entuzjazmem. To było bardzo miłe – nie tylko pomocne, ale też po prostu wspierające.
Wieczorem dotarliśmy do Ulcinj w Czarnogórze. Zakupy, kolacja w pokoju i pierwszy moment wyciszenia po całym dniu w drodze. Kwatera była prosta, ale świetna, z balkonem, łazienką i małym aneksem kuchennym. Wszystko za taką cenę, o jakiej nad polskim morzem można tylko pomarzyć.
Nie był to dzień pełen zwiedzania, ale mimo wszystko czuć było w nim puls podróży. Bo przecież nie zawsze chodzi o miejsca. Czasem to rozmowy, spotkania, wspólna droga i słońce odbijające się w lusterku bocznym motocykla.
Dzień 11: Stari Bar, Święty Stefan, serpentyny śmierci i wieczorny Kotor
Ulcinj, Czarnogóra Muo, Monténégro Đenovići, Montenegro Dobra Voda, Czarnogóra Sveti Stefan, Czarnogóra Donji Stoliv, Monténégro Stari Bar, Czarnogóra Špiljari, Montenegro Kotor, Czarnogóra
Poranek zaczęliśmy jak zwykle od jajek. Jajecznica na śniadanie, jajka na kanapki na drogę… Gdyby ktoś prowadził statystyki naszego spożycia, wyszłoby pewnie, że podróżujemy na białku. Ale cóż poradzić, jajka nas jeszcze nie znudziły, a przy naszej intensywności dnia są niezastąpione.
Pierwszym punktem był Stari Bar, przepiękne, klimatyczne miasteczko z ruinami otoczonymi górami. Choć niewielkie, ma w sobie coś magicznego – kamienne uliczki, zapach ziół, spokojna atmosfera i ten niepowtarzalny południowy luz. Tyle że my zaczęliśmy od małego zgrzytu – jeszcze przed starówką dopadła nas grupka bardzo „pomocnych” mężczyzn, wskazujących miejsce do zaparkowania motocykla. Pomocnych oczywiście za opłatą, i to nie tyle parkingową, co raczej… za spokój ducha, że nic się motorowi nie stanie. Postanowiliśmy nie dać się zastraszyć. Po krótkim krążeniu udało się znaleźć oficjalny, miejski parking ze szlabanem. Tam pan parkingowy potwierdził, że motocykle – jak Bóg przykazał – nie płacą.
Gdy już ruszyliśmy na zwiedzanie, dostałam wiadomość od właściciela noclegu w Ulcinj, że zostawiliśmy w pokoju termos. Mój niezawodny, prezentowy, podróżniczy termos. Decyzja była szybka: wracamy. Straciliśmy godzinę, ale termos odzyskany, honor uratowany.
Ponownie wróciliśmy do Starego Baru, tym razem już bez przeszkód, pokluczyliśmy po starówce, kupiliśmy magnesy, porobiliśmy zdjęcia. Dużo tu było Polaków, co dało się poznać po języku sprzedawców i po napisach po polsku.
Kolejnym punktem był Święty Stefan, wyspa połączona z lądem wąskim przesmykiem, która wygląda jak z pocztówki. Mimo, że dostęp na samą wyspę jest zarezerwowany dla gości ekskluzywnego hotelu, sam widok robi ogromne wrażenie. Przez chwilę rozważaliśmy kąpiel, pogoda była coraz bardziej letnia, ale uznaliśmy, że czeka nas jeszcze zbyt wiele przygód.
I mieliśmy rację.
Wjechaliśmy bowiem na słynne serpentyny kotorskie, czyli trasę prowadzącą w górę zbocza ponad Zatoką Kotorską. Tyle że Wacek ma ustawioną nawigację na „ciekawe trasy dla motocykli”… A to oznaczało trasę, którą powinnam nazwać serpentynami śmierci. Stromo, wąsko, zakręt na zakręcie. I nagle, w jednym z takich ostrych zakrętów, gdy my wspinaliśmy się mozolnie pod górę, z naprzeciwka pojawiły się dwa skutery, które nic sobie nie robiąc z zasad pierwszeństwa po prostu zjechały w naszą stronę. Tylko opanowanie i umiejętności Wacka uratowały nas przed wywrotką. Serce miałam w gardle jeszcze przez kilka minut. A jeżeli teraz śnią mi się koszmary – to na bank jest to ten podjazd w Kotorze.
Ale były też nagrody – widoki z trasy zapierały dech. Czyste powietrze, przejrzystość na kilometry – panorama Zatoki Kotorskiej była jak z lotu ptaka. Dojechaliśmy aż do Parku Narodowego Lovćen, ale zrezygnowaliśmy z wjazdu – była już późna pora, a wjazd dla motocykla kosztował niemało. Zawróciliśmy więc i zjechaliśmy w stronę Kotoru.
Wieczorny spacer po Kotorze był jak z romantycznego filmu. Urokliwe uliczki, stare mury, miękkie światło latarni, ciepły wieczór. Wypiliśmy coś chłodnego, przeszliśmy się brukowanymi alejkami, a ja zakochałam się w tym mieście. Kotor ma duszę, niepowtarzalną atmosferę, której nie da się oddać zdjęciem.
Zostało nam jeszcze ponad godzinę jazdy do kwatery. A że w opisie było wyraźnie napisane: check-in tylko do 22:00, przyspieszyliśmy, ile się dało. Napisałam właścicielowi, że będziemy odrobinę spóźnieni. Czekał już na nas przed domem wyraźnie zniecierpliwiony, mimo że mieliśmy ledwie kilka minut obsuwy.
Na zakończenie dnia – kolacja. Ugotowałam zupę grochową z mięsną wkładką – wyjazdowy klasyk Wacka. Zjedliśmy, zrzuciliśmy z siebie kurz dnia, gorący prysznic… i zasłużony sen.
Tego dnia obudziłam się zmęczona. Noc w apartamencie PortoNoviPRC w Herceg Novi nie należała do najprzyjemniejszych: rozkładana sofa, która miała służyć za łóżko, okazała się torturą w wersji materacowej. Sny się raczej nie przyśniły, ale udało się za to wstać wcześnie. Zrobiliśmy śniadanie z tego, co zostało, własnoręcznie, jak codziennie pod koniec tej wyprawy. Już nikt nie szukał hoteli z bufetem – byliśmy w trybie powrotnym, zadaniowym. Do domu.
Plan na dziś: Herceg Novi – Apatin w Serbii. Jeden z najdłuższych i, jak się miało okazać, jeden z najcięższych dni całej wyprawy.
Po drodze minęliśmy Dubrownik, gdzie z sentymentem zatrzymaliśmy się przy punktach, w których rok wcześniej zostawiliśmy nasze vlepki. Niestety nie mogliśmy żadnej znaleźć, więc… zostawiliśmy nowe.
Potem w końcu dotarliśmy do miejsca, które rok temu ominęliśmy z powodu szalejącej burzy: Mostar. Bardzo chciałam tu wrócić. Nie jako przypadkowy turysta, ale z potrzeby serca. Pogoda dopisała, słońce grzało bezlitośnie, prawie 30 stopni. Miasto tętniło życiem. Wąskie, kamienne uliczki, tłumy turystów, zapach przypraw i kawy unoszący się znad licznych knajpek. Mostar jest jak mozaika – kruchy i kolorowy. Orient i Europa w jednym kadrze. Przeszliśmy przez słynny Stary Most zawieszony nad turkusową rzeką Neretwą. Z mostu skakali śmiałkowie – tradycja, która przyciąga gapiów.
Mimo upału, napiętego planu i braku gotówki chciałam tu zostać dłużej – choćby przepłynąć się motorówką pod mostem. Ale czas nas gonił. Ten dzień nie był do leniwego snucia się. Był do jazdy. Kupiliśmy więc pamiątkowe magnesy i… w drogę!
Zatrzymaliśmy się w miejscu z ujęciem świętej wody. Dwa czarne koty kręciły się wokół. Tam, na polowym kuchennym zestawie, przygotowałam obiad. Gotowanie w trasie staje się innym rytuałem niż w domu, bardziej surowym, ale i… uważnym. To była chwila wytchnienia.
Potem już tylko droga. Długa, ciemna i zimna. Po 19:00 wciąż mieliśmy do pokonania ponad 4 godziny i 40 minut jazdy. W nocy, przy kiepskiej pogodzie, zmarznięci i wykończeni. Ale daliśmy radę. Razem. Ten dzień, choć fizycznie wyczerpujący, był jednym z tych, które pokazują, że naprawdę się wspieramy. Że kiedy robi się trudno – nie mamy do siebie pretensji, tylko szukamy rozwiązań.
Nocleg w Apatinie okazał się nagrodą za ten maraton. Właściciel, który czekał na nas cierpliwie mimo późnej pory, przyjął nas serdecznie i bez pretensji. Ciepły prysznic, porządne łóżko, klimatyzacja nastawiona na grzanie, grube skarpety i… spokój. Ciało odpoczywało, a ja – z ulgą poczułam, że jesteśmy już blisko końca. I że to dobrze.
Dzień 13: Powrót do domu - z ziemi serbskiej do Polski
Apatin, Serbia, Herceghalom, Hungary , Bańska Bystrzyca, Słowacja kraków nocny
3 maja – w Polsce święto Konstytucji, a dla nas symboliczny dzień powrotu z jednej z najdłuższych i najbardziej intensywnych podróży naszego życia.
Rano, zanim ruszyliśmy w drogę, zatrzymaliśmy się jeszcze na szybkie zakupy w Lidlu obok mieszkania. Standard – napoje, coś słodkiego i obowiązkowe kanapki z jajkiem, bo plan był taki: przejechać 670 km przez cztery kraje – Serbię, Węgry, Słowację i wreszcie Polskę i dotrzeć do domu jeszcze dziś. Obiad? W Polsce, na koniec podróży, jak zawsze. Ale wiadomo – zapasy muszą być.
Początek dnia mijał spokojnie. Pogoda dopisywała, było słonecznie i przyjemnie ciepło. W szczerym polu na Węgrzech zjedliśmy drugie śniadanie – jajka smakowały lepiej niż kiedykolwiek. Śmialiśmy się, rozmawialiśmy, było lekko, przyjemnie, wręcz ekscytująco. Wracaliśmy do domu dzień wcześniej, niż planowaliśmy – niespodzianka dla bliskich i bonusowy dzień na regenerację przed moim szkoleniem w Warszawie.
Niestety, z każdą godziną dzień stawał się coraz cięższy. Po przekroczeniu granicy węgiersko-słowackiej pogoda zaczęła się psuć. Powietrze zrobiło się duszne i ciężkie, jakby wszystko wokół wstrzymało oddech przed nadciągającą burzą. Radar pogodowy nie zostawiał złudzeń – będzie ostro. W okolicach Bańskiej Bystrzycy założyliśmy przeciwdeszczówki, i bardzo dobrze, bo już po chwili przyszła ściana deszczu.
Przejazd przez Tatry Słowackie był jak z horroru. Zrobiło się ciemno, temperatura gwałtownie spadła, a deszcz zamienił się w lodowaty prysznic. Woda wlewała się wszędzie – do kasków, rękawów, butów. Nasze ubrania przeciwdeszczowe skapitulowały. Dookoła błyskało, a huk grzmotów odbijał się echem od gór. Ja się bałam. Wacek, paradoksalnie, cieszył się z każdej błyskawicy – dawała choć na moment światło. Jechaliśmy w ciszy, skupieni, każde z nas w swoim trybie przetrwania.
Granica ze Słowacją była jak brama do cywilizacji. Widok tabliczki „Rzeczpospolita Polska” jeszcze nigdy nie wywołał we mnie takiej ulgi. Na pierwszej stacji benzynowej zatrzymaliśmy się, by choć na chwilę złapać oddech. Woda lała się z nas strumieniami. Usłyszeliśmy komentarz jednego z kierowców:
– „To chyba nie jest najlepsza pogoda na motocykl?”
Trafiony – zatopiony. Choć w tamtym momencie jakoś nie było nam do śmiechu. Gorąca czekolada i parę minut pod dachem dały odrobinę siły na ostatni odcinek. Zakopianka – jak droga do domu. Gdzieś w okolicach Myślenic wreszcie przestało padać. Do domu dojechaliśmy około 23:00 – zmęczeni, przemoczeni, zziębnięci… ale szczęśliwi.
To był trudny dzień. Jeden z najcięższych w tej podróży. Ale daliśmy radę. Razem. Kolejna przygoda życia za nami.
13 dni, 6 krajów, blisko 4000 kilometrów, niezliczona ilość zakrętów, litrów paliwa, jajek na śniadanie i chwil, które zostaną z nami na długo.
To była podróż pełna kontrastów – od słońca po ulewne burze, od górskich serpentyn po nadmorskie promenady, od zachwytu nad widokami po momenty zmęczenia i walki z własnymi ograniczeniami.
Ale przede wszystkim była to podróż w duecie – w zaufaniu, w rytmie silnika, w wspólnym śmiechu i w milczeniu, które czasem mówi więcej niż słowa.
Wróciliśmy zmęczeni, ale bogatsi o doświadczenia, obrazy i opowieści, które będziemy jeszcze długo wspominać.
Black Mountain Trip 2025 – przygoda życia (a przynajmniej roku 😉
Dziękuję Wacku!









