0

Cypr

9 dni - 3150 km - booking

Cypr od dawna krążył mi po głowie. Znajomi wspominali o wakacjach na wyspie, dziewczyńskich wypadach, wieczorach panieńskich – zawsze brzmiało to jak coś trochę egzotycznego, lekko nieosiągalnego, jak mały raj gdzieś na końcu Europy.

Rok 2025 jest dla mnie szczególny. Wchodzę w nową dekadę życia i postanowiłam, że to będzie rok spełniania marzeń – również tych podróżniczych. A że moje urodziny przypadają w marcu, właśnie w marcu polecieliśmy na Cypr.

Z uwagi na ograniczoną liczbę dni urlopowych zdecydowaliśmy się na formę city breaku, ale w naszym stylu: chcieliśmy trochę poleniuchować, a trochę pozwiedzać. Połączyć przyjemne z aktywnym.

Odpoczynek zapewnił nam pobyt w Pafos – w kompleksie hotelowym Paphos Garden Holiday Resort. Komfortowe dwupokojowe apartamenty  kuchnią, pyszne bogate śniadania, baseny, strefa spa i piękna pogoda – ten wybór to był strzał w dziesiątkę. Pomysł i wybór Wacka, który długo jeszcze będziemy wspominać z wdzięcznością.

Drugą część pobytu postanowiliśmy spędzić bardziej aktywnie – przenieśliśmy się do Larnaki, by poczuć inny rytm wyspy i zobaczyć jak najwięcej.

Tak właśnie wyglądał nasz cypryjski plan: trochę lenistwa, trochę przygody, trochę słońca, trochę morza i nowego kawałka świata.

Dzień pierwszy: 28 marca 2025, piątek

Dolot - Taxówka - Hotel

Na Cypr lecieliśmy wieczorem, linią Ryanair. Odprawa poszła sprawnie – bo odprawiała nas Ula!!!

Nasz lot był zaplanowany na 21:00 i wszystko przebiegło bez zakłóceń. Na lotnisku w Pafos wylądowaliśmy po północy.

Ten wyjazd był jednym z bardziej spontanicznych w naszym życiu, a to – jak wiadomo – ma swoje uroki i… skutki uboczne. Jednym z nich była drobna nieprzewidywalność logistyczna. Nie wpadłam na to, że po godzinie 24:00 w Pafos właściwie nic już nie kursuje. Żadnych autobusów, żadnych shuttle busów, zero transportu publicznego. Zostawały tylko taksówki. Ceny? Od 50 euro wzwyż, bez specjalnej chęci negocjacji.

Zauważyliśmy, że część pasażerów szybko znika – okazało się, że to surferzy, dla których podstawiono specjalne busy z przyczepkami na deski. My natomiast krążyliśmy, razem z garstką równie zdezorientowanych turystów, od jednego taksówkarza do drugiego, słysząc coraz bardziej absurdalne propozycje.

I wtedy wydarzyła się mała podróżnicza przygoda i uśmiech losu.

Zobaczyłam dwie młode Polki pakujące – choć z dużym wahaniem – swoje plecaki do dużej taksówki. Nie wiem, co mną wtedy kierowało: może instynkt macierzyński (mogłyby być moimi córkami), może troska, że sytuacja wyglądała potencjalnie niepewnie, a może po prostu zdrowy rozsądek i potrzeba wspólnego ratunku. Podeszłam i zapytałam, czy możemy się z nimi zabrać i podzielić koszty.

Okazało się, że jadą w pobliże naszego hotelu, a kurs kosztuje 40 euro. Taksówkarz nie był tym zachwycony, ale widząc naszą determinację i fakt, że albo pojedziemy razem, albo nikt nie pojedzie – nie protestował zbyt głośno tyko dorzucił do ceny jeszcze 10 euro. W końcu po 25 euro już dużo lepiej.

W 20 minut dotarliśmy bezpiecznie do centrum. W trakcie jazdy dowiedzieliśmy się, że dziewczyny są studentkami weterynarii i przyjechały na Cypr na kilkumiesięczny staż w lokalnej klinice. Były serdeczne, pełne entuzjazmu i niezwykle miłe. Cieszyliśmy się, że nasze drogi się przecięły, trochę sobie pomogliśmy, trochę pogadaliśmy, trochę po prostu było milej.

Hotel, czyli Paphos Gardens Holiday Resort, przyjął nas z otwartymi ramionami. Recepcja działała całą dobę, więc bez problemu zameldowaliśmy się i odebraliśmy klucze do naszego apartamentu.

A ten – trzeba przyznać – zrobił na nas świetne wrażenie: dwa przestronne pokoje, aneks kuchenny, łazienka i taras w jednym z bungalowów położonych na terenie zielonego kompleksu. Już po wejściu wiedzieliśmy, że to będzie bardzo dobry czas.

Zanim zdążyliśmy się rozpakować, byliśmy już oczarowani. A przecież to był dopiero początek.

Paphos Gardens Holiday Resort – polecamy serdecznie. I z ręką na sercu – nie sponsorują tego wpisu 🙂

Dzień drugi: sobota, 29 marca 2025

Pafos

Dzień rozpoczęliśmy od śniadania – ale powiedzieć „śniadanie”, to jak nic nie powiedzieć. To była prawdziwa uczta, celebracja poranka.

W hotelowej restauracji serwowano wszystko, o czym można zamarzyć: dania wytrawne i słodkie, sałatki, owoce, wypieki, desery, sery, warzywa, jajka pod każdą postacią, a nawet… prosecco. Do tego soki, aromatyczne cappuccino i spokojna, beztroska atmosfera.

Mój syn Wojtek powiedziałby na to „śniadanie wybitne” – i miałby rację.

Usiedliśmy przy stoliku pod parasolem, nad basenem, z widokiem na zieleń, palmy i niebo bez jednej chmurki. Był koniec marca, a ja czułam się jak w środku wakacji. Śniadanie trwało ponad dwie godziny – nie dlatego, że byliśmy głodni, ale dlatego, że nie chcieliśmy z tego miejsca wychodzić.

Ostatni miesiąc był dla nas bardzo trudny. Wacek walczył z poważnym przeciwnikiem, przechodził intensywną terapię. Ja… cóż, również przeszłam swoje – zmiana pracy, która bardziej zmieniła mnie, niż ja ją. Czuliśmy, że ten wyjazd to nie luksus, a konieczność. Chcieliśmy po prostu odpocząć. I zamierzaliśmy się tym odpoczynkiem naprawdę delektować.

Resztę dnia spędziliśmy spokojnie, niespiesznie, bez planu. Spacerowaliśmy promenadą wzdłuż morza, ciesząc się słońcem, sobą nawzajem i prostymi rzeczami. W Polsce wciąż była szarość i chłód – tutaj lato przywitało nas pełnym blaskiem.

Nie byłam na to przygotowana. W lokalnym sklepie kupiłam sobie spodnie w kolorowe pasy i t-shirt z cypryjskimi kotkami. Wacek dostał taki sam, w innym kolorze, rzecz jasna. To nie była potrzeba, tylko czysta fanaberia. Ale właśnie tak chcę żyć: pozwalać sobie na drobne przyjemności i cieszyć się tym, że mogę.

Wacek latał dronem, ja moczyłam nogi w morzu. Oglądaliśmy ruiny i artefakty, szukaliśmy magnesów, dokarmialiśmy koty – to już nasza mała tradycja. Nosimy zawsze przy sobie smaczki i kiedy spotykamy głodnego kociaka, karmimy go z radością. Wacek ma zresztą ambicję, by na każdym wyjeździe zdobyć tytuł Kociego Króla. I przyznać trzeba –  tłumy wiernych fanów garną się do niego natychmiast.

Zachód słońca nad morzem był spektakularny. Taki, który się pamięta.

A wieczorem trafiliśmy do niepozornej restauracji z kuchnią arabską. Nie pamiętam już jej nazwy, ale smaku tego wieczoru nie zapomnę nigdy. Zamówiliśmy zestaw dla dwóch osób – różne rodzaje mięs z grilla, ogromna porcja frytek, kilka rodzajów sałatek. Każdy kęs był przyjemnością.

Zostawiliśmy pozytywną opinię w Google – bo to było warte polecenia.

Gdybym miała podsumować ten dzień jednym słowem, byłoby to: delektowanie się. Życiem. Smakiem. Sobą. Chwilą.

 

Dzień trzeci: niedziela, 30 marca 2025

Pafos - Larnaka

Dzień, jak przystało na cypryjską niedzielę, rozpoczęliśmy niespiesznie – od śniadania, które stało się już naszą codzienną celebracją. Tego ranka spróbowaliśmy wszystkiego, co poprzedniego dnia wyjątkowo przypadło nam do gustu, oraz tych smakołyków, których nie udało się jeszcze posmakować. Puszyste omlety, cappuccino z delikatną pianką, chrupiące pieczywo, aromatyczne sery, słodkie wypieki i soczyste owoce – wszystko to przy naszym ulubionym stoliku pod parasolem, tuż przy hotelowym basenie.

Żartowaliśmy, że dobrze, że nie podróżujemy na co dzień all inclusive, bo nasz motocykl mógłby nie unieść tych kulinarnych wspomnień… i kilogramów. Ale skoro tym razem nie było z nami naszej Yamahy, można było sobie pozwolić na trochę więcej.

Po śniadaniu postanowiliśmy jeszcze skorzystać z hotelowych atrakcji. Pogoda nie dopisywała wystarczająco, by wskoczyć do basenu zewnętrznego, ale basen kryty i jacuzzi były kuszącą alternatywą. Trochę popływaliśmy, trochę się powygłupialiśmy, a potem przeszliśmy do mojego osobistego rytuału na trudne chwile, długiego, gorącego prysznica. Takiego, który wypłukuje nie tylko zmęczenie z ciała, ale i napięcie z duszy. Wacek ma podobnie, choć nieco inaczej pojmuje słowo „gorący” – jego wersja to raczej „ciepła mgiełka”, moja „mała sauna”.

Po wodnym relaksie nadszedł czas na zmianę lokalizacji – ruszaliśmy do Larnaki. Tym razem bez motoru, bez samochodu, tylko my, nasze plecaki i cypryjski transport publiczny. Spontaniczność tej podróży miała swoje uroki, ale i… konsekwencje. Na przykład takie, że przyszliśmy na autobus o 14:00, a najbliższy kurs do Larnaki był dopiero o 16:00.

Dwie godziny spędziliśmy zatem na typowo podróżniczy sposób: najpierw mała drzemka na dworcowych ławkach, potem obiad w pobliskiej knajpce i niespieszny spacer po okolicy. Było spokojnie, beztrosko, bez ciśnienia – trochę jakbyśmy się znowu zgubili w czasie.

Larnaka przywitała nas zupełnie inaczej niż słoneczne Pafos – ulewą. Schroniliśmy się najpierw pod przystankową wiatą, potem pod daszkiem sklepu. Ale to był ciepły deszcz, taki, który zamiast złościć, wywołuje uśmiech. Trochę jak w dzieciństwie – mokniesz, ale nie marzniesz, więc wszystko jest w porządku.

Nasz nocleg w Larnace w Hotelu Cactus niestety nie spełnił oczekiwań. Zdjęcia z Bookingu i oceny były jak z innego miejsca niż to, do którego trafiliśmy. Po przytulnym, przestronnym apartamencie w Pafos, to było… zderzenie z rzeczywistością. Ale na jedną noc wystarczyło.

Resztę dnia spędziliśmy w hotelu, odpoczywając, oglądając filmy na Netflix, scrollując internet. Ja dodatkowo załatwiałam dla Uli ważną rzecz do pracy, korzystając z przyjaźni zawartych na lotnisku.

Czasem właśnie taki wieczór – bez muzeów, bez planów, bez pięknych widoków – pozwala odetchnąć i zebrać siły na kolejne doświadczenia.

Dzień czwarty i ostatni: poniedziałek, 31 marca 2025

Larnaka - wylot

Obudziło nas jasne niebo. Po wczorajszej ulewnej niespodziance nie zostało nic poza drobnymi kałużami na ulicach, które błyszczały teraz w porannym słońcu. Larnaka pokazała nam się na koniec z zupełnie innej strony – ciepłej, spokojnej i letniej.

Zeszliśmy na śniadanie do hotelu. Choć trudno było je nazwać zachwycającym, raczej skromne i niezbyt urozmaicone, przypominające marokańskie klimaty: jajka na twardo, tosty, dżem, odrobina sera, to jednak doceniłam sam fakt, że było. Zresztą, wszystko zyskało na uroku dzięki nieoczekiwanemu towarzystwu. Kot, który przyplątał się do mnie w trakcie śniadania, bezceremonialnie wskoczył na moje kolana i rozłożył się wygodnie do snu. Taki drobiazg, a sprawił, że uśmiech nie schodził mi z twarzy przez długi czas. Chyba wiedział, kto potrzebował wtedy przytulenia.

Resztę poranka spędziliśmy leniwie, spacerując po plaży, mocząc stopy w morzu. A nawet więcej niż stopy, weszliśmy do wody, która choć lodowata, przyciągała jak magnes. Weszłam. Zanurzyłam się. I choć zęby dzwoniły z zimna, byłam z siebie dumna. Taki mały test odwagi i życia, i przeszłam go z uśmiechem.

Lot powrotny był zaplanowany na popołudnie. Na lotnisko poszliśmy pieszo. Po drodze zamarzyło nam się jeszcze zobaczyć słone jezioro, meczet Hala Sultan Tekke i… flamingi. Na te ostatnie nie było już ponoć szans, bo z początkiem marca migrują.

Słone Jezioro to ciekawostka przyrodnicza. Zimą wypełnia się wodą, przekształcając się w uroczy zbiornik wodny. To tu przylatują flamingi w poszukiwaniu pożywienia i odpowiednich warunków środowiskowych. Jezioro zapewnia im bogate zasoby krewetek ,które stanowią ich główne pożywienie. Latem w jezioro paruje i niemal całkowicie wysycha, a na dnie pozostaje gruba warstwa soli. W przeszłości była ona zbierana na dużą skalę i eksportowana, dzięki czemu był to ważny punkt gospodarczy wyspy.

To ten moment, kiedy flamingi migrują do jeziora Limassol. Wacek obiecał że zobaczymy flamingi i….

Maszerowaliśmy i maszerowaliśmy, wypatrywaliśmy ptaków po horyzont i nic. Aż w pewnym momencie… tak jest… był! Jeden, jedyny, jak ostatni Mohikanin.

Byłam zachwycona. Potem z samolotu zobaczyliśmy jeszcze całej stado, ale ten jeden na długo zostanie w pamięci.

Sam lot minął nam spokojnie. Samolot był dość pusty, więc mogliśmy usiąść razem. To dzięki Wackowi – zatroszczył się o to, żebym czuła się komfortowo i bezpiecznie. Te drobne gesty mówią najwięcej.

W czasie lotu oglądaliśmy film – „Lista marzeń”. Taki prosty, wzruszający, o tym, żeby nie zapominać o sobie, o marzeniach, o tym, co naprawdę ważne. Zasypiałam przytulona do Wacka, myśląc o tym, ile dobra mnie spotyka. Czułam wdzięczność – za tę podróż, za życie, za ludzi, którzy są przy mnie. Za wszystko.

Bo choć to był tylko city break, kilka dni oderwanych od codzienności, to jednak na długo zostanie w sercu. I może właśnie o to w podróżach chodzi – nie o ilość odwiedzonych miejsc, ale o to, co zostaje z nami.

To nie była wielka wyprawa, nie obfitowała w setki atrakcji, listy „must see” i napięty harmonogram. A jednak była czymś więcej niż sumą dni. Była spotkaniem z latem, kiedy w Polsce wciąż królowała szarość. Była rozmową z ciałem i duszą o zmęczeniu, potrzebie odpoczynku, o radości z małych rzeczy. Była też podróżą w głąb wdzięczności za bliskich, za zdrowie, za wspólne śniadania przy basenie, za to, że mimo trudnych tygodni za nami, potrafimy się jeszcze śmiać, przytulać i cieszyć sobą.

Ta podróż przypomniała mi, że nie wszystko trzeba planować. Czasem to, co najważniejsze, wydarza się mimochodem, gdy pomagasz komuś na lotnisku, gdy kot wskakuje Ci na kolana, gdy wchodzisz do zimnego morza, choć wszystko w Tobie mówi „nie trzeba”.

Cypr był spełnieniem marzenia: małego, ale ważnego. Był prezentem na urodziny od życia i ode mnie samej. I był jeszcze jedną cegiełką w mojej decyzji, by w tej dekadzie żyć świadomie, z czułością i odwagą.