Obudziło nas jasne niebo. Po wczorajszej ulewnej niespodziance nie zostało nic poza drobnymi kałużami na ulicach, które błyszczały teraz w porannym słońcu. Larnaka pokazała nam się na koniec z zupełnie innej strony – ciepłej, spokojnej i letniej.
Zeszliśmy na śniadanie do hotelu. Choć trudno było je nazwać zachwycającym, raczej skromne i niezbyt urozmaicone, przypominające marokańskie klimaty: jajka na twardo, tosty, dżem, odrobina sera, to jednak doceniłam sam fakt, że było. Zresztą, wszystko zyskało na uroku dzięki nieoczekiwanemu towarzystwu. Kot, który przyplątał się do mnie w trakcie śniadania, bezceremonialnie wskoczył na moje kolana i rozłożył się wygodnie do snu. Taki drobiazg, a sprawił, że uśmiech nie schodził mi z twarzy przez długi czas. Chyba wiedział, kto potrzebował wtedy przytulenia.
Resztę poranka spędziliśmy leniwie, spacerując po plaży, mocząc stopy w morzu. A nawet więcej niż stopy, weszliśmy do wody, która choć lodowata, przyciągała jak magnes. Weszłam. Zanurzyłam się. I choć zęby dzwoniły z zimna, byłam z siebie dumna. Taki mały test odwagi i życia, i przeszłam go z uśmiechem.
Lot powrotny był zaplanowany na popołudnie. Na lotnisko poszliśmy pieszo. Po drodze zamarzyło nam się jeszcze zobaczyć słone jezioro, meczet Hala Sultan Tekke i… flamingi. Na te ostatnie nie było już ponoć szans, bo z początkiem marca migrują.
Słone Jezioro to ciekawostka przyrodnicza. Zimą wypełnia się wodą, przekształcając się w uroczy zbiornik wodny. To tu przylatują flamingi w poszukiwaniu pożywienia i odpowiednich warunków środowiskowych. Jezioro zapewnia im bogate zasoby krewetek ,które stanowią ich główne pożywienie. Latem w jezioro paruje i niemal całkowicie wysycha, a na dnie pozostaje gruba warstwa soli. W przeszłości była ona zbierana na dużą skalę i eksportowana, dzięki czemu był to ważny punkt gospodarczy wyspy.
To ten moment, kiedy flamingi migrują do jeziora Limassol. Wacek obiecał że zobaczymy flamingi i….
Maszerowaliśmy i maszerowaliśmy, wypatrywaliśmy ptaków po horyzont i nic. Aż w pewnym momencie… tak jest… był! Jeden, jedyny, jak ostatni Mohikanin.
Byłam zachwycona. Potem z samolotu zobaczyliśmy jeszcze całej stado, ale ten jeden na długo zostanie w pamięci.
Sam lot minął nam spokojnie. Samolot był dość pusty, więc mogliśmy usiąść razem. To dzięki Wackowi – zatroszczył się o to, żebym czuła się komfortowo i bezpiecznie. Te drobne gesty mówią najwięcej.
W czasie lotu oglądaliśmy film – „Lista marzeń”. Taki prosty, wzruszający, o tym, żeby nie zapominać o sobie, o marzeniach, o tym, co naprawdę ważne. Zasypiałam przytulona do Wacka, myśląc o tym, ile dobra mnie spotyka. Czułam wdzięczność – za tę podróż, za życie, za ludzi, którzy są przy mnie. Za wszystko.
Bo choć to był tylko city break, kilka dni oderwanych od codzienności, to jednak na długo zostanie w sercu. I może właśnie o to w podróżach chodzi – nie o ilość odwiedzonych miejsc, ale o to, co zostaje z nami.
To nie była wielka wyprawa, nie obfitowała w setki atrakcji, listy „must see” i napięty harmonogram. A jednak była czymś więcej niż sumą dni. Była spotkaniem z latem, kiedy w Polsce wciąż królowała szarość. Była rozmową z ciałem i duszą o zmęczeniu, potrzebie odpoczynku, o radości z małych rzeczy. Była też podróżą w głąb wdzięczności za bliskich, za zdrowie, za wspólne śniadania przy basenie, za to, że mimo trudnych tygodni za nami, potrafimy się jeszcze śmiać, przytulać i cieszyć sobą.
Ta podróż przypomniała mi, że nie wszystko trzeba planować. Czasem to, co najważniejsze, wydarza się mimochodem, gdy pomagasz komuś na lotnisku, gdy kot wskakuje Ci na kolana, gdy wchodzisz do zimnego morza, choć wszystko w Tobie mówi „nie trzeba”.
Cypr był spełnieniem marzenia: małego, ale ważnego. Był prezentem na urodziny od życia i ode mnie samej. I był jeszcze jedną cegiełką w mojej decyzji, by w tej dekadzie żyć świadomie, z czułością i odwagą.