Maroko 2024

listopad

Podróż do Maroka na przełomie listopada i grudnia to chyba największa niespodzianka, jaka nas spotkała w 2024 roku, a już na pewno najbardziej spontaniczna decyzja całego roku.
Jak to się zaczęło?
Pewnego letniego wieczoru, jak zwykle leżeliśmy w łóżku, każdy scrollował tę część internetu, którą lubi najbardziej. W pewnym momencie Wacek rzucił:
„Co byś powiedziała na… tydzień w Maroku, z przelotem, hotelem i wyżywieniem – za tysiąc złotych od osoby.” (lot-shuttle bus-hotel ze śniadaniem)

Oferta wyglądała podejrzanie tanio, ale była na wakacje.pl, więc postanowiliśmy zaryzykować. W najgorszym razie stracimy 500 zł zaliczki, bo tyle trzeba było wpłacić, reszta płatna przed wyjazdem. Kliknęliśmy, zaklepaliśmy termin, wpisaliśmy w kalendarz… i zapomnieliśmy.

Dopiero gdzieś we wrześniu, październiku zadzwonił Pan z biura podróży, pytając, czy zgadzamy się na pokój bez klimatyzacji za 900 zł od osoby. I wtedy dotarło do nas, że to się naprawdę dzieje. Że naprawdę lecimy do Maroka. Sprawdziliśmy średnie temperatury w Agadirze w listopadzie i grudniu – było OK. Więc oczywiście, zgodziliśmy się.

Nasza podróż trwała od 26 listopada do 3 grudnia 2024 roku. Organizatorem było biuro podróży Top Touristic z Poznania. Dostaliśmy od nich wszystko: karty pokładowe, vouchery na transfer lotniskowy i zakwaterowanie z wyżywieniem.

Lecieliśmy liniami Ryanair do Agadiru, gdzie czekał na nas hotel Bahia City. Przyznam, że gdy zobaczyłam oceny tego hotelu na Booking.com lekko się przeraziłam. Punktacja oscylowała wokół 3… Ale wtedy z Wackiem ustaliliśmy jedyną słuszną strategię: jeśli coś będzie nie tak, po prostu wynajmiemy inny hotel.

To pozwoliło nam podejść do tego wyjazdu bez presji i po prostu cieszyć się tym, co los nam zaserwuje. Bo przecież kto na końcówkę listopada wylatuje do Afryki za cenę biletu do Warszawy? 🙂

Z wielką niecierpliwością czekaliśmy na wyjazd – do tego stopnia, że dorobił się własnej vlepki.

Kraków - Agadir

Dolot - shuttle bus - hotel

Nasza podróż do Maroka rozpoczęła się w typowo krakowskim, listopadowym anturażu, niebo było ciężkie, deszcz sączył się z chmur, a świat za oknem przybrał odcienie szarości. Choć wiem, że warto uczyć się nie oceniać i przyjmować rzeczy takimi, jakie są, to jednak dla mnie tamten poranek był po prostu brzydki. I może właśnie dlatego z jeszcze większą niecierpliwością wyglądałam naszego lotu, słońca, ciepła, nowości. Maroko wydawało się odległe i egzotyczne, a teraz miało stać się naszym miejscem na tydzień.

Dzień zaczęłam pracowicie, od szóstej rano kończyłam najpilniejsze obowiązki, żeby z czystym sumieniem móc na siedem dni zniknąć z zawodowej rzeczywistości. Punkt 10:30 zamknęłam laptopa, drzwi do pokoju i wyruszyłam na lotnisko, gdzie czekał już Wacek. Stał przy bramkach bezpieczeństwa z małym plecakiem, podekscytowany, jak zawsze przed podróżą. Jesteśmy już przyzwyczajeni do kompaktowego pakowania się, więc nawet gdy można wziąć walizkę, my wybieramy bagaż podręczny. Tym razem też: plecak i w drogę.

Wystartowaliśmy z Krakowa o 12:25 linią Ryanair. To był nasz najdłuższy wspólny lot – 4 godziny i 50 minut.  Choć Wacek, ma w dorobku podróż do USA, to nie liczy się to do wspólnej statystyki.

W Agadirze wylądowaliśmy około 17:15. Czekała nas dość szczegółowa odprawa: pytania o długość pobytu, miejsce zakwaterowania, a ja dodatkowo musiałam odpowiedzieć, gdzie pracuję i w jakim zawodzie. Gdy powiedziałam, że na lotnisku, pojawił się uśmiech – znaleźliśmy płaszczyznę porozumienia.

Po wyjściu z lotniska czekało nas zupełnie nowe doświadczenie: nie musieliśmy organizować transferu sami. Przedstawiciel biura podróży czekał już z listą i po okazaniu vouchera na transfery, skierował nas do odpowiedniego autobusu. Przyznam, to nowa jakość podróżowania, dotąd mi nieznana. Wraz z nami wsiadło wielu podróżnych z Polski, których rozwożono później do różnych hoteli. My trafiliśmy do Bahia City Hotel w centrum Agadiru, zaledwie kilka minut spacerem od plaży. Lokalizacja była świetna – to od razu poczuliśmy.

Sam hotel sprawiał przyzwoite wrażenie: duży, z rozległym lobby, kanapami i marmurowym chłodem, jakby jeszcze próbował udawać, że jego czasy świetności nie minęły. Pokój, który dostaliśmy, miał balkon wychodzący na wewnętrzny dziedziniec – wtedy wydawało się to szczęśliwym trafem, że nie od strony ulicy. Jak bardzo się myliliśmy, okaże się już drugiej nocy.

Tego wieczoru nie planowaliśmy nic wielkiego, krótki spacer po okolicy, pierwszy kontakt z atmosferą miasta. Przeszliśmy się plażą, pozwoliliśmy wodzie łaskotać nam stopy, stąpaliśmy po ciepłym piasku, chłonąc każdy moment. Od morza wiała łagodna bryza, było przyjemnie ciepło. Staliśmy tam chwilę w milczeniu, każde z nas osobno i wspólnie, wdzięczni za ten nieoczekiwany prezent u progu zimy.

Dzień 2

27 listopada 2024

Zanim opowiem o tym, jak wyglądał nasz drugi dzień w Maroku, muszę wspomnieć o dwóch małych, ale bardzo znaczących elementach tej podróży – koszulkach i vlepkach. To już nasza mała świecka tradycja: personalizowane gadżety z logo wyprawy, zaprojektowane przez Wacka. Tym razem były absolutnie wyjątkowe, w piaskowym kolorze, idealnie wpisującym się w marokańską paletę barw, z przepiękną grafiką. Zwłaszcza koszulki wzbudzały zainteresowanie – zatrzymywały spojrzenia, wywoływały uśmiechy i pytania. Takie detale czynią podróż niepowtarzalną.

Dzień rozpoczęliśmy od śniadania w hotelu. Było skromne, ale zupełnie wystarczające. Jajka na twardo – nasz podstawowy punkt programu plus dodatki: warzywa, oliwki, miód, dżem, topiony serek i bułki. Do picia sok pomarańczowy, marokańska herbata, mleko, kawa rozpuszczalna. Może nie luksusowo, ale za to bez wysiłku,  wszystko podane, gotowe. I za to byliśmy szczerze wdzięczni.

Na ten dzień zaplanowaliśmy piesze zwiedzanie Agadiru. Słońce grzało przyjemnie, niebo było bezchmurne, zupełnie inaczej niż w Polsce o tej porze roku. Wyruszyliśmy na bazar, by zanurzyć się w rytm miasta, w jego dźwięki, kolory i zapachy. Snuliśmy się między straganami, obserwowaliśmy życie targowiska, przysłuchiwaliśmy się rozmowom, zachwycaliśmy kolorytem przypraw i tkanin. Szukaliśmy magnesów, drobiazgów, pamiątek, które przywiozą nam później wspomnienia.

Nie byłoby wizyty na marokańskim bazarze bez… kotów. Wacek, jak zawsze, przyciągał je jak magnes. Z każdej strony nadciągały kocie delegacje, wskakiwały mu na kolana, ocierały się o nogi, wyłudzały pieszczoty. Wśród kociej braci był jak król.

Z bazaru ruszyliśmy do Mediny, rekonstrukcji dawnego miasta, oddalonej nieco od centrum Agadiru. To było jedno z tych miejsc, które natychmiast przyciąga atmosferą. Nie było tam tłumów, co pozwalało naprawdę się zagubić, wąskie uliczki, delikatny cień, zapach drewna, rękodzieło, cisza przerywana tylko odgłosami pracy lokalnych rzemieślników. W jednym ze sklepików przymierzaliśmy turbany, śmialiśmy się i fotografowaliśmy, a do naszej domowej kolekcji dołączyła marokańska tablica rejestracyjna. Niby drobiazg, a dla nas ważny, każdy przedmiot przywieziony z podróży ma swoją historię i miejsce.

Wieczorem, gdy słońce zaczęło chylić się ku horyzontowi, wróciliśmy na plażę. Zachód słońca nad Atlantykiem był spektakularny, niebo zapłonęło pomarańczą i czerwienią, a my po prostu siedzieliśmy, chłonąc tę chwilę w milczeniu. Dzień zakończyliśmy pyszną kolacją w jednej z knajpek przy plaży. Proste jedzenie, świeże składniki, a wszystko doprawione atmosferą radości i wdzięczności.

To był piękny, ciepły, pełen marokańskich kolorów i zapachów dzień.

Dzień trzeci: 28 listopada 2024r.

Krokodyle, Kazba i kot w plecaku

Trzeci dzień naszej marokańskiej przygody spędziliśmy nadal w Agadirze, ale już nie na piechotę. Zanim jednak o tym, jeszcze słowo o śniadaniu. Nie ma tu nic nowego do dodania, nadal skromnie, nadal jajka, ale warto zauważyć jedną rzecz: przez cały pobyt żadna jelitówka nas nie dopadła. A to naprawdę zasługuje na docenienie.

Planowaliśmy tego dnia zobaczyć więcej, nie tylko centrum miasta, więc podjęliśmy decyzję o wypożyczeniu samochodu. Trochę nas to stresowało, bo z wielu relacji wynikało, że jazda w Maroku to sport ekstremalny. Agresywni kierowcy, chaos na drogach, brak zasad… Dlatego warunek był jeden: pełne ubezpieczenie od wszystkiego, łącznie z uderzeniem meteorytu. Wacek wyszukał kilka opcji w internecie, ale jak się okazało bez rezerwacji online ani rusz. Na szczęście, zupełnie przypadkiem, natknęliśmy się na małą rodzinną wypożyczalnię. Miało się wrażenie, że powstała raczej z potrzeby zajęcia dla pani domu niż z potrzeby rynku: auto wyglądało, jakby jeszcze wczoraj służyło rodzinie. To nie była wypożyczalnia  samochodów ale wypożyczalnia samochodu – – na pytanie gdzie jest auto – pani powiedziała, że stoi przed drzwiami – zdjęła tabliczkę reklamową z dachu , wyjęła leżak z bagażnika i wręczyła nam kluczyki. Ale wszystko przebiegło sprawnie, sympatycznie, a angielski właścicielki okazał się bardzo dobry. Udało się wypożyczyć samochód na cztery dni, w bardzo satysfakcjonującej cenie. Samochód oznaczał jedno: wolność.
Pierwszy kurs odbyliśmy do Crocoparku, jednej z najbardziej rozpoznawalnych atrakcji w Agadirze. To niesamowite miejsce, dom dla ponad 400 krokodyli, z których niektóre mają ponad cztery metry długości. Obserwowanie ich z bliska, tych śpiących na brzegu i tych pływających tuż pod powierzchnią robiło ogromne wrażenie. W parku spotkaliśmy też inne stworzenia: żółwie (które akurat zajęte były intymnymi sprawami), kolorowe iguany, które bez skrępowania przyglądały się turystom, a także wiele mniejszych egzotycznych zwierząt.
Oprócz tego Crocopark to przepiękny ogród botaniczny, podzielony na cztery tematyczne strefy, z roślinami z całego świata. Bawiliśmy się jak dzieci, zjeżdżając na zjeżdżalniach, robiąc zdjęcia z głową w paszczy krokodyla, chodząc po sznurkowych trasach i robiąc własny papier z papirusa, czy dając sobie namalować wzory henną na rękach. Wacek, w swoim belferskim stylu, nagrywał filmik dla uczniów – instrukcję do nadchodzącego projektu. Ja zapewne w tym czasie odbierałam niezliczone służbowe telefony. Chciałabym kiedyś umieć naprawdę chronić swój czas… ale to jeszcze przede mną. To wyzwanie dla mojego wieku dojrzałego 😉
Po powrocie do hotelu – chwila wytchnienia w pokoju, szybki obiad (kurczak z rożna) i chłodząca kąpiel w hotelowym basenie. Mimo wysokich temperatur, byliśmy jedynymi osobami, które z niego korzystały. Cisza, chłód wody i słońce nad głową tego dnia były bezcenne.
Późnym popołudniem wybraliśmy się na wzgórze, na którym znajdują się pozostałości XVI-wiecznej Kazby, najstarszego zabytku Agadiru. Kiedyś była fortecą obronną przeciwko portugalskim najazdom. Dziś, choć zostały z niej głównie fragmenty murów, wciąż robi wrażenie, i jako punkt widokowy, i jako świadectwo historii. Z wysokości 236 metrów nad poziomem morza rozciąga się panorama na zatokę, port i współczesne miasto.
To właśnie tu widnieje ogromny napis w języku arabskim: „Allah, Al Watan, Al Malik” – „Bóg, Ojczyzna, Król” – narodowe motto, przypominające o sile i jedności mieszkańców. I właśnie w tym miejscu nie sposób nie wspomnieć o trzęsieniu ziemi z 1960 roku, które niemal całkowicie zniszczyło miasto. Zginęło około 15 tysięcy osób, jedna trzecia populacji. Medyna legła w gruzach. Ale Agadir się podniósł, nie jako kopia przeszłości, ale jako symbol nowoczesności. Mohammed V, ówczesny król, zdecydował o budowie nowego miasta – szerokie bulwary, funkcjonalne osiedla, przestrzeń i światło. To pierwsze afrykańskie miasto modernistyczne. Historię tę wspominam tutaj nie przez przypadek. Lubię opowieści o odradzaniu się. O Feniksie z popiołów. Bo to też moje osobiste doświadczenia życiowe – i symbol, który miał być kiedyś moim tatuażem.
Na wzgórze wjechaliśmy kolejką linową, pierwszą w Afryce. Dla mnie, miłośniczki kolejek, była to szczególna atrakcja. Cieszyłam się jak dziecko, za każdym razem tak jest. Wacek, jak zawsze, znalazł to dla mnie i wpisał do planu podróży. Dziękuję mu za to. Na szczycie byliśmy zgodnie z zaleceniami blogerów tuż przed zachodem słońca. Tym razem jednak słońce postanowiło schować się za chmurami, dając pokaz w bardziej stonowanych barwach.
Wraz z zapadnięciem zmroku wzgórze i Kazba rozbłysły setkami świateł. Spacerowaliśmy po wzgórzu z niezwykłą przyjemnością, zostawiając nasze vlepki gdzie tylko się dało. I właśnie tam, wśród kamieni i świateł, do plecaka Wacka przyplątał się malutki kotek, z zaropiałym oczkiem, ostrożny, ale zdeterminowany. Wybrał nas. A dokładniej – wybrał Wacka. Patrzyłam, jak Wackowi topnieje serce z każdą minutą i wiedziałam na pewno- adopcja kotów jest tuż-tuż. Nie można ignorować takiej miłości.
W dół zjechaliśmy kolejką, tym razem podziwiając nocną panoramę Agadiru. Jeszcze tylko krótki spacer promenadą, karmienie kotów po drodze i powrót do hotelu.
To był dzień pełen radości, wzruszeń i nowych doświadczeń. Jeden z tych, które zostają w sercu na długo.

Marrakesz

do Marrakeszu przez Atlas

Zanim opowiem o drodze do Marrakeszu, muszę wrócić na chwilę do sprawy hotelowego pokoju. Pierwotnie dostaliśmy pokój z oknami wychodzącymi na wewnętrzny dziedziniec. Wydawało się to dobrym rozwiązaniem, cicho, bez ulicznego hałasu. Okazało się jednak, że pod naszym balkonem działa restauracja, należąca do hotelowego kompleksu. I choć w ciągu dnia nie rzucała się w oczy, wieczorami zamieniała się w miejsce hucznych imprez. Głośna arabska muzyka rozbrzmiewała do późnej nocy. Wacka interwencja w recepcji, by przestrzegano ciszy nocnej, nic nie zmieniła. Następnego dnia Wacek poprosił o zmianę pokoju. Nie było to proste, ale ostatecznie udało się, na jedną noc przenieśliśmy się do pokoju z oknem wychodzącym na ulicę.

Miało to swój nieoczekiwany plus. Parkowaliśmy wypożyczony samochód pod hotelem, a z okna mieliśmy na niego oko. Dzięki temu rano mogliśmy też obserwować ciekawy mechanizm ulicznego parkowania:  samochody zostawiane były na luzie, by lokalny parkingowy mógł je przestawiać w razie potrzeby. Przesuwał je z precyzją godną partii szachów.

Tego dnia ruszyliśmy w trasę. Kierunek: Marrakesz. Ale nie wybraliśmy autostrady, jak zrobiłoby wielu. Nasza droga prowadziła przez góry Atlas, przez Tarudant i przełęcz Tizi n’Test, trasą N7. Pomysł podsunęły zapewne motocyklowe blogi i fora, szukaliśmy czegoś więcej niż tylko trasy z punktu A do punktu B. I znaleźliśmy. A w zasadzie to Wacek znalazł, nasz naczelny planista.

Droga przez góry była niesamowita. Wąska, kręta, z widokami, które trudno opisać. Czerwona, wypłukana ziemia, zbocza bez drzew, doliny przecięte wąskimi strumieniami, punkty widokowe z prowizorycznymi barierkami i maleńkie miasteczka przyklejone do zboczy. Co kilkanaście kilometrów ktoś sprzedawał kawę z samochodu. Takie przenośne kawiarnie są elementem krajobrazu.

Pierwszy postój zrobiliśmy w mieście Tarudant. To wyjątkowe miasto nazywane jest małym Marrakeszem. Leży u podnóża gór i dodatkowo otoczone jest murami. Do medyny prowadzi aż 9 bram. W XVI wieku pełnił funkcję stolicy, a teraz to miasto łączące tradycję z dynamiką współczesnego życia. W Tarudancie mieliśmy zatrzymać się na chwilę, ale wystarczyło kilka minut, by podszedł do nas mężczyzna i zaproponował swoje usługi jako przewodnik. Byliśmy nieufni, ale coś w jego sposobie bycia i bezpośredniości przełamało nasze opory. Za symboliczną opłatę oprowadził nas po mieście przez dwie godziny. Pokazał zakamarki, do których sami pewnie byśmy nie trafili. Przeszliśmy przez miejscowy suk – serce miasta, odwiedziliśmy zakład produkcji wyrobów z arganu, potem mały warsztat jubilerski. Nie było nachalnej sprzedaży, raczej pokazanie rzemiosła. Opowiadał z pasją, wciągał nas w historie miejsca i ludzi. Było warto.

Zatrzymywaliśmy się często, chłonąc z zachwytem widoki. W jednym z takich pięknych miejsc usiedliśmy przy herbacie. Zwykły stolik z plastikowymi krzesłami, ale z przepięknym widokiem na góry. Towarzyszył nam leniwy kot, który zdawał się być stałym bywalcem tej knajpki. W podziękowaniu zostawiliśmy naszą vlepkę – jak zawsze. Zresztą, tego dnia zostawiliśmy ich sporo, na tablicach, przy przełęczach, na murkach przy punktach widokowych. Nasze małe ślady w górach Atlas.

Droga była w dużej części w remoncie, co dodawało jej charakteru. Trzeba było jechać ostrożnie: objazdy, zwężenia, szuter i sporo kurzu. Mimo to – albo właśnie dlatego – miało to swój urok. Po drodze mijali nas motocykliści. Zawsze, gdy ich widzimy, robi się cieplej na sercu. W pewnym momencie zatrzymaliśmy się – roboty drogowe, ciężki sprzęt, szlaban, czekanie. Obok nas stanęli motocykliści z Hiszpanii. Wacek wyszedł z samochodu i – rzecz jasna – zagadał. W takich chwilach trudno nie pomyśleć, jak świat byłby uboższy bez wspólnego języka.

W końcu zgłodniałam. Chciałam tadżin. Ale nie z hotelu. Taki prawdziwy, zjedzony w przydrożnym barze. Zatrzymaliśmy się w jednym z miasteczek i spełniliśmy moje kulinarne marzenie. Tadżin był prosty, rozgrzewający, trochę mięsa, sporo warzyw zanurzonych w sosie. Nie było jednak ochów i achów, na co liczyłam, raczej krótkie: acha, więc tak to smakuje.

Potem wróciliśmy na drogę, z kolejnymi zakrętami, coraz bliżej Marrakeszu. Zmęczeni, ale szczęśliwi. Bo to był ten dzień, w którym droga była celem…

Jak na motorze, choć w samochodzie.

Czy dobrze przewiduję, że kiedyś tam wrócimy, ale… motorem, Wacku?

I na tym mogłabym zakończyć opis czwartego dnia podróży po Maroku… ale ten dzień miał jeszcze intensywny ciąg dalszy w Marrakeszu.

Staram się zawsze wynajmować kwatery jak najbliżej centrum, żeby nie tracić czasu na dojazdu. W Marrakeszu okazało się to złudne. Był piątek, a wtedy centrum miasta jak się okazało, jest zamykane dla ruchu samochodowego. Nie mogliśmy się dostać do naszego mieszkania, a GPS zwariował i ciągle nas zawracał w to samo miejsce, jakby nie istniała żadna alternatywna trasa. Ruch uliczny był przeraźliwy: samochody, skutery, rowery, piesi nacierali ze wszystkich stron. Mieliśmy wrażenie że znaleźliśmy się w piekle: chaos, wrzawa, zamieszanie, nerwowa atmosfera, klaksony. I żadnego miejsca, w którym możnaby zostawić samochód. Policjant zapytany jak się dostać do centrum, rozłożył ręce. Swoją pomoc za to chciał nam oferować ktoś w rodzaju naganiacza. Prowadził nas na parking wewnątrz kamienicy, należący rzekomo do jego kuzyna i oferował że on się zajmie za niewielką opłatą samochodem i żeby dać mu kluczyki. Albo jesteśmy przewrażliwieni, albo oszustwem pachniało na kilometr…

Wacek postanowił żebyśmy się rozdzielili: ja miałam krążyć wokół starego miasta i zaparkować w miarę możliwości, a on znaleźć naszą kwaterę i drogę do niej. Obie misje skończyły się sukcesem i już niedługo mogliśmy chłonąć niesamowitą atmosferę Marrakeszu nocą.

5

Marakesz - As-Suwajra

Piąty dzień naszej późnojesiennej podróży do Maroka spędziliśmy w Marrakeszu. Nocowaliśmy w samym centrum miasta, niemal w sercu bazaru, w jednej z bocznych uliczek. Zatrzymaliśmy się w riadzie, tradycyjnym marokańskim domu, którego wnętrze zaskakuje zupełnie inną rzeczywistością niż ta, którą widać z ulicy. Z zewnątrz surowy mur, bez okien. W środku –  dziedziniec, wokół którego toczy się życie. Zieleń, ciche rozmowy, miejsca do odpoczynku. I ta szczególna architektura, która pozwala być jednocześnie w mieście i poza nim. Co w riadzie, zostaje w riadzie.

Dzień zaczęliśmy od śniadania. Nie było zaskoczeń: kawa z mlekiem, herbata marokańska, sok pomarańczowy, ciabatta, naleśnikowe placki, dwa rodzaje dżemów i masło. Ale miejsce zrobiło różnicę. Jedliśmy na tarasie, na dachu budynku, w ciepły, słoneczny poranek. Widok na miasto, pierwsze dźwięki z ulic, miękkie światło, wszystko razem sprawiało, że nawet najprostsze rzeczy smakowały lepiej.

Reszta dnia upłynęła nam na włóczeniu się po Marrakeszu. Miasto, które nocą pulsuje rytmem imprez, za dnia oddycha w innym tempie – bazarowym, żywym, kolorowym. Gubiliśmy się w uliczkach mediny, czasem celowo, czasem nie. Przymierzaliśmy turbany, targowaliśmy się o chusty i spodnie dla mnie i Uli do tańca brzucha. Między stoiskami karmiliśmy koty, próbowaliśmy lokalnych przekąsek, rozmawialiśmy z ludźmi. I chłonęliśmy atmosferę tego miejsca, które jednocześnie męczy i zachwyca. Nie mieliśmy konkretnego planu, po prostu byliśmy tu i teraz, w tym gwarze, zapachu przypraw i kurzu, wśród nawoływań sprzedawców, rozmów w licznych językach, popisach lokalnych muzyków i kuglarzy. Tętno miasta czuliśmy każdym porem skóry. Powiedziałam, że to miasto można kochać lub nienawidzić. Jego intensywność nie pozostawi obojętnym nikogo. Ja absolutnie kocham i już wiem, że na pewno tam wrócimy.

Po południu ruszyliśmy dalej – czekała na nas As-Suwajra, oddalona o 180 kilometrów miejscowość nad Atlantykiem. Jak zawsze, nocleg zarezerwowaliśmy w starej części miasta, wewnątrz murów otaczających medinę. Tym razem jednak dojazd był prostszy. Tuż za bramą miejską znajdował się parking, na którym bezpiecznie zostawiliśmy samochód. Nasz riad okazał się być dosłownie kilka kroków dalej.

Wieczór w As-Suwajrze był zupełnie inny niż wszystko, co dotąd przeżyliśmy. Wyposażeni w dwie paczki kocich smaczków podjęliśmy spontaniczne wyzwanie: nakarmić 50 kotów do końca dnia. Szybko się okazało, że postawiliśmy sobie zbyt niską poprzeczkę. Miasto wyglądało, jakby było celem pielgrzymek kotów z całego Maroka. Na każdym kroku kicie, koty, kocury. Leżące, czające się, patrzące, śpiące, łaszące się. Z jednej strony bezdomność tych zwierzaków była przygnębiającą. Z drugiej widzieliśmy, że lokalsi nie są wobec nich nieczuli. Widywaliśmy kartony rozstawione w różnych miejscach, miski z jedzeniem i wodą. A miejscowi sklepikarze mieli swoje stada stałych bywalców. Nasze dokarmianie kotków spotykało się też z życzliwością i ciepłym przyjęciem. Wacław, jako samozwańczy koci król, rozdawał smaczki, ja robiłam zdjęcia. Plan był prosty taki, by stworzyć album „50 twarzy kotów w Maroku”, na wzór „50 twarzy Wacka”, który kiedyś wrzucił na Facebooka. Ale liczba kotów przerosła nasze założenia. Powstał zamiast tego filmik „100 powodów, dla których warto odwiedzić Maroko”, z niezrównanym kocim akompaniamentem. Około setnego kota przestałam robić zdjęcia, po dwusetnym  – przestałam liczyć. A wszystko to w jeden wieczór.

Agadir

Leżing and plażing

Szósty dzień spędziliśmy w As-Suwajrze. Rano czekało na nas śniadanie w naszym riadzie. Tradycyjnie: herbata, kawa, chlebki, dżemy. Tym razem jednak pojawiły się mandarynki i jogurt. Mała rzecz, a ucieszyła. Jedliśmy na tarasie na dachu budynku, ale my pokusiliśmy się wyjść jeszcze wyżej – na roboczy taras, ten, na którym zwykle wiesza się pranie. Stamtąd rozciągał się widok na panoramę miasta i dachy sąsiednich domów. Stoliki, barwne parasole – widać było, że większość z tych riadów także przyjmuje gości. Turyści stali się częścią krajobrazu tego miejsca.

As-Suwajra otoczona jest murami, a tuż za nimi zaczyna się ocean. I właśnie on miał dziś rozdawać karty. Najpierw postanowiliśmy przejść po mieliźnie na małą wysepkę widoczną z plaży. Stało tam kilku rybaków. Chwilę po tym, jak do nich dotarliśmy, zaczęli machać rękami. Przez moment myśleliśmy, że nie życzą sobie naszej obecności. Dopiero potem zrozumieliśmy, że próbują nas ostrzec – nadchodził przypływ. Jeśli się nie pospieszymy, woda odetnie nam drogę powrotną. Nie zastanawialiśmy się długo. Ruszyliśmy z powrotem, ale woda podnosiła się szybko. Nie udało się przejść suchą nogą.

Druga przygoda czekała tuż za rogiem. Postanowiliśmy obejść mury miasta dookoła. Początek wydawał się prosty, potem było już tylko trudniej. Niektóre fragmenty były dość ryzykowne – śliskie skały, wąskie przejścia, nagłe uskoki. Kilka razy trzeba się było wspinać lub schodzić bardzo ostrożnie. Zabrakło wprawy, ale obyło się bez większych strat – kilka siniaków, parę zadrapań.

Resztę dnia spędziliśmy krążąc po medinie. Zatrzymywaliśmy się przy warsztatach rzemieślników, oglądaliśmy rzeźby, obrazy, misternie zdobione skrzynki i instrumenty. Weszliśmy do jednej z galerii, skusiły nas kolory, może trochę też naiwność wystawionych tam prac. Było coś ujmującego w tej prostocie formy, ale i niezwykłej kolorystyce.

Zamieniliśmy kilka słów z właścicielem, który okazał się także ich autorem. To była miła, bezpretensjonalna rozmowa. Zostawiliśmy mu nasze vlepki i kamień, który namalowałam specjalnie z okazji podróży do Maroka. Mały gest, ale wydał się ważny. To było ciekawe i niezapomniane doświadczenie, jedno z tych, które zostają z człowiekiem na długo, choć nie da się ich sfotografować.

Kolejne niesamowite doświadczenie, które da się sfotografować, ale nie da się opublikować to kąpiel nago w Oceanie o zachodzie słońca. Udało nam się już w drodze do Agadiru, znaleźć niemal ustronne miejsce, by postawić kropkę na zakończenie tego niezwykłego dnia oraz dostarczyć sobie kolejną porcją wspomnień, które trudno będzie zapomnieć.

Agadir

Sibiu - Cartisoara - Trasa Transfogaraska (rum. Transfăgărășan) - Zapora Virdaru - Pitești

Noc z pierwszego na drugiego grudnia spędziliśmy ponownie w Agadirze, wracając do naszego znajomego hotelu Bahia City. Tym razem trafiliśmy do pokoju z oknem wychodzącym na ulicę, co gwara towało spokojną noc. Rano zjedliśmy śniadanie. Choć jajka na twardo wciąż były obecne na stole i wciąż je lubimy, marzyliśmy już o czymś innym, najlepiej jajecznicy, ale marzenia trzeba zostawić na później.

Pierwszym zadaniem na ten dzień było oddanie samochodu. Cała procedura przebiegła zaskakująco sprawnie. Mieliśmy pełne ubezpieczenie, więc właścicielka wypożyczalni nawet nie wyszła obejrzeć auta – zapytała jedynie, czy podróż się udała i czy samochód dobrze się sprawował. Przed oddaniem zadbaliśmy o to, by go porządnie umyć, żeby zmyć z niego cały kurz Atlasu i resztki dróg, którymi w ostatnich dniach przyszło mu jechać.

Resztę dnia spędziliśmy już w zupełnie innym rytmie. Oddaliśmy się słodkiemu lenistwu na plaży. Była kąpiel w morzu, chwile na rozgrzanym piasku i nawet odrobina szaleństwa – zatańczyliśmy tango z widokiem na ocean. A skoro to nasze ostatnie chwile, postanowiliśmy doświadczyć czegoś jeszcze – przejażdżki na wielbłądach. Zachód słońca oglądany z ich garbów był naprawdę malowniczy. Choć efektem, przynajmniej w moim przypadku, były obtarte uda – zdecydowanie nie urodziłam się do życia w siodle wielbłądzim – warto było to przeżyć.

To był spokojny, ale wyjątkowy dzień. Ostatni w Maroku.  Z ciepłem w sercu i lekkim smutkiem, że to już koniec – spędziliśmy wieczór wspominając wszystko, co wydarzyło się przez ostatni tydzień. Ten kraj zostawił w nas ślad, i to nie tylko przez piasek w butach czy słońce na skórze.

Agadir

Dzień ósmy - powrót do domu

Ostatni poranek w Maroku przywitał nas ostrym światłem i wysoką temperaturą.  Myślałam o tym, jak bardzo będę za tym tęsknić po powrocie do domu. Zjedliśmy śniadanie w hotelu bez pośpiechu, chłonąc ostatnie chwile tej podróży.

Następnie zostawiliśmy spakowane plecaki w recepcji hotelu i ruszyliśmy na pożegnalny spacer po Agadirze.

Udaliśmy się na bazar, by kupić olej arganowy jako pamiątki z Maroka, magnesy i jeszcze raz nakarmić miejscowe koty. Spacerowaliśmy między alejkami chłonąc po raz kolejny obrazy i zapachy. Byłam zaskoczona z jaką łatwością Wacek wcielił się w rolę negocjatora cen kupowanych towarów. Widać było, że dobrze się bawił. Potem równie sprawnie przewodził stadu kotów, które uważnie śledziły każdy ruch i wypatrywały rozdawanych smaczków. Wacek podzielił się smaczkami z małą dziewczynką, by ona też mogła zdobyć sympatię futrzaków.

Wróciliśmy punktualnie, by zdążyć na shuttle autobus.

Transfer zorganizowany przez biuro podróży odebrał nas spod hotelu, a po drodze zbierał pozostałych podróżnych rozsianych po innych hotelach – dokładnie tak, jak na początku wyjazdu. Tym razem jednak nie towarzyszyła nam ekscytacja nowego, tylko spokojna wdzięczność i cichy żal, że to już koniec.

Na lotnisku wszystko przebiegło sprawnie. Choć tylu kontroli nigdy nie przeszliśmy.  Było ich łącznie 7, zanim dotarliśmy do hali odlotów. Ciekawostką była też konieczność posiadania wydrukowanej karty pokładowej. Na szczęście obok naszego hotelu był punkt ksero, w którym za niemałe pieniądze wydrukowano nam karty.

Lot, choć nie należał do najkrótszych, minął nam szybko.

Wylądowaliśmy w Krakowie wieczorem. Zimne powietrze i ciemność polskiego nieba były pierwszym sygnałem, że jesteśmy z powrotem. Ale mimo chłodu, było w nas ciepło – to, które przynosi dobrze przeżyta podróż. Taka, po której nic nie jest już dokładnie takie samo jak przed nią.

Maroko zaskoczyło nas intensywnością barw, smaków i dźwięków. Przyniosło zachwyt, zmęczenie, śmiech i zadumę. Każdy dzień był inny, każdy odcisnął w nas jakiś ślad. Wróciliśmy bogatsi o dziesiątki wspomnień. I choć podróż dobiegła końca, to jeszcze długo będzie w nas żyła.