Rzym

Rzym 2025 - city break pełen niespodzianek

Nasza styczniowa wyprawa do Rzymu była czymś zupełnie innym niż wcześniejsze podróże. Tym razem nie motocyklem, nie z sakwami i kaskami, ale lekko, miejsko i z bagażem podręcznym – city break na dobry początek roku.

Wyjazd zaplanowaliśmy spontanicznie, bilety kupione jeszcze w grudniu, szybka decyzja, minimum organizacji, maksimum nadziei na przygodę. Lecieliśmy z myślą o spokojnym styczniowym Rzymie, poza sezonem, z mniejszą ilością turystów. Ale jak się szybko okazało – Rzym miał wobec nas zupełnie inne plany.

Pierwsza niespodzianka przyszła już na etapie planowania zwiedzania. Nie miałam pojęcia, że styczeń 2025 roku oznacza w Watykanie rozpoczęcie Roku Jubileuszowego, czyli otwarcie Drzwi Świętych w Bazylice św. Piotra oraz innych bazylikach papieskich. A to oznacza jedno: tłumy. Wszędzie. Setki tysięcy pielgrzymów z całego świata, dziesiątki grup z przewodnikami, modlitwy, procesje – cały Rzym duchowo w ruchu. Ja tymczasem chciałam tylko spokojnie pospacerować po Forum Romanum i napić się cappuccino widokiem na Koloseum. Cóż, trzeba było się przystosować.

Drugą niespodzianką była pogoda. Moje podróże są zazwyczaj słoneczne – serio, można mnie wynająć jako gwaranta dobrej pogody. A tu – Rzym w deszczu. Ciągłym, nieustępliwym, z momentami tylko „przelotnej mżawki”. Parasol stał się naszym trzecim towarzyszem podróży. Ale z drugiej strony – deszczowy Rzym ma też swój urok. Mokry bruk, błyszczące kolumny, zapach kawy i pary unoszącej się z ulicznych studzienek – jak z włoskiego filmu noir. Trochę melancholii, trochę magii.

Największą niespodzianką była jednak ta najcieplejsza i najbardziej wzruszająca – spotkanie z Angelo, przyjacielem Wacka. Wspominałam o nim przy okazji Sardynii, to właśnie on pomagał nam zdalnie rozgryźć temat parkowania w Cagliari. Tym razem zobaczyli się na żywo. Powitanie było gorące, serdeczne, szczere. Mężczyźni nie płaczą? Nie wiem. Ale coś się zaszkliło w oczach. A ja? Udawałam, że to deszcz…

Nasza rzymska przygoda trwała od 17 do 20 stycznia 2025 roku. Wyruszyliśmy w piątek, Ryanair zabrał nas o 13:35, powrót w poniedziałek o 16:20. Trzy niemal pełne dni spacerów, odkryć, rozmów i zachwytów.

Nocleg mieliśmy około pół godziny piechotą od turystycznego centrum, ale za to blisko Bazyliki św. Jana na Lateranie, jednej z czterech głównych bazylik Rzymu. Pokój zarezerwowaliśmy ze śniadaniem – bez fajerwerków, ale sycącym i dającym energię na dzień pełen przygód.

To miał być spokojny wypad poza sezonem. A wyszła z tego nieoczekiwana, a zarazem zapadająca w serce podróż roku. A przynajmniej jego początku.  W końcu to dopiero styczeń 😉

Dzień pierwszy: piątek, 17 stycznia 2025r.

Dolot - Rzym

Choć lot do Rzymu mieliśmy stosunkowo wcześnie, bo o 13:35, to tak naprawdę Rzym tego dnia był dla nas tylko tłem. Dzień zaczął się intensywnie, wręcz odrobinę chaotycznie, jak to zwykle bywa tuż przed oderwaniem się od codzienności.

Wacek miał wyjątkowy dzień w pracy, piątek upłynął mu pod znakiem Banksego. Zainspirowany wizytą w krakowskim muzeum artysty, realizował ze swoimi uczniami projekt murali w stylu street artu. Edukacyjna pasja, kreatywna energia, mnóstwo wrażeń wszystko to jeszcze w nim buzowało, gdy wsiadał do samolotu.

U mnie, jak to na lotnisku – gwarno, szybko, dynamicznie. Gdy próbujesz wyrwać się na kilka dni z pracy, zawsze okazuje się, że wszystko „musi być zrobione na już”. Ale udało się! Choć ostatnie godziny były intensywne, wybiła ta magiczna chwila: czas start – Rzym czeka!

Na miejsce dotarliśmy już po zmroku – w końcu styczeń, a dni krótkie. Nasz obiekt noclegowy, St John Villa, przywitał nas kameralnie i bardzo serdecznie. Byliśmy dobrze zaopatrzeni: napoje, przekąski, butelkowana woda od gospodarzy, herbata, wszystko, czego potrzeba na spokojny wieczór po podróży.

Postanowiliśmy więc nie rzucać się od razu w wir zwiedzania, tylko po prostu odpocząć. Włączyliśmy jak co piątek odcinek programu Karola Modzelewskiego, a potem jeszcze coś lekkiego na Netflixie. Atmosfera była ciepła, spokojna, bez pośpiechu. To był nasz wieczór chilloutu, ładowania baterii i przestawiania się z trybu „codzienność” na „przygoda”.

Rzym jeszcze chwilę musiał na nas poczekać, ale wiedzieliśmy, że od soboty ruszymy z pełną energią.

sobota, 14 grudnia 2024

Rzym - Watykan

Dzień rozpoczęliśmy śniadaniem w naszej kwaterze. Niby nic wyszukanego, ale wszystko, co trzeba, było na miejscu. Do wyboru kawa lub herbata od gospodarza, a poza tym – samoobsługowe dobro: tosty, ser żółty, szynka parmeńska, dżemy, sok pomarańczowy (ten z kartonu, ale miły w smaku), croissanty typu 7Days, jabłka i mnóstwo małych snacków, które świetnie sprawdziły się jako przekąski w ciągu dnia.

Po śniadaniu ruszyliśmy w drogę – przed nami Rzym w pełnej krasie. Dzień był ponury, niebo ciężkie, w powietrzu wisiał deszcz. Ale to zupełnie nie przeszkadzało – energia do eksploracji buzowała w nas od dawna. Poza tym – Rzym to nie miasto, które da się zlekceważyć pogodą. Szliśmy i chłonęliśmy widoki.

Pierwszy przystanek: nasza sąsiadka –  Bazylika św. Jana na Lateranie. Monumentalna, historyczna, trochę przytłaczająca swoją rangą, ale piękna. Potem przyszedł czas na klasykę rzymskich klasyków: świątynia Wenus i Romy, Koloseum, Forum Romanum i Palatyn. Z rozpędu pod Koloseum Wacek nagrał film promocyjny swojego Liceum DaVinci – pomysły twórcze dopadają go wszędzie. Ze wzgórza roztaczał się zapierający dech w piersiach widok na Rzym – i to właśnie tam Wacek, jak prawdziwy miłośnik zwierząt i śniadaniowych ciastek, dokarmiał mewy.

Dalej przeszliśmy przez Kapitol i dotarliśmy do Piazza Venezia z majestatycznym Ołtarzem Ojczyzny i statuą Wiktora Emanuela II. Cały czas mieliśmy wrażenie, że każdy kamień w Rzymie opowiada jakąś historię. To miasto naprawdę nie zna ciszy ani nudy.

Kiedy wreszcie dotarliśmy do Fontanny di Trevi, padało. Ale to był ten rodzaj deszczu, który dodaje klimatu zamiast przeszkadzać. Kolejka była niewielka, fontanna czynna, a my – zauroczeni. Spędziliśmy przy niej mnóstwo czasu. Robiliśmy zdjęcia, obserwowaliśmy ludzi i pozwalaliśmy sobie na chwilę zadumy. Rzym w tej wersji był… bajkowy.

Z Fontanny ruszyliśmy w kierunku Schodów Hiszpańskich. I tam zdarzyło się coś magicznego – udało mi się zrobić zdjęcie, na którym słońce przebija się przez ciężkie chmury, oświetlając schody na tle burzowego nieba. Taki moment, który zostaje w pamięci na zawsze. Dodatkowo zdjęcie robiła sobie jakaś grupa – wycieczka. Stanęliśmy sobie z nimi do zdjęcia – teraz się zastanawiają oglądając wspomnienia – kto to jest u licha?

Na wieczór mieliśmy zaplanowaną kulminację dnia – Muzeum Watykańskie. Z pełną świadomością, że całe muzeum zobaczyć się nie da, skupiliśmy się na najważniejszych salach i zbiorach. Oczywiście Kaplica Sykstyńska z dziełami Michała Anioła była obowiązkowa – mimo zakazu robienia zdjęć… cóż, życie nauczyło mnie, że jeśli bardzo się chce… 😉.

Moją osobistą perełką była Sala Sobieskiego z obrazem Matejki „Sobieski pod Wiedniem”. Uwielbiam zarówno jego twórczość, jak i barwną, nieoczywistą postać Matejki. Zobaczyć jego dzieło w samym Watykanie to było dla mnie duże przeżycie – zupełnie niespodziewane i tym bardziej poruszające.

Po takim intensywnym dniu nasze nogi ledwo nas niosły. Na kolację udaliśmy się do polecanej pizzerii L’Isola della Pizza, ponoć jednej z najlepszych w Rzymie. I choć czas oczekiwania na stolik, a potem samą pizzę, mocno nadwyrężył naszą cierpliwość, to ostatecznie uznaliśmy, że było warto. Pizza była naprawdę dobra, choć muszę przyznać, że i w Polsce można zjeść włoską pizzę, która w niczym nie ustępuje oryginałowi. Mamy zdolnych kucharzy i coraz lepszą kuchnię, zarówno naszą narodową, jak i w wydaniu międzynarodowym.

Wróciliśmy do naszej kwatery późnym wieczorem zmęczeni, przemoczeni, ale przepełnieni wrażeniami. To był dzień, który pokazał, jak intensywnie można przeżywać miasto, nawet jeśli niebo nie sprzyja. Rzym, choć w deszczu, przyjął nas z rozmachem.

.

Rzym dzień 3

Rzym - spotkanie z Angelo.

Tradycyjnie dzień rozpoczęliśmy od śniadania – tego samego, co zawsze, czyli swoistego kompromisu między włoską prostotą a oczekiwaniami świata. I znów zabraliśmy ze sobą przekąski – gdyby przypadkiem trafiły się mewy. Ale dziś miała czekać na nas inna, znacznie bardziej emocjonalna postać.

Plan na dziś był klarowny: Watykan – z placem i Bazyliką św. Piotra. Poszliśmy tam pieszo, chłonąc atmosferę miasta – mimo deszczu, mimo szarego nieba. Kolejek nie było zbyt wielu, co w roku jubileuszowym wydawało się cudem. Bez problemu weszliśmy do środka.

Byłam tu już kilka razy, ale wnętrze bazyliki za każdym razem robi na mnie ogromne wrażenie. Monumentalne piękno, złoto, marmury, proporcje niemal boskie. Choć… dziś wykazaliśmy się pewną ignorancją. Bardzo chcieliśmy przejść przez Święte Drzwi. Wiadomo w końcu to ważne w roku jubileuszowym. I okazało się, że przeszliśmy przez nie, nawet dwa razy, choć nie mieliśmy o tym pojęcia. Jakież było nasze zdziwienie, gdy ochroniarz w katedrze wskazał na te właśnie drzwi. No cóż… hmmm..

Spuśćmy na to rzymską zasłonę milczenia.

Po wyjściu z bazyliki znaleźliśmy się ponownie na Placu św. Piotra, tym razem, by uczestniczyć w modlitwie Anioł Pański, której przewodniczył papież Franciszek. Wyjście z placu okazało się bardziej skomplikowane niż wejście, a na dodatek zaczęło padać. Ale dziś nic nie mogło nam popsuć humoru, bo czekało nas spotkanie długo wyczekiwane – spotkanie z Angelo, tangowym przyjacielem Wacka.

Angelo na co dzień pełni służbę jako policjant w Neapolu, ale tego dnia przyjechał pociągiem do Rzymu, odpowiadając na zaproszenie. Spotkanie obu panów – po latach! – było żywiołowe, radosne i wzruszające. Bo taka jest właśnie przyjaźń: można się długo nie widzieć, a i tak mieć wrażenie, jakby rozstanie trwało tylko chwilę. Bo przyjaciela nosi się w sercu – forever in my heart, always on my mind.

Spotkanie uvzciliśmy oczywiście po włosku – kawą. Angelo espresso, a my, korzystając z jego obecności (czytaj: osłony przed krytyką), poprosiliśmy o cappuccino. Po 10? O rany! O caramba!  – a nie, to nie po włosku 😉

Potem ruszyliśmy w miasto – bez konkretnego planu, ale z głową pełną punktów do zobaczenia. Był spacer nad Tybrem, był Panteon, był Plac Navona z trzema fontannami: Czterech Rzek (Dunaj, Ganges, Nil, Rio de la Plata), Maura i Neptuna. Choć pogoda nie rozpieszczała, włoska kuchnia wszystko zrównoważyła. Angelo zabrał nas na obiad do niewielkiej, klimatycznej tawerny i polecił spróbować klasycznego Cacio e pepe – prostego, ale bardzo smacznego makaronu z pieprzem i parmezanem. Ja i Angelo zajadaliśmy się tą rzymską specjalnością, a Wacek pozostał wierny swojej ulubionej carbonarze.

Spacer po Rzymie z pełnym żołądkiem – bezcenne. Choć deszcz nadal siąpił, postanowiliśmy udać się w ślady Audrey Hepburn i Gregory’ego Pecka z Rzymskich wakacji i zawitaliśmy do Ust Prawdy. Kolejka turystów i padający deszcz sprawiły, że nie podjęliśmy testu prawdomówności – woleliśmy nie ryzykować palców 😉 Ale zajrzeliśmy do kościoła Santa Maria in Cosmedin, w którego przedsionku znajdują się wspomniane usta. To prawdziwa perełka: większość wyposażenia pochodzi z XII wieku, a ołtarz zbudowany jest ze starożytnego zbiornika na wodę i przypomina wannę.

Ciekawostką była też relikwia św. Walentego – podobno w złoconym relikwiarzu znajduje się jego czaszka. Nie wiem, ile w tym prawdy, ale na wszelki wypadek szepnęłam kilka słów w jej kierunku – wiadomo, lepiej dmuchać na miłość.

Zwieńczeniem dnia było gelato, choć ja wybrałam coś słodszego – cornetto pistacjowe. Angelo porozumiał się bez słów z kelnerką, która przyniosła cornetto dosłownie skąpane w pistacjowym kremie. No i jak tu się nie zakochać – nie tylko w smaku, ale i w tym dniu.

Po wielu uśmiechach, wspomnieniach, uściskach i planach na przyszłość – w tym wspólnej wyprawie motocyklowej w Bieszczady – przyszedł czas na rozstanie. Ale przecież… to be continued. Angelo, czekamy na Ciebie w Krakowie!

Pełni wzruszeń, uśmiechów i wspomnień wróciliśmy do naszego wakacyjnego domu. Ten dzień miał w sobie wszystko: sacrum i profanum, deszcz i światło, ciszę i śmiech. Rzymskie wakacje trwały dalej, ale już wiedzieliśmy, że ten dzień będzie jednym z tych, do których chce się wracać.

Bye, bye Roma

wracamy do domu

To już ostatnie godziny w Rzymie. Ostatnie chwile, by jeszcze mocniej chłonąć ducha miasta, zachłysnąć się jego pięknem – nawet jeśli pogoda nie sprzyjała. Po śniadaniu, z plecakami na plecach, wyruszyliśmy w ostatni spacer, bez pośpiechu, ale też z lekką tęsknotą.

Zaczęliśmy od Campo de’ Fiori – placu, który mimo deszczu tętnił jak zawsze swoim nieco chaotycznym, rzymskim życiem. Stoiska, owoce, przyprawy, głosy sprzedawców, wszystko jakby próbowało zatrzymać nas jeszcze chwilę.

Potem ponownie odwiedziliśmy Fontannę di Trevi, tym razem zupełnie bez tłumu, bo była akurat zamknięta. Trwało jej sprzątanie i usuwanie monet, tych, które codziennie wrzucają turyści z nadzieją, że jeszcze tu wrócą. Było w tym coś symbolicznego – jakby sama fontanna żegnała się z nami, ale z delikatnym uśmiechem i obietnicą: „do zobaczenia”.

Wacek postanowił zabrać mnie w miejsce, którego dotąd nie znałam. Mało tego, ponoć wielu mieszkańców Rzymu nie wie o jego istnieniu. Galleria Sciarra, prawdziwa perła ukryta między budynkami. Powstała jako wewnętrzny dziedziniec Pałacu Sciarra Colonna di Carbognano. Gdy Rzym stał się stolicą zjednoczonych Włoch, potrzebował świeżości, przestrzeni, prestiżu. To miejsce, bogato zdobione, z misternymi freskami przedstawiającymi kobiece cnoty, stało się salonem nowoczesnego Rzymu. Dziś nie prowadzi do niego żadna wyraźna tablica, żadna reklama –  trzeba wiedzieć, gdzie skręcić. I może właśnie dlatego tak bardzo poruszyła mnie ta chwila – odkrycie czegoś pięknego i ukrytego w samym sercu zgiełku.

Jeszcze przed wyjazdem na lotnisko zaglądnęliśmy do Maca. Lubimy czasem w podróży zjeść w Mc Donald’s, by sprawdzić czy smakuje on faktycznie identycznie w każdym miejscu na ziemi…

Nawet najpiękniejsza podróż musi mieć swój koniec. Udaliśmy się na lotnisko. Tam okazało się, że Rzym nie był jedynym miejscem z kapryśną pogodą. Nad Krakowem zaległa tak gęsta mgła, że samoloty nie lądowały. Trzymano nas długo w niepewności. Padały różne możliwości: Katowice, Praga, Bratysława… Ostatecznie nasz samolot wylądował we Wrocławiu. Na szczęście Ryanair stanął na wysokości zadania i zawiózł nas autobusem na lotnisko w Krakowie. Nie obyło się jednak bez chaosu, nerwów, niepewności. Po Wacka na lotnisko przyjechał syn Michał, ja zaś zaopatrzona w materac i śpiwór zostałam w biurze na lotnisku, by rano punktualnie zacząć pracę.

P.S. Zostawiliśmy w Fontannie di Trevi monetę…

już wiemy, że wrócimy do Rzymu. Może nie od razu. Ale kiedyś na pewno. Bo Rzym to miasto do którego się wraca…