Split Train Expedition

9 dni - 3150 km - booking

Kraków - Sopron na Węgrzech

27 kwietnia 2024 r.

Zacznę nietypowo – od wdzięczności. Wdzięczności losowi, że ta podróż w ogóle się wydarzyła. Do ostatnich chwil nie mieliśmy pewności, czy ruszymy. Sylwestra 2023/2024 Wacek spędził na białej sali, a tuż po Nowym Roku przeszedł poważną operację. Pierwsze miesiące nowego roku upłynęły nam pod znakiem komplikacji, kolejnych pobytów w szpitalu, zabiegów i kontroli. W kwietniu 2024 w jego brzuchu wciąż był krater, który uparcie nie chciał się zagoić, a czasem wręcz wyrzucał na zewnątrz swoją „lawę”.

A jednak, marzenie o Bałkanach, o przejechaniu motocyklem Adriatyckiej Magistrali, jednej z najpiękniejszych tras Europy, okazało się silniejsze niż choroba. Lekarz, widząc determinację w oczach Wacka, w końcu dał zielone światło – pod warunkiem, że zabierzemy ze sobą całą apteczkę i zapas opatrunków. I wtedy stał się cud: dosłownie na chwilę przed wyjazdem rana się zamknęła. Jakby sama podróż miała być lekarstwem.

Tak zaczęła się nasza majówkowa wyprawa, zaplanowana na dziewięć dni. Z uwagi na porę roku – bez namiotu i śpiworów, tylko ubrania, trochę jedzenia, sprzęt fotograficzny, spakowane w trzy kufry plus tankbag, pełniący rolę torby podręcznej na kanapki, termos i drobiazgi.

Około jedenastej ruszyliśmy po nową przygodę. Pogoda była idealna do jazdy. Droga wiodła przez Ostrawę i Brno, z pierwszym postojem na parkingu Nemilany. Śniadanie z bułką i jajkiem, herbata z termosu i obowiązkowa vlepka na słupie. Potem spokojna jazda, przystanek na zakup viniety w Austrii, gorąca czekolada, druga porcja kanapek.

O 18:30 dotarliśmy do Sopron na Węgrzech, gdzie zatrzymaliśmy się w Jager Guesthouse. Bardzo przyjemne miejsce, z parkingiem tuż przed budynkiem. Za 46 euro mieliśmy wygodny nocleg i pierwsze poczucie, że ta podróż naprawdę się rozpoczęła.

Ten dzień nie był długi ani spektakularny. A jednak dla nas znaczył więcej niż niejeden wielki etap. Był dowodem, że wróciliśmy na drogę. Że po miesiącach niepewności znowu jesteśmy w podróży – razem, z nadzieją i z wiatrem na twarzy.

Zagrzeb, Krvavi Most

28 kwietnia 2024 r.

Drugi dzień podróży rozpoczęliśmy na Węgrzech, w Sopron, a zakończyliśmy już w Chorwacji, w miejscowości Karela Korenička, tuż obok słynnych Jezior Plitwickich. To był kolejny dzień dojazdowy, czyli – teoretycznie – „mniej ciekawy”. Ale coraz częściej łapię się na tym, że takie myślenie nie ma sensu. W podróży motocyklowej każdy kilometr jest częścią przygody. Bo przecież liczy się droga. Ruszyliśmy spokojnie, zatrzymując się tylko po to, by zatankować i zjeść ostatnie domowe kanapki z jajkiem. Wtedy też mieliśmy przygodę z kamerą 360. W niewytłumaczalny sposób odkręciła się od kijka i spadła pod stolik na stacji benzynowej. Gdyby nie uważny chłopak, który ją spostrzegł i oddał, stracilibyśmy sprzęt, który nie tylko sporo kosztował, ale i nagrywa piękne filmy z naszych wypraw. Odetchnęliśmy z ulgą i ruszyliśmy dalej. Po drodze odwiedziliśmy Zagrzeb – stolicę i największe miasto Chorwacji. To dla mnie było ważne, bo choć byłam tam w dzieciństwie, nie zachowałam żadnych wspomnień. Tym razem Zagrzeb oczarował mnie od pierwszych chwil, a najbardziej swoją kolejką. To jedna z najkrótszych kolejek linowo-terenowych w Europie. Zbudowana pod koniec XIX wieku, zniszczona podczas wojny, odbudowana w latach 70. – dziś działa bez przerwy. Przejazd trwa nieco ponad minutę, a trasa liczy zaledwie 66 metrów, ale jaka to frajda! Łączy górne i dolne miasto, a przy okazji daje możliwość podziwiania pięknych widoków. Nam tak się spodobała, że przejechaliśmy się nią trzy razy. Spacer po starym Zagrzebiu był wyjątkowo przyjemny, sprzyjała pogoda i klimat miasta. Zwiedziliśmy Katedrę Wniebowzięcia NMP, Krvavi Most, przeszliśmy przez Kamienną Bramę i wdrapaliśmy się na Wieżę Lotrščak. Był też moment „na wesoło”  – w środku miasta ściągałam spodnie, żeby odpiąć podpinkę, bo dosłownie gotowałam się w środku. Oczywiście były też pizza, lody i obowiązkowy magnes na lodówkę, bo przecież bez tego żadna podróż się nie liczy. Do noclegu mieliśmy jeszcze 150 km.

Niestety, droga przedłużyła się o dobre kilkadziesiąt minut – wypadek, objazdy i GPS, który uparcie kierował nas w stronę zablokowanej trasy. Wacek musiał zdać się na własną orientację i instynkt – i jak zwykle spisał się świetnie. Ale jazda w ciemności była trudna, a on później przyznał, że dwa razy omal nie położył motocykla. Patrzyłam na niego z podziwem, jeszcze niedawno leżał w szpitalnym łóżku z dziurą w brzuchu, a teraz prowadził nas przez te ciemne, chłodne drogi bez słowa skargi. Na miejsce dotarliśmy przed 22. Właścicielka kwatery czekała na nas z wyrozumiałością, a my kolację zrobiliśmy sobie z chorwackich bułek z polskim dżemem i herbaty. Zmęczeni, ale szczęśliwi, zasypialiśmy z myślą, że jutro przed nami tylko 170 km i wspaniałe Jeziora Plitwickie. To miało być coś wyjątkowego.

Jeziora Plitwickie

29 kwietnia 2024 r.

Trzeci dzień wyprawy spędziliśmy w jednym z najpiękniejszych miejsc Chorwacji – w Parku Narodowym Jezior Plitwickich. Byliśmy tam już o dziewiątej rano, co pozwoliło nam przejść sporą część trasy w przyjemnych, łagodnych temperaturach. Dzień był cudowny, słońce świeciło mocno, a zieleń parku, we wszystkich możliwych odcieniach, aż pulsowała intensywnością barw.

Do wyboru mieliśmy kilka tras, od krótkich, 2–3-godzinnych, po długie, ośmiogodzinne. My postawiliśmy na kompromis – trasę „C”, zaplanowaną na 4–6 godzin. Dzięki niej mogliśmy zobaczyć to, co w Plitwicach najpiękniejsze: zarówno Dolne, jak i Górne Jeziora, Wielki Wodospad oraz odbyć rejs statkiem po największym z nich – Jeziorze Kozjak.

Cały dzień chodziliśmy po drewnianych kładkach i ścieżkach, zachwycając się tym bajkowym światem. Woda mieniła się w odcieniach turkusu i malachitu, a promienie słońca sprawiały, że wszystko wyglądało jeszcze bardziej magicznie. Wokół szumiały wodospady, rechotały żaby, a ptaki prowadziły swoje koncerty. Czasami mieliśmy szczęście i byliśmy w jakimś miejscu zupełnie sami, mogliśmy wtedy w ciszy kontemplować te cuda natury. Sezon turystyczny jeszcze się na dobre nie rozpoczął, więc park nie był zatłoczony. To sprawiło, że ten dzień stał się dla nas prawdziwą nagrodą po trudach wcześniejszej jazdy, mogliśmy naprawdę odetchnąć i zanurzyć się w świecie przyrody.

Z Plitwic wyszliśmy około 18.00. Na szczęście nie czekała nas już długa droga. Nocleg mieliśmy zabukowany w maleńkiej miejscowości Prizna, położonej nad samym morzem. To wieś licząca zaledwie kilkudziesięciu mieszkańców, dwa sklepy i jeden bar, ale strategiczna, bo to właśnie stąd odpływają promy samochodowe na wyspę Pag. Kiedy dojechaliśmy, prom akurat szykował się do wypłynięcia.

Pokój mieliśmy w prywatnym domu, na parterze, co było dla nas dużym ułatwieniem, zwłaszcza że Wacek nie mógł jeszcze dźwigać cięższych rzeczy. Warunki były proste, bez luksusów, ale mieliśmy wszystko, czego potrzebowaliśmy: wygodne łóżko, prysznic, aneks kuchenny i przede wszystkim przesympatycznych gospodarzy, którzy pozwolili nam zostawić motor na ogrodzonej posesji.

Po rozpakowaniu i szybkiej obiadokolacji poszliśmy nad morze. Trafiliśmy idealnie na zachód słońca, woda mieniła się złotem i czerwienią, a cały krajobraz wyglądał jak namalowany. Choć było za zimno na kąpiel (w końcu to dopiero kwiecień), zanurzyliśmy nogi w falach i długo patrzyliśmy, jak dzień powoli ustępuje miejsca nocy. To był niezwykły dzień i niezwykłe zakończenie, pełne obietnicy, że kolejne dni przyniosą jeszcze więcej piękna.

Karlobag, Park Narodowy Krka, Trogir

30 kwietnia 2024 r.

Obudziłam się dość wcześnie, bo czekał nas intensywny dzień. Wybrałam się do jedynego sklepu w wiosce Karlobag, żeby kupić produkty na śniadanie. Mimo wczesnej pory w barze urządzonym w blaszanym garażu stała już grupka mężczyzn, którzy popijali piwo i komentowali wydarzenia dnia. To był charakterystyczny obrazek prowincjonalnego, spokojnego życia nad morzem.

Pierwszym punktem naszego planu był Zadar. To miejsce szczególne i trudne – w tamtejszym szpitalu w 2017 roku zmarła bliska mi osoba. Byłam tu pierwszy raz od tego czasu. Spacer po Starym Mieście miał więc dla mnie wymiar symboliczny i bardzo osobisty. Oglądaliśmy zabytkowe budowle, kościoły i pozostałości rzymskiego forum, a potem ruszyliśmy na nadmorską promenadę. Zatrzymaliśmy się na dłużej przy Pomniku Słońca i wsłuchiwaliśmy w niezwykłe dźwięki morskich organów. Ta instalacja, ukryta pod schodami promenady, gra dzięki sile fal, kiedy woda uderza w rury, powietrze wydobywa z nich niskie, hipnotyzujące tony.

Drugą atrakcją dnia był Park Narodowy Krka. To jedno z tych miejsc, gdzie człowiek ma wrażenie, że natura rozwinęła skrzydła. Rzeka Krka tworzy liczne wodospady i kaskady, a wapienne osady nadają wodzie charakterystyczny kolor. Spacerując szlakami wśród zieleni, podziwialiśmy malownicze kaskady i obserwowaliśmy bogactwo przyrody. To królestwo ptaków, ryb, płazów i gadów, a także prawdziwa skarbnica historii,  w parku znajdują się ślady obecności człowieka od czasów rzymskich po średniowiecze.

Wieczór spędziliśmy w Trogirze, jednym z moich ulubionych chorwackich miast. Nasz hotel miał balkon z widokiem na zachód słońca, więc dzień zakończyliśmy patrząc, jak niebo powoli płonie barwami pomarańczu i różu. Później ruszyliśmy na kolację do Starego Miasta, a po niej na romantyczny spacer wąskimi, kamiennymi uliczkami. To był piękny finał bardzo intensywnego dnia.

Skywalk Biokovo, Sveti Jure, Dubrownik

1 maja 2024 r.

Obudziłam się dość wcześnie, bo czekał nas intensywny dzień. Wybrałam się do jedynego sklepu w wiosce Karlobag, żeby kupić produkty na śniadanie. Mimo wczesnej pory w barze urządzonym w blaszanym garażu stała już grupka mężczyzn, którzy popijali piwo i komentowali wydarzenia dnia. To był charakterystyczny obrazek prowincjonalnego, spokojnego życia nad morzem.

Pierwszym punktem naszego planu był Zadar. To miejsce szczególne i trudne – w tamtejszym szpitalu w 2017 roku zmarła bliska mi osoba. Byłam tu pierwszy raz od tego czasu. Spacer po Starym Mieście miał więc dla mnie wymiar symboliczny i bardzo osobisty. Oglądaliśmy zabytkowe budowle, kościoły i pozostałości rzymskiego forum, a potem ruszyliśmy na nadmorską promenadę. Zatrzymaliśmy się na dłużej przy Pomniku Słońca i wsłuchiwaliśmy w niezwykłe dźwięki morskich organów. Ta instalacja, ukryta pod schodami promenady, gra dzięki sile fal, kiedy woda uderza w rury, powietrze wydobywa z nich niskie, hipnotyzujące tony.

Poprzedni dzień zakończyliśmy spokojnie – kolacją w restauracji i romantycznym spacerem po Trogirze. To urokliwe miasto tak spodobało się Wackowi, że rano musieliśmy jeszcze raz zajrzeć do jego brukowanych uliczek, zobaczyć je w świetle dnia i kupić pamiątkowy magnes. Miasto kusiło, żeby zostać na dłużej, ale przed nami czekało jedno z największych wyzwań całej wyprawy – wjazd na Sveti Jure, najwyżej położoną drogą asfaltową w Chorwacji.

Po drodze zrobiliśmy krótki przystanek na Skywalk Biokovo, szklanym tarasie zawieszonym 1228 m n.p.m. Sama świadomość, że stoi się nad przepaścią, a pod stopami jest tylko przezroczysta tafla, przyprawiała o zawrót głowy. Widok Biokova wpadającego wprost do Adriatyku zachwycał, choć już wtedy niebo zaczęło groźnie ciemnieć. I nagle -jakby w scenie z filmu – przyszła ulewa, potem grad. Deszcz bębnił o szkło, a my szliśmy po tarasie jakby w innej rzeczywistości, zawieszeni między górami a morzem.

Potem nadszedł czas na najważniejszy etap. Droga na szczyt Sveti Jure od pierwszych metrów budziła respekt, wąska jak nitka, pełna ostrych zakrętów, bez barierek, a od urwiska dzieliła nas jedynie cienka linka, która bardziej straszyła niż dawała poczucie bezpieczeństwa. Mgła gęstniała z każdą minutą, ograniczając widoczność do kilku metrów. Każdy zakręt mógł skrywać samochód jadący z naprzeciwka, a mijanki prawie nie było. Adrenalina buzowała. Żartowaliśmy, że linka przy krawędzi drogi jest po to, żeby było się czego złapać… lecąc w dół. Ale tak naprawdę jechaliśmy spięci do granic, skupieni tylko na tym, by nie popełnić błędu.

Gdy wreszcie dotarliśmy na szczyt, padliśmy, nie tylko z wysiłku, ale i z emocji. Widoczność była minimalna, mgła zasnuwała prawie wszystko. I może właśnie dlatego atmosfera była jeszcze bardziej niezwykła, tajemnicza, trochę złowroga, a jednak urzekająca. Z dala, przez chwilowe przejaśnienia, można było dostrzec zarys dalszych gór, jakby na dowód, że gdzieś tam za mleczną zasłoną kryje się prawdziwy majestat Biokova.

Nie mogłam się powstrzymać, musiałam wspiąć się jeszcze wyżej, ponad parking, by wkleić obowiązkową vlepkę. Każdy krok był wyzwaniem – śliskie kamienie, ograniczona widoczność, świadomość przepaści tuż obok. Interkom w kaskach zawiódł, więc byłam sama, odcięta od Wacka, zdana na własną odwagę i rozsądek. Na szczycie czekał nagroda –  maleńki, XVII-wieczny kościółek i otwarte drzwi, do których zajrzałam z biciem serca. Ta chwila, cisza, mgła, świadomość wysokości była jedną z najbardziej elektryzujących w całej podróży.

Zjazd w dół przyniósł ulgę i niespodziewane piękno. Deszcz ustał, niebo powoli zaczęło się przejaśniać, mgła rozwiewała się jak kotara, a góry odsłaniały swoje prawdziwe oblicze. Kiedy ponownie dotarliśmy do Skywalku, tym razem powitało nas słońce. Mogliśmy raz jeszcze przejść po szklanym tarasie, tym razem w pełnym świetle dnia, podziwiając panoramę Makarskiej Riwiery i turkusowe wody Adriatyku. Dwie skrajne odsłony tego samego miejsca, w gradzie i burzy oraz w słońcu i błękicie, przeżyte w ciągu kilku godzin.

Ale dzień miał dla nas jeszcze jedno wyzwanie. Do Dubrownika zostało niemal 180 km, z czego ostatnie 100 jechaliśmy w ulewnym deszczu. Było zimno, mokro i naprawdę ciężko. Na stacji benzynowej, tuż przed miastem, zatrzymaliśmy się choć na chwilę, woda lała się z nas strumieniami, a gorąca czekolada, którą tam wypiliśmy, smakowała jak najlepszy ratunek.

Na kwaterę w Dubrowniku dotarliśmy późnym wieczorem, kompletnie przemoczeni. Na szczęście nie musieliśmy nikomu się meldować, kto wie, czy ktoś by nas wpuścił w takim stanie. Mieszkanie było świetne: parter, duża kuchnia, taras i klimatyzacja, którą zamieniliśmy w grzejnik. Suszyliśmy ubrania całą noc, a ja wtedy podjęłam decyzję: koniec z półśrodkami, czas kupić porządne ciuchy!

Dubrownik

2 maja 2024 r.

Obudziłam się dość wcześnie, bo czekał nas intensywny dzień. Wybrałam się do jedynego sklepu w wiosce Karlobag, żeby kupić produkty na śniadanie. Mimo wczesnej pory w barze urządzonym w blaszanym garażu stała już grupka mężczyzn, którzy popijali piwo i komentowali wydarzenia dnia. To był charakterystyczny obrazek prowincjonalnego, spokojnego życia nad morzem.

Pierwszym punktem naszego planu był Zadar. To miejsce szczególne i trudne – w tamtejszym szpitalu w 2017 roku zmarła bliska mi osoba. Byłam tu pierwszy raz od tego czasu. Spacer po Starym Mieście miał więc dla mnie wymiar symboliczny i bardzo osobisty. Oglądaliśmy zabytkowe budowle, kościoły i pozostałości rzymskiego forum, a potem ruszyliśmy na nadmorską promenadę. Zatrzymaliśmy się na dłużej przy Pomniku Słońca i wsłuchiwaliśmy w niezwykłe dźwięki morskich organów. Ta instalacja, ukryta pod schodami promenady, gra dzięki sile fal, kiedy woda uderza w rury, powietrze wydobywa z nich niskie, hipnotyzujące tony.

Plan mieliśmy inny, ale życie – jak to zwykle bywa w podróży – napisało swój scenariusz. Mieliśmy spędzić w Dubrowniku tylko jedną noc i ruszać dalej, lecz po wczorajszym maratonie w deszczu i chłodzie postanowiliśmy zostać. Potrzebowaliśmy odpoczynku, suszenia i zwyczajnego złapania oddechu. A poza tym… trudno tak po prostu wyjechać z miejsca, o którym marzyło się całe życie.

Rano na tarasie suszyły się nasze przemoknięte ciuchy, a słońce, jakby na przekór wczorajszej burzy, grzało tak mocno, że w kilka godzin wszystko było suche. My zaś, lżejsi i spokojniejsi, ruszyliśmy na podbój Dubrownika.

To było dla mnie spełnienie marzenia. Zawsze chciałam tu przyjechać. Dubrownik należy do tej samej kategorii miejsc co Neapol czy Nowy Jork, takich, które trzeba zobaczyć przynajmniej raz w życiu, a potem można umrzeć szczęśliwym. „Perła Adriatyku”, tak go nazywają, i nie bez powodu. Średniowieczne miasto otoczone potężnymi murami, położone tuż nad błękitem morza, pełne historii, legend i magii.

Mieliśmy szczęście – podróżowaliśmy poza sezonem, więc ominęły nas tłumy turystów. Mogliśmy naprawdę poczuć klimat tego miejsca. Plątanina kamiennych uliczek wciągała nas coraz głębiej. Nie mieliśmy planu, szliśmy, gdzie oczy poniosą, gubiliśmy się i odnajdywali, chłonąc miasto całymi sobą.

Spacerowaliśmy śladami „Gry o Tron”, choć muszę przyznać, że nie jestem jej wielką fanką. Ale miejsca, które stały się filmową scenografią, i tak robiły ogromne wrażenie. Zaglądaliśmy do sklepików z pamiątkami, chłonęliśmy zapach kamienia nagrzanego słońcem i dźwięki rozmów odbijających się echem od murów.

Stare Miasto mnie zaczarowało. Kocham średniowieczne klimaty, a tutaj zachowało się niemal w całości średniowieczne serce miasta, z siecią ulic, placów, arkad i bram. Do tego niemal dwa kilometry murów obronnych, które do dziś stoją dumne i potężne, strzegąc miasta tak, jak przed wiekami. Trudno wyobrazić sobie, jak bogaty musiał być Dubrownik w średniowieczu, skoro stać go było na tak monumentalne budowle. Wieże, bastiony, dwie cytadele, wszystko to składało się na obraz miasta, które żyło i oddychało handlem, kulturą i potęgą.

Odwiedziliśmy Fort Lovrijenac, samotną twierdzę na skale, zwaną „Gibraltarem Dubrownika”. Potem kolejką wjechaliśmy na górę Srđ. Stamtąd panorama miasta dosłownie zapierała dech w piersiach, czerwone dachy Starego Miasta kontrastowały z turkusowym Adriatykiem, a w oddali błyszczały wyspy rozsiane po morzu.

Przeszliśmy przez Stary Port, podziwialiśmy Wielką Fontannę Onufrego, ozdobioną maszkaronami, przeszliśmy Stradun, główną ulicę, której kamienie tak gładko wypolerowały miliony stóp, że lśnią niczym marmur. Każdy krok niósł ze sobą historię, każdy zaułek zapraszał do odkrycia.

Dubrownik mnie oczarował. Z całego serca polecam go zobaczyć, ale koniecznie poza sezonem, kiedy można usłyszeć własne myśli i poczuć, że to miasto naprawdę opowiada swoje dzieje.

Dubrownik, Omiš, w Stobreč

3 maja 2024 r.

Obudziłam się dość wcześnie, bo czekał nas intensywny dzień. Wybrałam się do jedynego sklepu w wiosce Karlobag, żeby kupić produkty na śniadanie. Mimo wczesnej pory w barze urządzonym w blaszanym garażu stała już grupka mężczyzn, którzy popijali piwo i komentowali wydarzenia dnia. To był charakterystyczny obrazek prowincjonalnego, spokojnego życia nad morzem.

Pierwszym punktem naszego planu był Zadar. To miejsce szczególne i trudne – w tamtejszym szpitalu w 2017 roku zmarła bliska mi osoba. Byłam tu pierwszy raz od tego czasu. Spacer po Starym Mieście miał więc dla mnie wymiar symboliczny i bardzo osobisty. Oglądaliśmy zabytkowe budowle, kościoły i pozostałości rzymskiego forum, a potem ruszyliśmy na nadmorską promenadę. Zatrzymaliśmy się na dłużej przy Pomniku Słońca i wsłuchiwaliśmy w niezwykłe dźwięki morskich organów. Ta instalacja, ukryta pod schodami promenady, gra dzięki sile fal, kiedy woda uderza w rury, powietrze wydobywa z nich niskie, hipnotyzujące tony.

Ostatnia pobudka w Dubrowniku. Jeszcze jeden poranek na tarasie, jeszcze jedno śniadanie w słońcu, zanim ruszymy w stronę domu. To zawsze trudny moment: zamykasz drzwi za miejscem, które cię zachwyciło, a wiesz, że długo tu nie wrócisz.

Spakowaliśmy kufry, zostawiliśmy na stole 40 euro za dodatkowy nocleg – zapłatę za luksus suszenia, odpoczynku i chwili wytchnienia – i ruszyliśmy. Ale zamiast od razu odbijać na północ, pojechaliśmy jeszcze trzydzieści kilometrów na południe. Tam czekała Pasjača, plaża, o której czytaliśmy, ale żadne słowa nie oddają tego, co zobaczyliśmy.

Ukryta w klifie, 250 metrów niżej, dostępna tylko stromymi, wykutymi w skale schodami. Każdy krok w dół odsłaniał nowy kadr,  turkus rozbijający się o skały, dziką plażę wtuloną w ścianę gór. Widok zapierał dech w piersiach. Zejście było wyzwaniem, ale warto było, bo na dole czekał kawałek raju. Wacek odpalił drona, ja robiłam zdjęcia, choć wiedziałam, że żadna fotografia nie uniesie tej magii. To miejsce się nie mieści w obiektywie, ono zostaje w sercu.

Z ciężkim sercem zostawiliśmy Pasjačę i ruszyliśmy dalej. Przed nami ponad 300 km: kierunek Split, ale z marzeniem, żeby po drodze zobaczyć Mostar. Serce rwało się tam bardzo, ale natura miała inny plan. Najpierw nad nami pękła chmura i lunęło tak, że ledwo zdążyliśmy schować się pod drzewami. Potem radar pogodowy nad Mostarem pokazywał same burze. Musieliśmy odpuścić. Obiecaliśmy sobie: wrócimy tu. Bo takie miejsca zasługują na czas i dobrą aurę, a nie na pośpiech i mokre ubrania.

Do Splitu jechaliśmy niemal bez przerwy,  tylko tankowanie i szybki posiłek. W Omišu zatrzymaliśmy się przy plaży Ravnice. Marzyła nam się kąpiel, ale wystarczyło zanurzyć dłoń w wodzie, by rozwiać złudzenia – zimno jak diabli. Ruszyliśmy więc dalej, zmęczeni, ale uparci.

Nocleg znaleźliśmy w Stobreču, tuż przed Splitem. 56 euro, nie najtaniej, ale to był nasz ostatni nocleg w tej podróży i naprawdę nie mieliśmy ochoty już krążyć. Ważne, że łóżko było szerokie i wygodne, a z kranu płynęła gorąca woda.

Rozpakowaliśmy się i poszliśmy na wieczorny obchód miasteczka. Kupiliśmy kilka drobiazgów, zjedliśmy lody, usiedliśmy nad morzem. Słońce powoli tonęło w falach, a niebo mieniło się złotem i purpurą.

To był piękny, spokojny wieczór. Ale w sercu czuć było dwoistość, z jednej strony radość, że podróż się udała, że tyle zobaczyliśmy i przeżyliśmy. Z drugiej smutek, że to już ostatnie chwile tej przygody. Coraz bliżej domu, coraz dalej od tej wolności, od wiatru w kasku i od Adriatyku.

Split

4 maja 2024 r.

Obudziłam się dość wcześnie, bo czekał nas intensywny dzień. Wybrałam się do jedynego sklepu w wiosce Karlobag, żeby kupić produkty na śniadanie. Mimo wczesnej pory w barze urządzonym w blaszanym garażu stała już grupka mężczyzn, którzy popijali piwo i komentowali wydarzenia dnia. To był charakterystyczny obrazek prowincjonalnego, spokojnego życia nad morzem.

Pierwszym punktem naszego planu był Zadar. To miejsce szczególne i trudne – w tamtejszym szpitalu w 2017 roku zmarła bliska mi osoba. Byłam tu pierwszy raz od tego czasu. Spacer po Starym Mieście miał więc dla mnie wymiar symboliczny i bardzo osobisty. Oglądaliśmy zabytkowe budowle, kościoły i pozostałości rzymskiego forum, a potem ruszyliśmy na nadmorską promenadę. Zatrzymaliśmy się na dłużej przy Pomniku Słońca i wsłuchiwaliśmy w niezwykłe dźwięki morskich organów. Ta instalacja, ukryta pod schodami promenady, gra dzięki sile fal, kiedy woda uderza w rury, powietrze wydobywa z nich niskie, hipnotyzujące tony.

To miał być dzień, który przybliży nas do domu, ale nie w tradycyjnym wydaniu.

Wyspani, po dobrym śniadaniu, skierowaliśmy motocykl do Splitu. Zaparkowaliśmy w okolicach Starego Miasta i wyruszyliśmy na zwiedzanie. Split to kolejne miasto z serii moich ulubionych w Chorwacji, zasługujących na wszystkie możliwe ochy i achy.

Stare Miasto to w zasadzie Pałac Dioklecjana, bo to właśnie mury tej niezwykłej budowli wyznaczają dziś obręb starówki. Kompleks, który wzniesiono dla abdykującego cesarza, łączył funkcje militarne, mieszkalne i reprezentacyjne. Dzisiejsze uliczki to dawne pałacowe korytarze. Przechadzaliśmy się Promenadą Riva i deptakiem Marmontova, błądziliśmy wąskimi zaułkami, co rusz odkrywając ślady minionej historii. Trafiliśmy też na lokalny targ, gdzie kupiliśmy koszyk truskawek – dla nas, miłośników tych owoców, zjedzenie ich na początku maja było prawdziwą gratką.

Jeszcze tylko coś konkretniejszego na ząb… i można było ruszać dalej.

I właśnie wtedy zaczęła się opowieść o gwoździu programu całej podróży – atrakcji, od której pochodzi nazwa naszej wyprawy: Split Train Trip.

W Splicie bowiem zapakowaliśmy motocykl na specjalną platformę pociągu jadącego do Wiednia. O 15:00 maszyna była już unieruchomiona na rampie, my zaś wsiadaliśmy do wagonu pasażerskiego dwie godziny później. Sam proces załadunku przebiegł błyskawicznie i zadziwiająco sprawnie: kierowca wjeżdżał na wyznaczone miejsce, stawiał motocykl na bocznej nóżce, a ekipa kolejarzy zabezpieczała go pasami. Patrzyliśmy na to jak dzieci – podekscytowani, robiąc zdjęcia i filmując każdy ruch. Był to nasz pierwszy raz w tej formule i emocje buzowały.

Do wagonu pasażerskiego wsiedliśmy około 17:00. Nie kupiliśmy kuszetek, wydawało się nam – wychowanym w realiach komuny – że kilkanaście godzin w pozycji siedzącej to żaden problem. Rzeczywistość szybko zweryfikowała ten optymizm. Czternaście godzin w fotelu okazało się sporym wyzwaniem. Na szczęście trafiliśmy na wspaniałych współpasażerów, motocyklistów z Dolnego Śląska, podróżujących nowymi Harleyami. Byli pełni pasji i energii, a rozmowy z nimi uprzyjemniły nam czas. Jeden z nich skusił się na wykupienie miejsca w kuszetce, więc zostaliśmy w trójkę i łatwiej było się ułożyć na noc.

Nie było to może komfortowe, ale noc minęła zaskakująco szybko. Rano wybrałam się do wagonu restauracyjnego po śniadanie – za 5 euro dostaliśmy zestaw: bułkę, masło, dżem, kawałek sera i wędlinę oraz herbatę. Smakowało jak uczta po nocy spędzonej w półśnie.

Przed dziewiątą rano dotarliśmy do Wiednia. Zmęczeni, może trochę połamani, ale szczęśliwi. Przewóz motocykla pociągiem okazał się gamechangerem tej podróży, oszczędził nam co najmniej jeden, a może nawet dwa dni monotonnej jazdy. Wsiedliśmy do pociągu w Splicie, a wysiedliśmy 800 kilometrów dalej, gotowi na dalszą drogę do domu.

Split

4 maja 2024 r.

Obudziłam się dość wcześnie, bo czekał nas intensywny dzień. Wybrałam się do jedynego sklepu w wiosce Karlobag, żeby kupić produkty na śniadanie. Mimo wczesnej pory w barze urządzonym w blaszanym garażu stała już grupka mężczyzn, którzy popijali piwo i komentowali wydarzenia dnia. To był charakterystyczny obrazek prowincjonalnego, spokojnego życia nad morzem.

Pierwszym punktem naszego planu był Zadar. To miejsce szczególne i trudne – w tamtejszym szpitalu w 2017 roku zmarła bliska mi osoba. Byłam tu pierwszy raz od tego czasu. Spacer po Starym Mieście miał więc dla mnie wymiar symboliczny i bardzo osobisty. Oglądaliśmy zabytkowe budowle, kościoły i pozostałości rzymskiego forum, a potem ruszyliśmy na nadmorską promenadę. Zatrzymaliśmy się na dłużej przy Pomniku Słońca i wsłuchiwaliśmy w niezwykłe dźwięki morskich organów. Ta instalacja, ukryta pod schodami promenady, gra dzięki sile fal, kiedy woda uderza w rury, powietrze wydobywa z nich niskie, hipnotyzujące tony.

Ostatni dzień podróży. Z Wiednia do domu. Nie było już zwiedzania ani ekscytujących atrakcji. Krótki spacer po centrum Wiednia i Wiener würstel z grilla zjedzone na drugie śniadanie. A poza tym, tylko długie godziny na autostradzie, przystanki na posiłek i tankowanie, coraz bliżej znajome krajobrazy. Z jednej strony tęskniliśmy za własnym łóżkiem i codziennością, z drugiej – oboje mieliśmy w sercach żal, że to już koniec tej przygody.

Droga mijała spokojnie. Pogoda dopisała, a my jechaliśmy w ciszy, każdy zatopiony w swoich myślach. W końcu pojawiła się tablica z napisem „Polska” i wtedy dopiero dotarło do nas, że naprawdę jesteśmy już u siebie. Jeszcze kilka godzin jazdy i wreszcie dom.

To była podróż inna niż wszystkie. Połączenie trudów i piękna, wysiłku i nagrody, chwil grozy i chwil absolutnego zachwytu. Były góry, jeziora, morze, historyczne miasta i dzikie cuda natury. Były momenty, kiedy zmęczenie i deszcz odbierały siły, ale były też chwile triumfu jak zdobycie Sveti Jure.

Największą nowością i symbolem całej wyprawy był transport motocykla pociągiem ze Splitu do Wiednia. Ta decyzja zmieniła rytm całej podróży, oszczędziła nam czas i dała zupełnie nowe doświadczenie.

Ale najważniejszym bohaterem tego wyjazdu był Wacek. Jeszcze niedawno zmagał się z chorobą, a dziś znów – może jeszcze nie w pełni sił, prowadził nas przez góry, serpentyny i setki kilometrów dróg. Udowodnił sobie i światu, że wrócił. Każdy przejechany kilometr, każda pokonana trudność była jego małym zwycięstwem. Patrząc na niego w tej podróży, czułam wzruszenie i wdzięczność.

Wiem jedno: to była podróż pełna emocji, pięknych widoków i wspomnień, które zostaną z nami na zawsze. Split Train Trip 2024 nie był tylko kolejną wyprawą motocyklem, był dowodem na siłę, determinację i drugą szansę, którą dostaliśmy od życia.