Bavarian Trip 2024

9 dni - 4250 km - booking

Tu bedzie ogólny opis o celach i przygotowaniach I am text block. Click edit button to change this text. Lorem ipsum dolor sit amet, consectetur adipiscing elit. Ut elit tellus, luctus nec ullamcorper mattis, pulvinar dapibus leo.

Karaków - Camping Au an der Donau

Nasza bawarska podróż rozpoczęła się 18 sierpnia 2024 roku. Zazwyczaj tak planuję urlop, żeby zahaczyć o dzień wolny przypadający 15 sierpnia, ale tym razem się nie udało. Powodem była ważna uroczystość – dzień wcześniej bawiliśmy się na weselu Maćka, syna mojej kuzynki, w Bochni. Nie mogliśmy tego wydarzenia opuścić, więc start podróży przypadł na dzień po weselnej zabawie.

Poranek nie należał do łatwych. Choć nie bawiliśmy się do świtu, wróciliśmy do domu – jak Kopciuszek – grubo po północy. Pakowanie szło nam więc opornie. Ciągle coś dopakowywaliśmy, przypominaliśmy sobie o drobiazgach. To był nasz pierwszy wyjazd pod namiot na taką skalę, więc check-lista nie była jeszcze idealna. Do tego drobne zakupy, pożegnania z bliskimi i zanim ruszyliśmy, wybiła prawie jedenasta. Plan zakładał ósmą rano, ale postanowiliśmy się tym nie martwić. Ważniejsze było, żeby cieszyć się jazdą i dniem, a nie gonić czas.

Pierwszy dzień to była przede wszystkim droga. Trasa wiodła przez Czechy – Ostrawę i Brno – a dalej przez Austrię, w stronę Sankt Pölten i Melk. Naszym celem był Camping Au an der Donau. Autostrady nie należą do najbardziej malowniczych, ale pozwalały sprawnie pokonywać kolejne kilometry. W Austrii musieliśmy jeszcze kupić winietę – na szczęście dla motocykla koszt był naprawdę symboliczny, więc bez wahania wzięliśmy dziesięciodniową, z myślą, że wrócimy tą samą drogą.

Pierwszy postój zrobiliśmy w Czechach, na odpoczynkowym parkingu Odpocivka Nemilany. Wyciągnęliśmy nasze tradycyjne kanapki z jajkiem i termos z herbatą, a przy okazji zostawiliśmy tam pierwsze vlepki z serii Bavaria Trip 2024. Bardzo lubię nasze spersonalizowane naklejki – wystarczy, że spojrzę na nasze roześmiane twarze i od razu wraca dobry humor. To miejsce zapamiętamy jednak z jeszcze jednego powodu. W trakcie naszego odpoczynku podjechał autokar pełen młodych chłopaków, którzy jednym rzutem wysypali się na parking i pognali w stronę pobliskiego pola kukurydzy. Ustawili się w równym rządku i załatwiali swoje potrzeby w rytm zbiorowej ulgi. Rozbawiło nas to do tego stopnia, że nie mogliśmy odmówić sobie pamiątkowego zdjęcia.

Dalsza droga przebiegała bez zakłóceń – słońce świeciło, a jazda była przyjemna. Dopiero w Austrii, w okolicach Herzogenburga, pogoda postanowiła nas zaskoczyć. Niebo nagle zasnuło się ciężkimi chmurami, a my w pośpiechu zjechaliśmy na najbliższy rastplatz, by wyciągnąć nasze przeciwdeszczówki. To był chrzest bojowy nowych ochraniaczy na buty. Ruszyliśmy dalej w deszczu, a do kempingu wciąż pozostawało około 150 kilometrów. Tempo spadło, a z każdą chwilą robiło się coraz później.

Na szczęście, gdy dotarliśmy na miejsce, deszcz trochę odpuścił. Było już grubo po 21, ale sympatyczny pan w recepcji wpuścił nas bez problemu, formalności odkładając na następny dzień. Namiot rozstawialiśmy po ciemku, zmęczeni i przemoczeni, ale szczęśliwi, że udało się dotrzeć. Trawa była mokra, lecz niebo już nie kapało. Z ulgą schroniliśmy się pod małym daszkiem, zjedliśmy zachowane z rana kanapki z jajkiem i popiliśmy gorącą herbatą, która w termosie wciąż trzymała temperaturę. Smakowała wtedy wyjątkowo dobrze. Zasnęliśmy szybko, zmęczeni, ale szczęśliwi, że rozpoczęliśmy kolejną przygodę.

Camping Au an der Donau - camping w Szwangau nad jeziorem Bannwaldsee

Dzień przywitał nas deszczem. Wacek przezornie wstał przed mieszkańcami innych namiotów i zajął nam miejsce w zadaszonej wiacie. Dzięki temu mogliśmy spokojnie zjeść śniadanie, złożyć namiot i przygotować się do drogi. To był kolejny dzień dojazdowy – takie preludium przed tym, co było esencją tej podróży. Nie przewidywaliśmy żadnych dłuższych postojów czy zwiedzania – przy tak zwanej okazji. Naszym zadaniem było przejechać z punktu A – Camping Au an der Donau do punktu B – campingu w Szwangau, w Niemczech, nad jeziorem Bannwaldsee. Dzisiaj chcieliśmy dotrzeć tam wcześniej, by móc jeszcze, gdy widno, rozstawić namiot, zjeść coś ciepłego i odpocząć. Dystans nie był duży, więc dzisiejsze zadanie nie wydawało się zbyt wygórowanym wyzwaniem. Sprawę komplikowała jedynie pogoda, która postanowiła dać nam lekcję pokory i cierpliwości. Jazda w deszczu może zniechęcić niemal każdego amatora wypraw motocyklowych. Człowiek jedzie i doświadcza wszystkiego co naturą zechce mu zaserwować: od żaru lejącego się z nieba, który sprawia że w kasku trudno złapać oddech, po intensywne strugi deszczu, który siecze niemiłosiernie, przedzierając się przez ubrania, nie robiąc sobie nic z poświadczonej certyfikatami wodoodporności. I jedyna odporność, która człowiekowi zostaje to ta psychiczna, której źródłem jest pasja podróżowania i miłość do motocykli. Nawet, jeżeli czasem staje przed oczami wygodny samochód zostawiony w garażu – z klimą i ogrzewaniem, ciekawość przygody zawsze zwycięża. Bo co możemy zrobić – tylko jechać, ciągle jechać – w stronę słońca…

Opuściliśmy przyjazny parking nad Dunajem – w deszczu, ale w miłej atmosferze. Wymeldowanie połączyliśmy z zameldowaniem, zapłatą 29 euro i zostawieniem naszej vlepki. Recepcjonista okazał się być poliglotą i życzenia – szczęśliwej podróży – dostaliśmy w ojczystym języku. Z uśmiechem na twarzy – co najmniej takim jak na naszej bawarskiej vlepce (mówiłam już, że je uwielbiam…? Wacku jesteś mistrzem!) – ruszyliśmy w drogę. Ubrania przeciwdeszczowe były dziś naszym stałym atrybutem. Do tego częste postoje, w tym w niemieckim McDonald’s na ciastko jabłkowe, gorąca herbata w termosie (również uwielbiam) – i jazda nie wydawała się aż tak uciążliwa.

Do campingu Bannwaldsee Szwangau dotarliśmy przed 18. W miarę wjeżdżania w głąb Niemiec ceny kempingów wzrastały. Dziś przyszło nam zapłacić 45 euro wraz z opłatą uzdrowiskową. Deszcz przestał już padać, ale miejsce wskazane przez obsługę – w pięknym zakątku przy jeziorze – tonęło w wodzie. Tu przydały się nasze ochraniacze na buty, w których brodziliśmy w wodzie, jak w kaloszach. Wybór miejsca na namiot był prawdziwą sztuką – jak zwykle z zadaniem poradził sobie Wacek doskonale. Gdy namiot stał, a nasze ubrania motocyklowe schły w campingowej suszarni, rozstawiłam prowizoryczną kuchnię na kufrze i zabrałam się za gotowanie obiadu. Było cudnie – droga w deszczu za nami, mieliśmy gdzie spać i co jeść, obok jezioro zapraszało do kąpieli, a na jutro klarowała się słoneczna pogoda. Wybraliśmy się na wieczorny spacer po campingu. Jego obszar był ogromny. Prawie jak małe miasteczko z pełną infrastrukturą – pubem, stoiskami z ubraniami i pamiątkami oraz wypożyczalnią gokartów. Na tym campingu po raz pierwszy doświadczyłam stylu odpoczywania Niemców i Austriaków. U nas była moda na domki letniskowe (wersja na bogato) oraz ich namiastki w postaci altan w ogródkach działkowych. Pandemia sprawiła, że ten trend przeżywa renesans. Tu króluje życie campingowe w przyczepach, do których przyklejono altany i małe ogródeczki. Różnorodność konstrukcji i pomysłowość rozwiązań zachwyca. Do tego mała architektura ogrodowa – fontanny, figurki, donice z roślinami – a to wszystko oświetlone tysiącami światełek. Inny sposób spędzania urlopu, niż mnie znany i lubiany…

Zakończyliśmy drugi dzień dojazdowy. Jutro czas zacząć doświadczać istoty tej wyprawy. Choć przecież tak naprawdę to… liczy się tylko droga 😉

Neuschwanstein - Zugspitze

O 10 byliśmy już spakowani i gotowi do drogi. Nasze rzeczy w suszarni zdążyły wyschnąć. Deszcz nie padał i dzień zapowiadał się przyjemnie. Dodatkowo, miał być pełen atrakcji. W planach mieliśmy zobaczenie dwóch bawarskich zamków i kolejkę na Zugspitze. Rozpoczęliśmy od zamku Hohenschwangau. Trochę przez przypadek. Zobaczyliśmy dorożkę z napisem „Castle 5 euro” i postanowiliśmy skorzystać. Nie odrobiliśmy wcześniej lekcji i nie wiedzieliśmy, na który zamek zostaniemy zawieziemy. Mieliśmy niespodziankę i dobrą zabawę. Dorożka telepała się powoli pod górę, z przystankami na potrzeby fizjologiczne konia. Śmialiśmy się cały czas, a pozostali turyści w dorożce patrzyli na nas z ukosa.

Zostaliśmy zawiezieni pod – jak się okazało – zamek Hohenschwangau. To zamek w stylu neogotyckim z XIX wieku, położony na wzgórzu, wyróżniający się z daleka swoją żółtą fasadą. Z zamkowych ogrodów roztacza się piękny widok na okolicę. Ogrody otoczone murem wypełnione są różnorodną roślinnością i ciekawymi fontannami. Nie zamierzaliśmy zwiedzać wnętrza zamku, ale nie żałowaliśmy wjazdu na górę. Miło było pospacerować po ogrodach i rozglądnąć się po okolicy. W dół zeszliśmy już na własnych nogach. Znów śmialiśmy się, że poszło szybciej niż dorożką.

Następnym celem był – ponoć najpiękniejszy zamek w Bawarii – Zamek Neuschwanstein. Ta bajkowa budowla jest jednym z najbardziej znanych i malowniczych zamków na świecie. Jego architektura, inspirowana średniowiecznymi zamkami i operami Wagnera, przyciąga ponoć miliony turystów rocznie.

Położony w malowniczej okolicy Alp Bawarskich, jest często porównywany do zamku z bajek Disneya. Jego białe, strzeliste wieże i czerwone dachy doskonale komponują się z otaczającym krajobrazem. Ponoć wnętrza są równie piękne i imponujące, ale my mieliśmy na ten dzień inny plan. Atrakcja z której skorzystaliśmy to spacer przez Marienbrücke – kładkę rozpiętą nad urwiskiem, z której można podziwiać wspaniały widok na zamek Neuschwanstein i oglądać panoramę okolicy. Historia mówi, że to most konny z XIX w., nazwany na część królowej Marii Pruskiej. Naprawdę warto, choć zazwyczaj by wejść na most trzeba stać w długiej kolejce. Nam się udało i zajęło nam to zaledwie kilkanaście minut. A ile vlepek zostawiliśmy w okolicy w międzyczasie… ;).

Kolejnym, równie spektakularnym punktem dnia był wjazd na Zugspitze. Po zjechaniu autobusem ze wzgórza zamkowego rozpoczęliśmy wyścig z czasem. Obawialiśmy się, że możemy nie zdążyć na ostatni kurs kolejki na szczyt. Na Zugspitze – najwyższy szczyt Niemiec, należący do Korony Europy, prowadzą trzy rodzaje kolejek: nowoczesna kolej linowa Seilbahn Zugspitze (z Eibsee), stara kolej zębata Bayerische Zugspitzbahn (z Garmisch-Partenkirchen), i austriacka kolej linowa Tiroler Zugspitzbahn (z Ehrwaldu). My wybraliśmy jako punkt startu Ehrwald.

Udało nam się kupić bilety i uzyskać garść informacji o kolejce w rodzimym języku – sympatyczna kasjerka okazała się być Polką.

Jazda kolejką linową to dla mnie zawsze bardzo duże przeżycie. Próbuję sięgnąć pamięcią wstecz i przypomnieć sobie kiedy zaczęła się ta moja miłość do wszelkiego rodzaju kolejek. Nie przychodzi mi nic do głowy. Jedno jest pewne – kolejka w czasie podróży – winduje ją w moim osobistym rankingu o 100 pkt w górę.

Już widoki w czasie wjazdu pod górę zapierały dech w piersiach, ale to co zobaczyliśmy na górze – niezapomniane! Majestatyczne szczyty, pokryte śniegiem mieniły się w słońcu. Duża przejrzystość powietrza sprawiała, że góry wydawały się być jak wycięte żyletką z obrazu. Staliśmy koło siebie bez słowa – oczarowani pięknem gór i porażeni ich potęgą. To był jeden z tych momentów ekscytacji, które chowam na dnie serca, by do nich wracać w trudnych chwilach.

Obeszliśmy szczyt kilka razy, pstrykając kilkadziesiąt fotek. Zrobiłam też zdjęcie Wackowi z kotem – podróżnikiem, który wraz ze swoimi ludźmi (z Japonii) przemierza świat. Wacek nawet puścił drona, by dodatkowo z góry uchwycić spektakularne widoki. W towarzystwie przedstawicieli miejscowej fauny zjedliśmy kanapki, dzieląc się hojnie okruchami bułki czy kawałkami jajek. W kilku miejscach zostawiliśmy nasze vlepki. Jedno szczególnie utkwiło mi w pamięci. Nakleiłam naszą vlepkę obok naklejki polskiej grupy podróżniczej El Polako Dizastro. Ujął mnie napis na ich vlepce – „I haven’t been everywhere but it’s on my list”. To brzmi jak moje motto…

W dół zjechaliśmy ostatnią turą kolejki. A tam – czekała niespodzianka. Do jednego z kufrów przyczepiony był mały bukiecik polnych kwiatów 🙂

I tu muszę wreszcie opowiedzieć o naszych przyjaciołach – Eli i Sebastianie, zapalonych podróżnikach – motocyklistach. Planowaliśmy wybrać się w tę podróż wspólnie. Jednak okazało się, że to co nas łączy w tej sprawie, to tylko Bawaria i w przybliżeniu termin wyjazdu. Rozjechał nam się zupełnie program. Ela i Sebastian planowali podróż w proporcjach 80/20 – gdzie 80 to zwiedzanie miast, miasteczek, zamków bawarskich, a 20 to jazda na motocyklu. U nas było dokładnie odwrotnie. Ale tego dnia mieliśmy się spotkać na jednym campingu! Kwiatki od Eli były znakiem, że chodzimy po swoich śladach.

Miejsce na nocleg wybrała Ela – Camping Erlebnis Zugspitze. Rozstawiliśmy sprawnie namioty i korzystając, że było jeszcze dość wcześnie a pogoda dopisywała, wybraliśmy się na spacer do Wąwozu Partnach. Ela i Sebastian pognali wgłąb wąwozu, a naszą uwagę przykuła miejscowa kolejka linowa. I to ona wygrała tę konkurencję. W drodze powrotnej dopadła nas gwałtowna ulewa. Deszcz był tak intensywny, że przemokliśmy do suchej nitki. Wieczorem, już przebrani i najedzeni, zasiedliśmy wspólnie z Elą i Sebastianem przy wspólnym stole. Spędziliśmy uroczy wieczór dzieląc się wrażeniami i planami na dalszy ciąg podróży. Mieliśmy nadzieję, że nasze drogi w Bawarii przetną się jeszcze nie raz.

Prywatne drogi - Ósemki

Dzień zaczęliśmy od wizyty w sklepie spożywczym. Oboje mieliśmy ochotę na nasze ulubione śniadanie – jajecznicę i świeżą bułkę z masłem. Byliśmy w podróży dopiero czwarty dzień, ale już zatęskniliśmy za domowym jedzeniem. Jajka, które nie trafiły na patelnię, spakowaliśmy w kanapki na drogę.

Kiedy oglądam blogi czy filmiki podróżnicze, często widzę, że większość osób w podróży stołuje się w knajpkach. My mamy inne podejście. Po pierwsze – podróżujemy często i czasem długo, więc nasz sposób musi być budżetowy. Idealnie podsumowuje to zdanie, które chyba sama wymyśliłam: luksusowo to my mamy w domu. Po drugie – własne jedzenie daje nam wolność. Nie musimy szukać restauracji ani czekać na obsługę. Wystarczy, że staniemy w miejscu, które nam się spodoba, rozstawimy kuchenkę i gotujemy. I najważniejsze – jemy w pięknych okolicznościach przyrody, a nie w zatłoczonych salach. Po trzecie – zwyczajnie to lubimy. Mamy swoje smaki, przyzwyczajenia, a restauracje bywają loterią: czasem wydaliśmy dużo, a jedzenie było marne. Oczywiście próbujemy lokalnych specjałów, ale na co dzień obowiązuje menu szefa kuchni obozowej.

Najedzeni i zaopatrzeni w prowiant, pożegnaliśmy Elę i Sebastiana, i ruszyliśmy dalej. Plan na dziś obejmował przejazd drogą Mautstraße Wallgau-Vorderriß. To prywatna, około 12-kilometrowa trasa w Bawarii, otwarta przez cały rok, łącząca dolinę Izary z doliną Rißtal. Za przejazd motocyklem zapłaciliśmy 6 euro i była to świetna inwestycja. Droga wiodła przez lasy i wzdłuż rzeki, a my mogliśmy zanurzyć nogi w lodowatej wodzie, oddychać zapachem drzew i rozkoszować się ciszą i samotnością. Były momenty, gdy jechaliśmy doliną otoczoną potężnymi górami poprzecinanymi wodospadami i przez długą chwilę nie spotkaliśmy nikogo. Tylko my – samotni jeźdźcy. Ależ to kojące i wyciszające uczucie.

Kolejnym punktem dnia były nasze słynne „ósemki” – tak nazywamy Zillertaler Höhenstraße. Zanim jednak tam dotarliśmy, zatrzymaliśmy się przy jeziorze Achensee, spojrzeliśmy na zaporę na Sylvensteinsee i odwiedziliśmy taras widokowy Kanzelkehre, skąd rozciąga się spektakularny widok na masyw Wilden Kaiser. Tam trafiliśmy też na mini teatrzyk kukiełkowy, który po wrzuceniu monety ożywał w rytm muzyki. Wacek koniecznie chciał mieć zdjęcie z wyjątkowo biuściastą kukłą. Po krótkiej przerwie na bułki ruszyliśmy na „ósemki”.

Zillertaler Höhenstraße to 48-kilometrowa droga panoramiczna w Alpach Zillertalskich, wspinająca się na wysokość ponad 2020 m n.p.m. Powstała w latach 60. dla pasterzy i rolników, by ułatwić im dotarcie do ich pastwisk, dziś jest również atrakcją turystyczną. Dla nas – jedną z najtrudniejszych dróg, jakie przejechaliśmy. Ostro wijące się serpentyny, niemal pionowe podjazdy, wąskie odcinki, gdzie mijanka motocykla z samochodem wymagała sporego opanowania i kunsztu jazdy. Adrenalina buzowała, uszy zatykało od ciśnienia, a w głowie kołatała myśl: co czeka nas za kolejnym zakrętem…

Na szczycie przywitało nas słońce i barwy alpejskiej roślinności, dając możliwość wytchnienia i celebrowania chwili triumfu – daliśmy radę.  Kilkadziesiąt metrów niżej spowiła nas  gęsta mgła. Wacek zawsze powtarza, że zjazd jest łatwiejszy. Tym razem nie był. Odkryty w tamtym momencie defekt – zanikający tylny hamulc stanowił dodatkowe utrudnienie. Hamowanie silnikiem nie dawało  spodziewanych efektów, a droga w dół wymagała pełnego skupienia. Na szczęście daliśmy radę. Wacek jako kierowca, ja jako idealny plecak 😉

Na nocleg wybraliśmy camping Hochzillertal. Cena była w porządku, ale warunki kiepskie: ogromny plac bez roślinności, tory kolejowe z jednej strony, ruchliwa droga z drugiej. Ciepła woda tylko po wrzuceniu monety. Mimo to, część kamperów wyglądała, jakby stała tu na stałe. Trudno mi sobie wyobrazić, że ktoś chciałby w takim miejscu spędzać urlop.

Na szczęście dla nas była to tylko jedna noc. Ugotowaliśmy obiad, wzięliśmy zimny prysznic (klasyczny brak drobnych) i zabraliśmy się do omawiania planu na kolejny dzień. A ten zapowiadał się jeszcze bardziej ekscytująco…

Gerlosspass - Großglockner Hochalpenstraße - Edelweißspitze - lodowiec Pasterze

Poranek przywitał nas na campingu Hochzillertal. Miejsce może nie należało do najpiękniejszych – hałas pociągów i ruchliwej drogi wciąż brzmiał nam w uszach – ale poranne słońce i smaczne śniadanie potrafiły zrekompensować nawet takie niedogodności. Spakowaliśmy nasze rzeczy, zjedliśmy szybkie śniadanie i ruszyliśmy w stronę kolejnej alpejskiej przygody.

Plan zakładał dziś przejazd przez słynną Gerlos Alpenstraße, jedną z najbardziej widowiskowych tras Tyrolu. Droga prowadzi na wysokość 1 500 m n.p.m. i słynie z panoram oraz widoku na wodospady Krimml. Już sam wjazd na serpentyny przyprawiał o dreszcz emocji, a kolejne zakręty odsłaniały coraz szersze perspektywy.

Po chwili naszym oczom ukazał się widok na Krimmler Wasserfälle – największe wodospady w Austrii i jedne z najwyższych w Europie. Huk spadającej wody, mgła unosząca się nad doliną i zieleń lasu tworzyły spektakl natury, który trudno oddać słowami. Zatrzymaliśmy się na dłużej, żeby popatrzeć, zrobić kilka zdjęć i po prostu nacieszyć się chwilą.

Dalsza droga prowadziła nas przez zielone doliny, alpejskie pastwiska i kolejne serpentyny, które nie pozwalały się nudzić.

Kolejnym punktem dnia była Gerlosspass – przełęcz, która mimo że mniej znana niż te największe alpejskie legendy, potrafi zaskoczyć swoim urokiem. Panorama rozciągająca się ze szczytu była nagrodą za każdy ciasny zakręt.

To był dzień pełen emocji. Po pięknej rozgrzewce na Gerlos Alpenstraße wjechaliśmy na drogę, która od dawna była moim marzeniem – Großglockner Hochalpenstraße.

Ta trasa to prawdziwa perła Alp. Na długości 48 kilometrów prowadzi przez samo serce Parku Narodowego Wysokich Taurów, serpentyną za serpentyną wznosząc się ku majestatycznym szczytom. Droga nie była łatwa – 36 ostrych zakrętów wymagało koncentracji i uważności, ale każdy zakręt przynosił coś nowego: szerokie doliny, soczyście zielone hale, strome ściany skalne, a ponad nimi bielące się lodowce i niekończące się pasma górskie. Czułam, jak technika i natura łączą się tutaj w niezwykłą całość – arcydzieło inżynierii, które pozwala dosłownie dotknąć potęgi gór.

Wjechaliśmy na Edelweißspitze (2571 m n.p.m.) – punkt, do którego prowadzi krótka, ale wymagająca, brukowana ślepa droga. Tam otworzyła się przed nami panorama ponad trzydziestu trzytysięczników, a pośród nich dominował on – Großglockner (3798 m), najwyższy szczyt Austrii. To był moment, którego nigdy nie zapomnę. Gdy zatrzymałam się na szczycie, poczułam napływ wzruszenia tak silnego, że łzy same popłynęły. Widok ośnieżonych gór w promieniach słońca, ta bezkresna przestrzeń i świadomość, że udało się tu dotrzeć – to było jedno z najbardziej przejmujących doświadczeń w moim życiu. Takich chwil, po których wiesz, że nic już nie będzie takie samo.

Dalej droga prowadziła przez tunel Hochtor, gdzie przekroczyliśmy granicę między Ziemią Salzburską a Karyntią. Zatrzymaliśmy się na słynnym tarasie widokowym Kaiser-Franz-Josefs-Höhe, z którego można podziwiać monumentalny lodowiec Pasterze. Zeszliśmy długimi tunelami w stronę jego czoła, podziwiając potęgę natury z bliska. To spotkanie z lodowcem było wyjątkowe, jeszcze bardziej wzruszające w świetle świadomości, że rok po roku kurczy się on w zastraszającym tempie. Po drodze mieliśmy szczęście spotkać świstaki, radosne, oswojone, które zupełnie się nas nie bały i wdzięcznie przyjmowały smakołyki.

Tak się Wackowi spodobały, że rozważał zakup czapki ala świstaki.

Wieczorem dotarliśmy na Panorama Camp, gdzie czekało na nas spokojne miejsce na odpoczynek po tym niezwykłym dniu. Camping był zdecydowanie bardziej przyjazny niż ten poprzedni. Cisza, więcej zieleni i poczucie przestrzeni sprawiły, że od razu odetchnęliśmy z ulgą.

Dzień zakończyliśmy pełni wdzięczności – za drogę, za piękno gór i za emocje, które trudno ubrać w słowa.

Gerlosspass - Großglockner Hochalpenstraße - Edelweißspitze - Panorama Camp

Poranek na Panorama Camp był jak początek idealnego letniego dnia – błękitne niebo, słońce muskające trawę i zapach świeżości w powietrzu. Obudziliśmy się wypoczęci, a śniadanie zjedzone pod drewnianą wiatą smakowało wyjątkowo – pewnie dlatego, że wiedzieliśmy, iż czeka nas coś niezwykłego. Właśnie tam, na tym campingu, narodziła się nasze zauroczenie, a potem miłość do camelbaga. To była scena jak z filmu – motocyklista z Włoch zakładał plecak, a z niego wystawała rurka. „Genialne!” – powiedzieliśmy. Worek z wodą na plecach i możliwość picia w każdej chwili – koniec z pragnieniem, koniec z zatrzymywaniem się na łyk picia. To była drobnostka, ale poczuliśmy się, jakby ktoś zdradził nam sekret lepszego podróżowania.

Tego dnia plan był ambitny – Jaskinia Eisriesenwelt, największa mroźna jaskinia w Austrii, czyli „Świat Lodowych Olbrzymów”, położona w Alpach Salzburskich, w pobliżu Werfen. Jest to największy na świecie naturalny system jaskiń lodowych, rozciągający się na 42 km, choć do zwiedzania dostępny jest zaledwie kulometrowy odcinek. Już sama nazwa – Świat Lodowych Olbrzymów, brzmiała jak zapowiedź przygody. Wiedzieliśmy, że łatwo nie będzie – wejście znajduje się na wysokości 1641 m n.p.m., a droga do niego wymaga wysiłku. Najpierw kilkanaście minut podejścia, potem krótki, ale stromy przejazd kolejką, a dalej znowu marsz. Już samo dojście do jaskini sprawiło, że serce biło szybciej, i to nie tylko z powodu wysiłku, ale i emocji.

Wejście do środka to był moment jak przejście przez magiczny portal. Z ciepłego, sierpniowego słońca wchodzisz nagle w mrok, chłód i ciszę. Temperatura spada poniżej zera, a oddech zamienia się w parę. Zamiast elektrycznego światła – migotliwe płomienie lamp karbidowych niesionych przez zwiedzających. Każdy krok odbijał się echem od lodowych ścian. Wędrując w głąb czułam się jak bohaterka baśni – wokół nas wyrastały gigantyczne lodowe kolumny, zamarznięte wodospady, gładkie tafle i krystaliczne rzeźby stworzone tylko przez naturę. To nie była zwykła jaskinia – to była katedra lodu. Monumentalna, onieśmielająca i piękna do granic możliwości.

Kiedy wyszliśmy na zewnątrz, świat przywitał nas uderzeniem gorąca. Różnica temperatur była tak ogromna, że aż zakręciło mi się w głowie. Pot spływał po plecach, a droga w dół do parkingu dłużyła się niemiłosiernie. A potem, jak na ironię, nasz motocykl, nagrzany do czerwoności (a już oryginalnie jest czerwony ;), czekał w pełnym słońcu. Samo ubranie ciuchów motocyklowych było wyzwaniem, jakbyśmy szykowali się na wejście do sauny w zimowych kombinezonach. Zmęczenie, upał i chwila nieuwagi sprawiły, że przydarzył nam się mały „kufrowy accident”. Trochę na popsuł humor w tamtej chwili, ale niech to pozostanie tylko naszą – wcale nie słodką – tajemnicą.

Na szczęście wieczór wynagrodził nam wszystkie trudy. Dzięki Eli i Sebastianowi, którzy zadbali o miejsce na campingu, mogliśmy spotkać się i spędzić czas razem. To była ogromna ulga, w szczycie sezonu znalezienie wolnego miejsca graniczyło z cudem. Wieczór upłynął nam na wspólnym gotowaniu i długich „nocnych Polaków rozmowach” przy stole. To nie była wspólna podróż, o jakiej myśleliśmy, ale możliwość spotkania się, śmiechu i pocieszenia swoją obecnością była bezcenna.

Rossfeld Panoramastraße - kolejka Schafberg - Strand Camping Traunkirchen

Poranek upłynął nam bardzo przyjemnie. Zjedliśmy śniadanie, ciesząc się jeszcze towarzystwem Eli i Sebastiana. Potem złożyliśmy namiot, spakowaliśmy kufry i pożegnaliśmy się – każdy miał już inne plany na ten dzień. My ruszyliśmy w stronę kolejki zębatej na Schafberg, oni zaś, zdaje się – na zwiedzanie Orlego Gniazda. Wiedzieliśmy, że to było nasze ostatnie spotkanie w podróży, bo jutro wszyscy mieliśmy wracać do domów.

Na początek tego dnia czekała nas Rossfeld Panoramastraße z punktem widokowym Hennelkopfl. To płatna (9 euro w 2024 roku), krótka, ale niezwykle widowiskowa trasa – ostatni fragment Drogi Alpejskiej zapoczątkowanej jeszcze w czasach Republiki Weimarskiej. Droga zatacza koło pośród bawarskich Alp, wznosząc się z poziomu 750 m n.p.m. na wysokość aż 1570 m n.p.m., stając się najwyżej położonym miejscem w Niemczech, do którego można dojechać samochodem przez cały rok. I choć prowadzi donikąd, zachwyca każdym zakrętem, widokami i poczuciem, że jedzie się po samym dachu tej części Niemiec.

Niestety dla nas Rossfeld Panoramastraße już zawsze będzie się kojarzyć ze stratą szczęki z kasku Wacka. Musiała spaść gdzieś na trasie. Szukaliśmy jej długo, przejechaliśmy drogę w obie strony, ale niestety bez skutku. I tak do końca podróży Wacek jechał w otwartym kasku, niby drobiazg, a jednak mocno psujący komfort jazdy.

W drodze do kolejki na Schafberg mijaliśmy jezioro Wolfgangsee, otoczone górami i rozgrzane letnim słońcem. Brzegi aż kipiały od plażowiczów, którzy szukali ochłody w wodzie. I nas ogarnęła nagła myśl – wykąpmy się! Zatrzymaliśmy motocykl przy drodze, szybko – osłaniając się ręcznikami – przebraliśmy się w stroje kąpielowe i popędziliśmy do wody. Jakże cudownie było zanurzyć się w chłodnym, krystalicznym jeziorze, poczuć orzeźwienie i beztroską radość. Ochlapywaliśmy się, pływaliśmy, ciesząc się jak dzieci. Ten spontaniczny pomysł okazał się jednym z piękniejszych momentów dnia.

Potem dotarliśmy wreszcie do kolejki zębatej na Schafberg. Ta wyjątkowa linia działa od końca XIX wieku i do dziś zachwyca nie tylko widokami, ale i stromym nachyleniem – największym wśród austriackich kolei parowych. Podróż trwa około 40 minut, w czasie których wagonik pokonuje 5,85 km i aż 1190 m różnicy wysokości. Dawniej pasażerów wciągały zabytkowe lokomotywy parowe, dziś głównie pojazdy napędzane silnikiem olejowym, choć wciąż można trafić na kurs obsługiwany przez zabytkowe maszyny. Rozważaliśmy taką opcję, ale podróż w jedną stronę trwałaby półtorej godziny, a nam zależało, by dotrzeć jeszcze na nocleg nad Traunsee.

Na szczycie spędziliśmy sporo czasu. Kupiliśmy lody za ostatnie drobne, siedzieliśmy na ławkach z twarzami wystawionymi do słońca, spacerowaliśmy po ścieżkach. Ze wszystkich stron otaczały nas widoki, które trudno opisać – pasma gór przeplatające się z błękitnymi taflami jezior, soczysta zieleń stoków, kwitnące alpejskie kwiaty i gdzieniegdzie białe płaty śniegu. A nad wszystkim unosiły się kolorowe skrzydła paralotniarzy. Staraliśmy się chłonąć każdy szczegół, zapamiętać wszystkie odcienie i kontrasty, żeby przywoływać je w myślach w szare jesienne dni.

Wieczorem dotarliśmy do Viechtau nad Traunsee. Na Strand Camping Traunkirchen za 45 euro rozstawiliśmy namiot w miejscu przy ogrodzeniu, między samochodami. Początkowo nie byłam zachwycona, wydawało mi się, że przy drodze będzie głośno, a przecież musieliśmy porządnie się wyspać przed powrotem. Szybko jednak okazało się, że właściciel campingu doskonale wiedział, co robi. W głębi terenu swoje obozowisko rozbiła bowiem liczna grupa turystów romskich – z dywanem pośrodku, gromadką dzieci i głośną muzyką. My byliśmy od tego zgiełku daleko.

Po całym dniu miałam ogromną ochotę na prysznic, ale sanitariaty nie zachęcały do odwiedzin. Poszliśmy więc wykąpać się w jeziorze. Nocna kąpiel pod gwiazdami była absolutnie magiczna – chłodna woda otulała ciało, a wokół panował spokój i cisza. Lepszej końcówki dnia nie mogliśmy sobie wymarzyć.

Wachau

25 sierpnia 2024 r.

Dzień powrotu zawsze budzi sprzeczne emocje – tęsknotę za domem i żal, że przygoda dobiega końca. Tym razem emocje były tak silne, że sen opuścił nas jeszcze przed świtem. Wstaliśmy, gdy nad jeziorem wciąż unosiła się nocna mgła, a niebo dopiero zaczynało różowieć od wschodzącego słońca.

Pierwszym punktem poranka była kąpiel, ale nie w campingowej łazience, o nie! Już wczoraj przekonaliśmy się, że sanitariaty tego miejsca lepiej omijać szerokim łukiem. Zamiast tego wybraliśmy jezioro. Mogłabym napisać, że to była scena jak z romantycznego filmu – my, blask księżyca, pierwsze promienie dnia i cisza przerywana jedynie pluskiem wody. Prawda była jednak bardziej… orzeźwiająca. Woda okazała się lodowata. Zanurzenie się w niej było szokiem, ale miało jeden niezaprzeczalny plus – natychmiast nas rozbudziło i przygotowało na nadchodzące 685 kilometrów drogi.

Potem przyszła rutyna: ostatnie w tej podróży składanie namiotu, pakowanie i przypinanie kufrów. Ten rytuał, powtarzany codziennie, tym razem miał w sobie coś symbolicznego, kończył naszą wyprawę. Ruszyliśmy wcześnie, kierując się przez Linz, Sankt Pölten, Brno, Ołomuniec i Ostrawę w stronę Katowic.

Pierwszy postój zrobiliśmy w dolinie Wachau, niedaleko Weißenkirchen. Tam, nad pięknym modrym Dunajem, zjedliśmy śniadanie, patrząc na majestatyczne statki wycieczkowe, które płynęły spokojnie przez fale rzeki. Przez chwilę rozważaliśmy, jak by to było spędzić kilka dni na takiej wodnej podróży. Szybkie sprawdzenie cen sprowadziło nas jednak na ziemię, pozostaniemy przy naszej łódce na Solinie.

Kolejny przystanek wypadł w czeskim Znojmie. Tam, mimo niedzieli, sklepy były otwarte, więc mogliśmy uzupełnić zapasy napojów. Upał nie dawał wytchnienia, na motocyklowym termometrze o trzynastej widniało 38°C. Z ulgą zdjęliśmy kurtki i staraliśmy się jakoś przetrwać żar lejący się z nieba. Dla ochłody, w czasie jazdy zrobiłam jeszcze coś, co skutecznie poprawiło komfort… ale niech to pozostanie naszą małą tajemnicą. W końcu to właśnie takie sekrety najbardziej łączą ludzi.

Droga do Polski minęła nam spokojnie, bez niespodzianek. Tradycyjnie zatrzymaliśmy się na Śląsku, by zakończyć podróż obiadem. Niestety restauracja nie zachwyciła, dlatego nazwy nie podaję, bo nie ma czego polecać.

Tak właśnie zakończyła się nasza wyprawa, pełna wrażeń, emocji, pięknych widoków, trudów i radości. Zmęczeni, ale szczęśliwi, wróciliśmy do domu.

Każdy taki wyjazd to nie tylko kilometry na mapie i kolejne miejsca odhaczone w pamięci. To przede wszystkim lekcja – cierpliwości wobec siebie i wobec drogi, odwagi w zmaganiu się z trudnościami, umiejętności cieszenia się chwilą. Góry nauczyły nas pokory wobec natury, spotkani ludzie – otwartości i wdzięczności, a wspólnie spędzony czas, że najważniejsze jest po prostu być razem.

Razem śmialiśmy się i zmagaliśmy ze zmęczeniem, razem wzruszaliśmy się widokiem szczytów i wspólnie dzieliliśmy sekrety, które pozostaną tylko między nami. To właśnie w tych chwilach czułam najmocniej, że jesteśmy drużyną – w podróży i w życiu

Patrząc wstecz, trudno uwierzyć, ile wydarzyło się w ciągu tych kilku dni, od zachwytów nad majestatem gór, przez zmęczenie po wielogodzinnych trasach, po radość z drobnych, codziennych rzeczy: wspólnego śniadania, kąpieli w jeziorze czy śmiechu z rzeczy, które dla innych mogłyby być błahostką. Właśnie z takich chwil tkają się wspomnienia, do których będziemy wracać jeszcze długo.