Gdy Wacek uratował naszą noc, wydawało się, że już wszystko pójdzie gładko. Niestety ten wyjazd miał być pełen niespodzianek.
W nocy zeszło nam powietrze z materaca. Naszego nowego materaca, kupionego w Decathlonie w Bolzano po tym, jak zawiódł nas poprzedni – prezent urodzinowy od Eli i Sebastiana dla Wacka – już na samym początku naszej alpejskiej wyprawy. Wacek kilkukrotnie próbował dopompować powietrze, ale za każdym razem był to tylko chwilowy ratunek.
W połowie nocy Wacek oświadczył: „Chcę kampera”.
I chyba właśnie tym zdaniem przypieczętował nasze dotychczasowe myślenie o jego zakupie. My, dotychczas niezłomni podróżnicy z namiotem, uznaliśmy, że nadszedł ten czas i ten wiek, by porzucić materac w namiocie na rzecz łóżka w kamperze. Tej nocy obiecaliśmy sobie, że jeśli przyjedziemy na ten spływ w przyszłym roku, to już na pewno kamperem.
Kolejną atrakcją była poranna ulewa. Deszcz rozpadał się dokładnie w momencie, gdy podjęłam decyzję, żeby wstać i pójść do toalety. Wraz z nim gwałtownie spadła temperatura. Opady były kompletnym zaskoczeniem, bo jeszcze w czasie drogi sprawdzałam prognozę pogody i nie było żadnej zapowiedzi deszczu.
A tu taka niespodzianka! A my tacy nieprzygotowani…
Nie powiem, żeby wizja 29 kilometrów spływu w deszczu była szczególnie zachęcająca. Wacek jak zwykle przyszedł z rozwiązaniem: zbierzemy się, pojedziemy na miejsce startu i zobaczymy. Jeśli nie będziemy mieli ochoty płynąć, to po prostu zrezygnujemy.
Brzmiało rozsądnie i uspokajająco.
Deszcz skończył się niemal tak samo gwałtownie, jak się zaczął. Za sugestią Wacka szybko zebraliśmy się z pola namiotowego i pojechaliśmy do Drohiczyna, na miejsce startu. Dzięki temu udało nam się znaleźć miejsce na parkingu niemal przy samym wejściu na plażę.
Ja zabrałam się za przygotowanie śniadania i kanapek na cały dzień, a Wacek poszedł zobaczyć teren startu spływu. Wrócił zachwycony i oszołomiony liczbą kajaków. Uruchomił drona, żeby zobaczyć i sfilmować wszystko z góry. Widok rzeczywiście robił niesamowite wrażenie. Setki kajaków tworzyły ogromny, kolorowy dywan rozłożony wzdłuż brzegu rzeki.
Cała impreza okazała się doskonale zorganizowana. Na rozległym terenie przy rzece rozstawiono namioty, w których można było się zarejestrować, kupić pamiątkowe gadżety, wodę i przekąski albo zaopatrzyć się w brakujące rzeczy. My kupiliśmy dwa poncza przeciwdeszczowe na wypadek kolejnej zmiany pogody, magnes i tradycyjny przysmak z Podlasia – mrowisko. Nie mogliśmy też przejść obojętnie obok ścianki do wykonywania pamiątkowych zdjęć.
Trochę czekaliśmy na Iwonę i Grzegorza, rodziców Wojtka, którzy dojeżdżali do nas z noclegu w Dąbrowie. Zależało nam na tym, żeby zarejestrować się razem i dzięki temu dostać kajaki obok siebie. Udało się – nasz miał numer 506, a Iwony i Grzesia 507.
Teraz pozostało już tylko zapakować się do kajaka, przypiąć pasami naszego pasażera na gapę – dmuchanego delfina lub rekina, w zależności od tego, kto pytał – i czekać na wodowanie.
Zanim to nastąpiło, odbyło się uroczyste powitanie uczestników, błogosławieństwo księdza biskupa oraz przemowy miejscowych notabli – na szczęście krótkie i dowcipne.
Samo wodowanie odbyło się błyskawicznie. Z nieukrywanym podziwem patrzyłam, jak doskonale logistycznie zorganizowano to wydarzenie. Zejście na wodę ponad 600 kajaków zajęło niecały kwadrans. Wszystko przebiegało sprawnie, bezpiecznie i bez problemów. Uczestnikom pomagali strażacy, ratownicy i wolontariusze. Było ich mnóstwo. Podobnie później na rzece, gdy tylko ktoś utknął na mieliźnie albo pojawiał się inny problem, niemal natychmiast zjawiała się pomoc. Nam również raz przyszło z niej skorzystać, kiedy utknęliśmy i nie mogliśmy sami ruszyć kajaka.
Bug okazał się gościnną rzeką. Bez problemu przygarnął kilkaset kajaków i każdemu dał miejsce. Nie było korków ani zastojów. Wszystko przebiegało sprawnie.
Początkowo płynęło nam się bardzo dobrze. Czasami trzymaliśmy się blisko rodziców Wojtka, urządzając sobie pogawędki, śmiejąc się i żartując. Innym razem odkładaliśmy wiosła, żeby przez chwilę cieszyć się wodą, słońcem i samym udziałem w tym niesamowitym spływie.
Co jakiś czas podpływał do nas ktoś obcy, dopytywał o naszego towarzysza albo krzyczał, że goni nas rekin. Tłumaczyliśmy wtedy, że to wyjątkowy nadbużański gatunek oswojonego rekina. Czasem informowaliśmy, że to nasza zdobycz na wieczorne ognisko.
Atmosfera na rzece była luźna, wesoła i sympatyczna.
Skłamałabym jednak, gdybym napisała, że tak było przez całe 29 kilometrów.
Taki dystans to nie lada wyzwanie, zwłaszcza że stan wody był bardzo niski, a nurt niezwykle słaby. Nie mogliśmy liczyć na to, że kajak sam poniesie nas w dół rzeki. Wręcz przeciwnie – wysiłek był ogromny. Doskwierał nam upał. Nieustannie trzeba było zachowywać czujność, żeby nie wpłynąć na mieliznę. Meandrowaliśmy od jednego brzegu do drugiego, a kilometry mijały bardzo, bardzo powoli.
Z każdym kolejnym robiło się coraz ciężej.
I to był właśnie ten moment, kiedy „czarny koń” ustąpił miejsca na scenie „kwiatkowi do kożucha”.
Wstąpiła we mnie niesamowita determinacja, żeby płynąć bez ociągania. Motywowałam, a czasami po prostu poganiałam Wacka. Wiedziałam, że nie był z tego szczególnie zadowolony, bo liczył na większy chillout na rzece. Bug okazał się jednak bardziej wymagający.
Mnie coś gnało naprzód. Mięśnie paliły już ogniem, ale jakiś wewnętrzny głos podpowiadał mi jedno: płyń.
Okazało się, że słusznie.
Na ostatnich kilometrach było już widać, że pogoda się zmienia. Niebo zaczynały zasnuwać chmury, a powietrze zrobiło się duszne i ciężkie. Obawa przed burzą dodała nam obojgu sił.
Wychodziliśmy właśnie z kajaka, gdy zerwał się potężny wiatr i spadły pierwsze krople deszczu. Szybko zabraliśmy nasze rzeczy i pobiegliśmy w stronę miejsca, gdzie odbywała się impreza na zakończenie spływu.
Po drodze zgubiłam Wacka.
Do pola namiotowego dobiegłam już w strugach deszczu i szalejącym wietrze. Wpadłam do namiotu i podczas burzy trzymałam go, żeby nie odleciał.
Byłam sama i bałam się.
Nie wiedziałam, gdzie jest Wacek ani czy znalazł jakieś schronienie. Bałam się, że wichura porwie namiot. Chyba nigdy wcześniej nie przeżyłam takiej burzy, będąc na zewnątrz.
Po kilku minutach do namiotu dotarł Wacek. Od razu zrobiło się bezpieczniej. Siedzieliśmy obok siebie, cali przemoczeni. Kilka metrów dalej z drzewa, pod którym rozbiliśmy namiot, spadł konar. Z domów spadały dachówki.
Burza trwała może kilkanaście minut, ale jej siła była niesamowita. Żywioł pokazał swoje oblicze w całej okazałości.
A chwilę później wszystko się uspokoiło i na niebie zaświeciło słońce.
Czułam się jeszcze oszołomiona, ale Wacek przejął inicjatywę. Przyniósł mi do namiotu miseczkę żurku i bigosu. Jak dobrze było zjeść coś ciepłego, będąc zmarzniętym i przemoczonym.
Potem poszliśmy razem upiec kiełbasę przy ognisku. Tam spotkaliśmy Iwonę i Grzesia, którzy przeczekali burzę pod wiatą ogniskową.
Na placu powoli rozkręcała się impreza. Grała muzyka, ludzie cieszyli się z dobrze spędzonego dnia. Burza była już tylko wspomnieniem.
Dwie godziny po nas do bazy dotarli ostatni kajakarze. Na polu namiotowym pojawiło się mnóstwo nowych namiotów i wszystko wskazywało na to, że zapowiada się bardzo rozrywkowa noc.
Decyzja o powrocie właściwie podjęła się sama.
Wacek przyprowadził samochód, a ja spakowałam nasz namiot. Wszystko było brudne i przemoczone. Wrzuciliśmy rzeczy do samochodu, pożegnaliśmy się z rodzicami Wojtka i ruszyliśmy w drogę.
Nie było łatwo. Ciemna noc, ogromne zmęczenie i pięć długich godzin jazdy. Ale w perspektywie mieliśmy gorący prysznic i własne, wygodne łóżko.
Po tej nocy na uchodzącym materacu, 29 kilometrach machania wiosłem i burzy, podczas której trzymałam namiot, żeby nie odleciał, chyba nic nie mogło brzmieć bardziej kusząco.