Kajak za kajakiem

Prawie przegapiliśmy to po raz trzeci! O tym, jak rzutem na taśmę trafiliśmy na Bug

Pomysł na udział w imprezie 500 Kajaków na Bugu rodził się i umierał każdego roku, począwszy od 2023. Wtedy mieliśmy wziąć udział w X edycji spływu, która wyjątkowo nie odbyła się z powodu złych warunków pogodowych.

W kolejnych latach też nie mieliśmy szczęścia. Albo coś nam wypadało, albo zastanawialiśmy się zbyt długo i zanim podjęliśmy decyzję, zapisy były już zamknięte.

W tym roku odbywał się XIII spływ i postanowiliśmy, że ten spływ musi być nasz.

Niewiele brakowało, żeby i tym razem się nie udało. Z decyzją tradycyjnie zwlekaliśmy niemal do ostatniej chwili i tak naprawdę to Wacek zdążył zapisać nas rzutem na taśmę. Rodzice Wojtka, których namówiliśmy na wspólny wyjazd, nie mieli już tyle szczęścia…

I wtedy wszedł Wacław cały na biało i uruchomił swoje umiejętności przekonywania. Udało się!

Do Drohiczyna pojechaliśmy więc razem, choć… oddzielnie. Obowiązki zawodowe i trochę inna wizja spędzenia tego weekendu sprawiły, że podróż jednym samochodem nie wchodziła w grę.

Wacek miał być moim czarnym koniem tej imprezy. W młodości zapalony kajakarz, spędzający wakacje na spływach po Sanie – doświadczenie miał zdecydowanie większe ode mnie.

Ja zaś, mając za sobą kilka spływów z celnikami i jeden z Wackiem po Nidzie, miałam być w tej ekipie zaledwie kwiatkiem do kożucha.

Czas pokazał, że było trochę inaczej…

Dzień pierwszy - piątek -31 lipca 2026

Kanapki z jajkiem, disco polo i brak kuchenki – czyli jak sprawnie (nie)spakować się na spływ

To był w zasadzie dzień dojazdowy. Impreza 500 Kajaków miała odbywać się 1–2 sierpnia, przy czym my zapisaliśmy się na pierwszy dzień spływu – z Drohiczyna do Grannego. Przed nami było 29 kilometrów machania wiosłem na Bugu.

W piątek udało mi się wcześniej skończyć pracę. Liczyłam na to, że wyjedziemy z Krakowa jeszcze przed popołudniowymi korkami. Niestety pakowanie na wyjazd szło nam wyjątkowo opornie.

Niby zadanie było łatwiejsze niż wtedy, gdy podróżujemy motocyklem, ale pierwszy raz braliśmy udział w takiej imprezie i tak naprawdę nie wiedzieliśmy, co ze sobą zabrać. Wiedzieliśmy jedno – nocujemy pod namiotem w Grannem.

Spakowaliśmy więc namiot, materac, śpiwory, krzesełka – wreszcie mogliśmy zabrać obydwa – sprzęt kuchenny, który, jak się później okazało, był niekompletny, ubrania, buty do wody i krem z mocnym filtrem. Prognozy zapowiadały ponad 30-stopniowy upał przez cały weekend, więc przygotowywaliśmy się przede wszystkim na słońce.

Zaopatrzeni w kanapki z jajkiem, zapas przekąsek i wody oraz lodówkę z jedzeniem na dwa dni, ruszyliśmy w drogę.

GPS pokazywał, że po prawie pięciu godzinach jazdy powinniśmy dotrzeć do Grannego, gdzie zaplanowaliśmy nocleg. Poza długim i uciążliwym wyjazdem z Krakowa cała trasa przebiegła bardzo sprawnie. Jedyną niedogodnością na S2 w kierunku Warszawy były odcinkowe pomiary prędkości. W pilnowaniu, żeby nie przekraczać dopuszczalnej prędkości, aplikacja Yanosik okazała się nieoceniona.

Cieszyliśmy się, że w okolice naszego celu dotarliśmy jeszcze zanim zapadły egipskie ciemności. Jazda po wąskich, krętych i nieoświetlonych drogach byłaby nie lada wyzwaniem.

Pole namiotowe w Grannem, przygotowane dla uczestników spływu, okazało się po prostu łąką za Nadbużańskim Centrum Kultury. Zaplecze sanitarne nie należało do szczególnie rozbudowanych, ale po całym dniu i długiej trasie nie mieliśmy wielkich wymagań. Najważniejsze było rozstawić namiot, zrobić szybką toaletę, zjeść prostą kolację i porządnie się wyspać przed jutrzejszym wyzwaniem.

Już podczas rozpakowywania wyszły jednak na jaw pierwsze braki naszego pakowania.

Nie wzięłam kuchenki gazowej.

Planowana kiełbasa z patelni musiała więc poczekać na lepsze czasy, a na kolację zjedliśmy pozostałe kanapki z jajkiem i jakieś przekąski.

Okazało się jednak, że również spokojny sen może pozostać tylko w sferze planów. Grupa młodych ludzi na polu namiotowym postanowiła urządzić sobie imprezę przy dźwiękach disco polo.

Wytrzymaliśmy do północy.

Wtedy znów na scenę wkroczył Wacek – obrońca naszego spokoju.

Skutecznie.

Impreza skończyła się w ciągu kilku minut. Mogliśmy wreszcie odpocząć.

Jutro czekała na nas sama esencja tego wyjazdu – 29 kilometrów machania wiosłem na Bugu.

Dzień drugi - sobota - 1 sierpnia 2026

Flaczek w nocy, rekin na Bugu i burza wszech czasów – czyli walka o przetrwanie w kajaku

Gdy Wacek uratował naszą noc, wydawało się, że już wszystko pójdzie gładko. Niestety ten wyjazd miał być pełen niespodzianek.

W nocy zeszło nam powietrze z materaca. Naszego nowego materaca, kupionego w Decathlonie w Bolzano po tym, jak zawiódł nas poprzedni – prezent urodzinowy od Eli i Sebastiana dla Wacka – już na samym początku naszej alpejskiej wyprawy. Wacek kilkukrotnie próbował dopompować powietrze, ale za każdym razem był to tylko chwilowy ratunek.

W połowie nocy Wacek oświadczył: „Chcę kampera”.

I chyba właśnie tym zdaniem przypieczętował nasze dotychczasowe myślenie o jego zakupie. My, dotychczas niezłomni podróżnicy z namiotem, uznaliśmy, że nadszedł ten czas i ten wiek, by porzucić materac w namiocie na rzecz łóżka w kamperze. Tej nocy obiecaliśmy sobie, że jeśli przyjedziemy na ten spływ w przyszłym roku, to już na pewno kamperem.

Kolejną atrakcją była poranna ulewa. Deszcz rozpadał się dokładnie w momencie, gdy podjęłam decyzję, żeby wstać i pójść do toalety. Wraz z nim gwałtownie spadła temperatura. Opady były kompletnym zaskoczeniem, bo jeszcze w czasie drogi sprawdzałam prognozę pogody i nie było żadnej zapowiedzi deszczu.

A tu taka niespodzianka! A my tacy nieprzygotowani…

Nie powiem, żeby wizja 29 kilometrów spływu w deszczu była szczególnie zachęcająca. Wacek jak zwykle przyszedł z rozwiązaniem: zbierzemy się, pojedziemy na miejsce startu i zobaczymy. Jeśli nie będziemy mieli ochoty płynąć, to po prostu zrezygnujemy.

Brzmiało rozsądnie i uspokajająco.

Deszcz skończył się niemal tak samo gwałtownie, jak się zaczął. Za sugestią Wacka szybko zebraliśmy się z pola namiotowego i pojechaliśmy do Drohiczyna, na miejsce startu. Dzięki temu udało nam się znaleźć miejsce na parkingu niemal przy samym wejściu na plażę.

Ja zabrałam się za przygotowanie śniadania i kanapek na cały dzień, a Wacek poszedł zobaczyć teren startu spływu. Wrócił zachwycony i oszołomiony liczbą kajaków. Uruchomił drona, żeby zobaczyć i sfilmować wszystko z góry. Widok rzeczywiście robił niesamowite wrażenie. Setki kajaków tworzyły ogromny, kolorowy dywan rozłożony wzdłuż brzegu rzeki.

Cała impreza okazała się doskonale zorganizowana. Na rozległym terenie przy rzece rozstawiono namioty, w których można było się zarejestrować, kupić pamiątkowe gadżety, wodę i przekąski albo zaopatrzyć się w brakujące rzeczy. My kupiliśmy dwa poncza przeciwdeszczowe na wypadek kolejnej zmiany pogody, magnes i tradycyjny przysmak z Podlasia – mrowisko. Nie mogliśmy też przejść obojętnie obok ścianki do wykonywania pamiątkowych zdjęć.

Trochę czekaliśmy na Iwonę i Grzegorza, rodziców Wojtka, którzy dojeżdżali do nas z noclegu w Dąbrowie. Zależało nam na tym, żeby zarejestrować się razem i dzięki temu dostać kajaki obok siebie. Udało się – nasz miał numer 506, a Iwony i Grzesia 507.

Teraz pozostało już tylko zapakować się do kajaka, przypiąć pasami naszego pasażera na gapę – dmuchanego delfina lub rekina, w zależności od tego, kto pytał – i czekać na wodowanie.

Zanim to nastąpiło, odbyło się uroczyste powitanie uczestników, błogosławieństwo księdza biskupa oraz przemowy miejscowych notabli – na szczęście krótkie i dowcipne.

Samo wodowanie odbyło się błyskawicznie. Z nieukrywanym podziwem patrzyłam, jak doskonale logistycznie zorganizowano to wydarzenie. Zejście na wodę ponad 600 kajaków zajęło niecały kwadrans. Wszystko przebiegało sprawnie, bezpiecznie i bez problemów. Uczestnikom pomagali strażacy, ratownicy i wolontariusze. Było ich mnóstwo. Podobnie później na rzece, gdy tylko ktoś utknął na mieliźnie albo pojawiał się inny problem, niemal natychmiast zjawiała się pomoc. Nam również raz przyszło z niej skorzystać, kiedy utknęliśmy i nie mogliśmy sami ruszyć kajaka.

Bug okazał się gościnną rzeką. Bez problemu przygarnął kilkaset kajaków i każdemu dał miejsce. Nie było korków ani zastojów. Wszystko przebiegało sprawnie.

Początkowo płynęło nam się bardzo dobrze. Czasami trzymaliśmy się blisko rodziców Wojtka, urządzając sobie pogawędki, śmiejąc się i żartując. Innym razem odkładaliśmy wiosła, żeby przez chwilę cieszyć się wodą, słońcem i samym udziałem w tym niesamowitym spływie.

Co jakiś czas podpływał do nas ktoś obcy, dopytywał o naszego towarzysza albo krzyczał, że goni nas rekin. Tłumaczyliśmy wtedy, że to wyjątkowy nadbużański gatunek oswojonego rekina. Czasem informowaliśmy, że to nasza zdobycz na wieczorne ognisko.

Atmosfera na rzece była luźna, wesoła i sympatyczna.

Skłamałabym jednak, gdybym napisała, że tak było przez całe 29 kilometrów.

Taki dystans to nie lada wyzwanie, zwłaszcza że stan wody był bardzo niski, a nurt niezwykle słaby. Nie mogliśmy liczyć na to, że kajak sam poniesie nas w dół rzeki. Wręcz przeciwnie – wysiłek był ogromny. Doskwierał nam upał. Nieustannie trzeba było zachowywać czujność, żeby nie wpłynąć na mieliznę. Meandrowaliśmy od jednego brzegu do drugiego, a kilometry mijały bardzo, bardzo powoli.

Z każdym kolejnym robiło się coraz ciężej.

I to był właśnie ten moment, kiedy „czarny koń” ustąpił miejsca na scenie „kwiatkowi do kożucha”.

Wstąpiła we mnie niesamowita determinacja, żeby płynąć bez ociągania. Motywowałam, a czasami po prostu poganiałam Wacka. Wiedziałam, że nie był z tego szczególnie zadowolony, bo liczył na większy chillout na rzece. Bug okazał się jednak bardziej wymagający.

Mnie coś gnało naprzód. Mięśnie paliły już ogniem, ale jakiś wewnętrzny głos podpowiadał mi jedno: płyń.

Okazało się, że słusznie.

Na ostatnich kilometrach było już widać, że pogoda się zmienia. Niebo zaczynały zasnuwać chmury, a powietrze zrobiło się duszne i ciężkie. Obawa przed burzą dodała nam obojgu sił.

Wychodziliśmy właśnie z kajaka, gdy zerwał się potężny wiatr i spadły pierwsze krople deszczu. Szybko zabraliśmy nasze rzeczy i pobiegliśmy w stronę miejsca, gdzie odbywała się impreza na zakończenie spływu.

Po drodze zgubiłam Wacka.

Do pola namiotowego dobiegłam już w strugach deszczu i szalejącym wietrze. Wpadłam do namiotu i podczas burzy trzymałam go, żeby nie odleciał.

Byłam sama i bałam się.

Nie wiedziałam, gdzie jest Wacek ani czy znalazł jakieś schronienie. Bałam się, że wichura porwie namiot. Chyba nigdy wcześniej nie przeżyłam takiej burzy, będąc na zewnątrz.

Po kilku minutach do namiotu dotarł Wacek. Od razu zrobiło się bezpieczniej. Siedzieliśmy obok siebie, cali przemoczeni. Kilka metrów dalej z drzewa, pod którym rozbiliśmy namiot, spadł konar. Z domów spadały dachówki.

Burza trwała może kilkanaście minut, ale jej siła była niesamowita. Żywioł pokazał swoje oblicze w całej okazałości.

A chwilę później wszystko się uspokoiło i na niebie zaświeciło słońce.

Czułam się jeszcze oszołomiona, ale Wacek przejął inicjatywę. Przyniósł mi do namiotu miseczkę żurku i bigosu. Jak dobrze było zjeść coś ciepłego, będąc zmarzniętym i przemoczonym.

Potem poszliśmy razem upiec kiełbasę przy ognisku. Tam spotkaliśmy Iwonę i Grzesia, którzy przeczekali burzę pod wiatą ogniskową.

Na placu powoli rozkręcała się impreza. Grała muzyka, ludzie cieszyli się z dobrze spędzonego dnia. Burza była już tylko wspomnieniem.

Dwie godziny po nas do bazy dotarli ostatni kajakarze. Na polu namiotowym pojawiło się mnóstwo nowych namiotów i wszystko wskazywało na to, że zapowiada się bardzo rozrywkowa noc.

Decyzja o powrocie właściwie podjęła się sama.

Wacek przyprowadził samochód, a ja spakowałam nasz namiot. Wszystko było brudne i przemoczone. Wrzuciliśmy rzeczy do samochodu, pożegnaliśmy się z rodzicami Wojtka i ruszyliśmy w drogę.

Nie było łatwo. Ciemna noc, ogromne zmęczenie i pięć długich godzin jazdy. Ale w perspektywie mieliśmy gorący prysznic i własne, wygodne łóżko.

Po tej nocy na uchodzącym materacu, 29 kilometrach machania wiosłem i burzy, podczas której trzymałam namiot, żeby nie odleciał, chyba nic nie mogło brzmieć bardziej kusząco.