Na ten dzień zaplanowaliśmy Wadi Rum.
Poranek rozpoczęliśmy od śniadania. Nasza gospodyni, widząc, że nie da się nam już wcisnąć żadnych chust ani perfum, najwyraźniej uznała, że nie ma potrzeby przykładać się do atrakcyjności posiłku. Dostaliśmy po jednym jajku na twardo, serku topionym i kromce chleba tostowego. Szczerze cieszyliśmy się, że to definitywny koniec naszej przygody z Petra Magic House.
Przejazd do Wadi Rum miał zająć około dwóch godzin. I tu muszę się pochwalić – po drodze wykazałam się wyjątkową czujnością, przypominając Wackowi o tankowaniu. To nie była błahostka: przez całą dalszą trasę do Wadi Rum nie zauważyliśmy ani jednej stacji benzynowej.
Zwiedzanie pustyni postanowiliśmy tym razem odbyć z przewodnikiem. Okazało się to strzałem w dziesiątkę. Koszt nie był wysoki, a w zamian otrzymaliśmy naprawdę atrakcyjny i przemyślany program. To był jeden z tych momentów, kiedy ani przez chwilę nie żałowałam wydanych pieniędzy – samodzielna organizacja byłaby trudna i stresująca. Zrozumieliśmy to od razu po dotarciu do centrum turystycznego. Wzdłuż drogi stały dziesiątki naganiaczy, przekrzykujących się i usiłujących nakłonić nas do skorzystania z ich usług. Na szczęście nasz przewodnik już na nas czekał. Pojechaliśmy za nim na parking, zostawiliśmy samochód i przesiedliśmy się do jeepa. Tak rozpoczęła się nasza 24-godzinna przygoda z pustynią Wadi Rum.
Pogoda była idealna: słonecznie, około 22 stopni. Doskonałe warunki do eksplorowania pustyni, która z każdym kolejnym kilometrem odsłaniała swoje niezwykłe piękno. Zwiedzanie zaczęliśmy od cmentarza i pozostałości świątyni Nabatejczyków. Później jechaliśmy śladami Lawrence’a z Arabii, odwiedzając Lawrence Spring i Lawrence’s House. Próbowaliśmy wspiąć się na wydmę Red Sand Dune i przecisnąć przez Kanion Khazali, podziwiając naskalne inskrypcje – petroglify.
W pewnym momencie pustynia postanowiła pokazać swoje drugie oblicze. Zerwał się wiatr, temperatura gwałtownie spadła, a drobinki piasku zaczęły wirować w powietrzu, wciskając się do oczu i ust i ograniczając widoczność do kilku metrów. Na szczęście burza piaskowa trwała zaledwie kilkanaście minut. Nasz przewodnik wykorzystał ten czas, by znaleźć zaciszne miejsce na postój i przygotować obiad w beduińskim stylu.
Wszyscy zaangażowaliśmy się w zbieranie chrustu, a Wacek również w rozpalanie i podtrzymywanie ognia. Obiad był niezwykle prosty: duszona cebula, papryczki chili, trzy rodzaje fasoli i pomidory, mocno doprawione, do tego tuńczyk, kozi ser, hummus, świeże warzywa i pita. W otoczeniu pustynnego majestatu smakowało to jak danie z najlepszej restauracji. Jedliśmy z prawdziwą przyjemnością, Wojciech wręcz z lekkim obłędem, co później skończyło się drobną niestrawnością.
Po krótkim odpoczynku i filiżance aromatycznej herbaty ruszyliśmy dalej.
Czekała nas wspinaczka na Umm Fruth Rock Arch – imponujący, wysoki łuk skalny z zapierającą dech panoramą. Wejście odbywa się bez żadnych zabezpieczeń, a zejście… w pozycji kraba. Wszyscy daliśmy radę, choć nie obyło się bez krótkiego ataku paniki.
Krążąc po pustyni, co chwilę zatrzymywaliśmy się, by podziwiać niezwykłe formacje skalne, zrobić zdjęcia przy Mushroom Stone – skale przypominającej grzyba albo nakarmić wielbłądy pozostałą z obiadu pitą.
W pewnym momencie rozpoczął się szaleńczy pościg za słońcem. Byliśmy niemal pewni, że nie uda się zrealizować jednego z punktów programu – zachodu słońca na pustyni. Nasz przewodnik robił jednak wszystko, by się udało. Kilka razy zakopaliśmy się w piasku, pędziliśmy, wzbijając tumany kurzu, aż wydawało się, że już zapadł zmrok… a jednak. Dotarliśmy na punkt widokowy i zanim słońce schowało się za horyzontem, zrobiliśmy setki romantycznych zdjęć.
Pozostało jeszcze dotrzeć do obozu. Wybraliśmy nocleg w namiotach typu bubble – z własną łazienką, klimatyzacją i ogrzewaniem oraz przeszkloną ścianą, przez którą można było podziwiać pustynną panoramę. Na miejscu czekała na nas kolacja beduińska, a potem spokojne delektowanie się herbatą przy ognisku.
To był dzień niezwykły – pełen wrażeń, oszałamiających widoków, prostego, pysznego jedzenia i refleksji:
tak właśnie warto żyć.