Jordania 2025

Jordania Trip - Petra bez swetra czyli listopadowa ucieczka w słońce

Do wyjazdu skłoniła nas potrzeba oderwania się od burej, polskiej codzienności oraz moje dawne marzenie podróżnicze – zobaczyć Petrę. Przygotowania wzięłam całkowicie na siebie: zaplanowałam trasę, wybrałam najciekawsze punkty, zarezerwowałam hotele, samochód i kupiłam Jordan Pass. Trochę mnie to stresowało – wiedziałam, że jeśli coś pójdzie nie tak, będzie tylko jedna „matka porażki”. Na szczęście nastroje były świetne, a zawieszenie broni w strefie Gazy i względny spokój w regionie napawały optymizmem. Pogoda zapowiadała się idealnie. Przed nami osiem dni zwiedzania, relaksu, słońca i spotkania z obcą kulturą.

Ahoj, przygodo!

Kraków - Amman

Dolot - rent a car - hotel

Lot mieliśmy zaplanowany na 6:50, więc pobudka wypadła o 3:00. Nie było łatwo się zebrać, bo stres przedwyjazdowy nie pozwolił nam porządnie się wyspać. Poranne przygotowania zaczęłam od zrobienia tradycyjnych bułek z jajkiem. Potem szybkie sprawdzenie plecaków z listą kontrolną, podlanie kwiatów i o 4:20 siedzieliśmy już w samochodzie Uli. Po drodze zgarnęliśmy jeszcze Wojtka i o 5:00 byliśmy na lotnisku.

Kolejek nie było, więc zarówno kontrolę bezpieczeństwa, jak i paszportową przeszliśmy błyskawicznie. Zastanawialiśmy się tylko, czy nasz lot nie zostanie odwołany z powodu gęstej mgły. Ula, nasza rodzinna specjalistka, szybko rozwiała nasze obawy,  samolot nocował w Krakowie, więc był gotowy do startu, a poza tym start we mgle jest łatwiejszy niż lądowanie. Dodała jeszcze, że Ryanair naprawdę nie lubi odwoływać lotów. Brzmiało to uspokajająco.

Faktycznie – wystartowaliśmy punktualnie, lot przebiegł bez najmniejszych zakłóceń i o 12:30 czasu jordańskiego wylądowaliśmy w Ammanie. Powitało nas słońce i 24 stopnie wielce przyjemnego ciepła. Od razu poczuliśmy, że jesteśmy na urlopie. W tamtej chwili obiecałam sobie, że ucieczka z polskiego listopada w ciepłe kraje stanie się naszym corocznym rytuałem.

Pierwszą misją na lotnisku była wymiana dolarów na dinary. Szybko jednak okazało się, że kurs w kantorze jest fatalny, więc na opłatę za samochód i pierwsze wydatki wyjęliśmy gotówkę z bankomatu. Polecana na polskich grupach wypożyczalnia podstawiła nam całkiem przyzwoite auto za rozsądną cenę – bez depozytu, z pełnym ubezpieczeniem i kartą SIM z nielimitowanym internetem.

Wacek od razu zadeklarował się jako kierowca i już na starcie radził sobie doskonale. A jazda po jordańskich drogach to sport ekstremalny: brak pasów, nieoznakowane progi zwalniające i jedna zasada ruchu: „trąb i wpychaj się”. Jego spokój okazał się bezcenny.

Zwłaszcza gdy tuż po wyjeździe z lotniska omal nie zakończyliśmy wakacji, zanim na dobre się zaczęły. Ciężarówka jadąca z naprzeciwka z ogromną siłą uderzyła w próg zwalniający, po czym… wyskoczyła w górę. Wacek błyskawicznie odbił w prawo. Widzieliśmy, jak samochód przelatuje nad nami. Usłyszeliśmy huk uderzenia w dach – na szczęście była to tylko ziemia spod kół. Dzięki refleksowi Wacka i dużej dawce szczęścia wyszliśmy z tego cało. Emocje trzymały nas jeszcze wiele godzin.

Wybrany przeze mnie hotel w centrum Ammanu okazał się całkiem w porządku. Co prawda czystość nie była jego najmocniejszą stroną, ale na jedną noc wystarczał. Po krótkim odpoczynku poszliśmy na obiad i pierwszy spacer po mieście. Najbardziej zapadł nam w pamięć moment, gdy zatrzymaliśmy się w kawiarni tuż pod szczytem Cytadeli: gorąca czekolada, świeżo wyciskany sok z granatów, a przed nami widok na Teatr Rzymski i całą panoramę Ammanu, rozświetloną tysiącem świateł.

Patrzyłam na to wszystko z poczuciem, że właśnie zaczyna się nasza 8-dniowa jordańska przygoda. Moje podróżnicze marzenie.

Dzień 2 - poniedziałek, 10 listopada 2025 r.

Jerashl, Madaba,

Pobudkę zarządziłam na siódmą – czekał nas długi, intensywny dzień. Ale najpierw śniadanie… Przeżyliśmy z Wackiem prawdziwe dejaviu, bo zestaw śniadaniowy wyglądał dokładnie tak, jak rok wcześniej w Maroku: jajka na twardo, jogurt naturalny, wędlina o zapachu psiej karmy gorszego sortu, serki topione, pomidorki, oliwki i zielone ogórki. Do tego herbata, kawa, woda, chleb tostowy i pity. Niby skromnie, ale okazało się smacznie i syto.

Po śniadaniu spakowaliśmy plecaki i ruszyliśmy w drogę do Jerash, najlepiej zachowanego rzymskiego miasta w Jordanii. Choć to zaledwie 50 km, jazda samochodem po jordańskich drogach to nie lada wyzwanie: nieoznaczone progi zwalniające, brak pasów ruchu i kierowcy, którzy najwyraźniej mają własny kodeks drogowy. Mimo początkowego stresu Wacek szybko się odnalazł i zaczął traktować jazdę jak zabawę na gokartach.

Jerash okazało się miejscem absolutnie niezwykłym, wystarczy odrobina wyobraźni, by poczuć się jak w starożytnym Rzymie. Monumentalne świątynie, strzeliste kolumny, zachwycające ornamenty – wszystko to robi ogromne wrażenie. Spędziliśmy tam ponad trzy godziny, pełne ochów i achów. Przetestowaliśmy też akustykę rzymskich amfiteatrów: stojąc dokładnie w oznaczonym miejscu, słyszeliśmy, jak głos niesie się po całym teatrze. Ula dała się nawet namówić na przymiarkę arabskiej chusty, nie przypadła jej jednak do gustu, więc z zakupu zrezygnowaliśmy, ku niezadowoleniu sprzedawcy, który i tak oczekiwał napiwku.

Nasyceni starożytnością ruszyliśmy dalej, tym razem do Madaby. Do pokonania było zaledwie 80 km, ale niezliczone progi zwalniające i korki w okolicach Ammanu wydłużyły podróż do półtorej godziny. Nasz hotel znajdował się w samym centrum, tuż naprzeciwko Cerkwi św. Jerzego. Po zameldowaniu właśnie tam skierowaliśmy pierwsze kroki. To obowiązkowy punkt wizyty w Madabie, na posadzce cerkwi znajduje się słynna mozaikowa mapa Ziemi Świętej z VI wieku, ułożona z dwóch milionów kamieni. Do dziś zachowały się jej fragmenty z Jerozolimą, Morzem Martwym, rzeką Jordan i Jerychem.

Kolejnym punktem był przypadkowo odkryty Meczet Króla Husajna. Początkowo wahaliśmy się, czy w ogóle można tam wejść, ale zostaliśmy serdecznie zaproszeni przez imama. Ubrani (ja i Ula) w czarne abaje, wysłuchaliśmy jego opowieści o islamie i zasadach długowieczności muzułmanów – było to jedno z milszych zaskoczeń dnia.

Z meczetu przeszliśmy do Kościoła Ścięcia św. Jana, łączącego w sobie funkcję świątyni i muzeum. Z ciekawością zeszliśmy do rozległych podziemi, a potem wspięliśmy się na wieżę, najwyższy punkt w mieście. Z góry rozciągał się przepiękny widok na całą Madabę. W podziemiach oglądaliśmy przedstawienie głowy św. Jana za szybą i czytaliśmy historię jego męczeństwa – opowieść o tancerce, Herodzie i obietnicy, której nie dotrzymał.

Wieczór zakończyliśmy lokalnym jedzeniem. Najpierw, kierując się opiniami z Google’a, trafiliśmy do niepozornego miejsca, które z zewnątrz wyglądało dość obskurnie. Okazało się jednak strzałem w dziesiątkę, wszystko było świeże i pyszne, a grillowane warzywa smakowały mi najbardziej. Potem skusiliśmy się jeszcze na restaurację z „najlepszą kuchnią lokalną”. Dania były ciekawe, choć bez zachwytu, za to świeżo wyciskany sok z granatów był wyborny, a miętowa herbata podana gratis na zakończenie posiłku była miłym akcentem.

Objedzeni i zadowoleni marzyliśmy już tylko o odpoczynku. Przed nami kolejny dzień – nowe miejsca, przygody i wyzwania w Jordanii.

Dzień trzeci: 11 listopada 2025 r.

Góra Nebo, Betania, morze Martwe,

Odzyskanie niepodległości świętowaliśmy religijnie. Nocleg w Madabie okazał się bardzo udany i z pełnym przekonaniem mogę polecić naszą miejscówkę. Również poranne śniadanie było smaczne i różnorodne. Zjedliśmy je na zewnątrz, mimo że poranek był rześki. Nasyceni i zadowoleni ruszyliśmy na dalszy podbój Jordanii.

Pierwszym celem tego dnia była Góra Nebo – miejsce, z którego Mojżesz miał ujrzeć ziemię obiecaną przez Boga Izraelitom. Na szczycie znajduje się sanktuarium poświęcone Mojżeszowi oraz park archeologiczny. Całość traktowana jest jako miejsce święte. Czy zrobiło to na mnie wrażenie? Chyba tak – szczególnie wężowy krzyż z brązu oraz historia Mojżesza, który po czterdziestu latach wędrówki mógł wreszcie zobaczyć ziemię obiecaną, lecz nie wolno mu było do niej wejść, z powodu wcześniej popełnionego grzechu.

Dalej było już tylko intensywniej w przeżycia. Kolejnym przystankiem była Betania za Jordanem – miejsce działalności św. Jana Chrzciciela. To właśnie tutaj Jezus z Nazaretu został ochrzczony, a domniemane miejsce tego wydarzenia zostało odkryte i udostępnione turystom oraz pielgrzymom. Betania za Jordanem leży na wschodnim brzegu rzeki Jordan, około dziesięciu kilometrów na północ od Morza Martwego, nieopodal mostu granicznego Króla Husajna.

Obszar parku archeologicznego jest rozległy, dlatego do najważniejszych punktów dowozi niewielki autobusik. Zwiedzanie indywidualne nie jest możliwe – teren znajduje się przy linii granicznej, wynikającej z traktatu pokojowego z 1994 roku pomiędzy Jordanią a Izraelem, a właściwie Zachodnim Brzegiem Jordanu pozostającym pod kontrolą Autonomii Palestyńskiej.

Najważniejszym miejscem, które zobaczyliśmy i o którym wysłuchaliśmy opowieści, było miejsce chrztu Jezusa. Odkryto tam pozostałości aż pięciu kościołów wzniesionych ku upamiętnieniu tego wydarzenia, marmurowe schody oraz kapliczkę wybudowaną dokładnie nad miejscem ceremonii ochrzczenia Syna Bożego. Znajduje się tu jedyny na świecie krzyżowy basen chrzcielny wykorzystujący wodę rzeczną.

Następnie odwiedziliśmy grecki kościół prawosławny pod wezwaniem św. Jana Chrzciciela. Tuż za nim zeszliśmy na brzeg Jordanu – i to właśnie to miejsce wywarło na nas największe wrażenie tego dnia. Pod czujnym okiem pograniczników, po obu stronach rzeki odbywały się chrzty. Po naszej, jordańskiej stronie, do ceremonii przystąpili Filipińczycy, ubrani w specjalne białe koszule i otoczeni opieką swoich kapłanów. Chrzest dorosłych ludzi, świadomie deklarujących przynależność do wspólnoty i chęć życia zgodnie z przykazaniami wiary, to doświadczenie niezwykle poruszające – nawet dla mojego agnostycznego serca.

Oboje z Wackiem zanurzyliśmy dłonie w świętej, choć brudnej rzece.

Busik odwiózł nas z powrotem do centrum turystycznego, gdzie zostawiliśmy samochód. Całość zwiedzania zajęła około trzech godzin i mogę z pełnym przekonaniem powiedzieć: było warto.

Ruszyliśmy dalej. Tego dnia mieliśmy dotrzeć w okolice Petry, ale po drodze czekał nas jeszcze obowiązkowy punkt programu – Morze Martwe. To w rzeczywistości ultrasłone, bezodpływowe jezioro, wciśnięte między Jordanię, Izrael i Palestynę. Położone w najgłębszej depresji na świecie, stanowi jednocześnie najniższy punkt na Ziemi. Morze Martwe kurczy się w zastraszającym tempie, tracąc około jednego metra rocznie. Miejmy nadzieję, że nie zniknie całkiem – być może uratuje je planowana współpraca Jordanii z Izraelem, zakładająca transport wody z Morza Czerwonego.

Znalezienie miejsca z łagodnym zejściem do wody nie było łatwe. Hotele pobierają wysokie opłaty za dostęp do morza, oferując w zamian czystą plażę i prysznice ze słodką wodą. Nie chcieliśmy płacić. W końcu trafiliśmy na miejsce, gdzie zejście do wody było krótkie i w miarę wygodne, a w prowizorycznym baraku z dykty lokalni mieszkańcy oferowali prysznic za jedyne trzy jodany.

W Morzu Martwym wykąpał się tylko Wacek – i bardzo mu tego doświadczenia zazdrościłam. Ja miałam nogi poranione po kocich harcach i obawiałam się kontaktu z tak słoną wodą. Zanurzyłam jednak stopy, więc plan minimum został wykonany.

Dzisiejszy i kolejny nocleg mieliśmy zarezerwowany w Petra Magic House. Droga prowadząca do tego miejsca wiodła przez absolutnie piękne, majestatyczne masywy skalne. Błogosławiliśmy swoją przezorność, że dotarliśmy na miejsce jeszcze za dnia, przejazd tą trasą po ciemku byłby co najmniej karkołomny, jeśli nie niemożliwy. Dzięki temu mogliśmy podziwiać zapierające dech w piersiach krajobrazy w blasku zachodzącego słońca.

Na miejscu czekała na nas tradycyjna beduińska kolacja, zarezerwowana wcześniej i podana w beduińskim namiocie. Dostaliśmy kurczaka z ryżem oraz prostą sałatkę z pomidora i ogórka – prosto i smacznie. W trakcie kolacji gospodarz próbował przerobić Wacka na Beduina, a przy okazji sprzedać nam wszystko, czym dysponował: chusty, szale, olejki i arabskie perfumy. Musieliśmy wykazać się sporą odpornością, by nie ulec jego technikom sprzedażowym.

To był długi, intensywny dzień. A jutro czekała na nas Petra – punkt z mojej bucket list.

Dzień czwarty: 12 listopada 2025r.

Petra bez swetra

Ten dzień opiszę bardzo krótko, bo Petry trzeba doświadczyć, a nie czytać o niej. Cokolwiek przeczytałam wcześniej, nie oddawało tego cudu, który zobaczyłam na własne oczy.

O podróży do Petry marzyłam od 2008 roku, kiedy w pracy poznałam Elę. Miała wtedy tyle lat, co ja teraz i właśnie wróciła z Petry. Snuła fantastyczne opowieści i pokazywała piękne zdjęcia. Wtedy obiecałam sobie, że ja też tam pojadę. W 2020 roku – podróż do Petry znalazła się na mojej liście 100 rzeczy, które chciałam zrobić przed śmiercią. Długo musiałam czekać, by w końcu to marzenie urzeczywistnić… i powiem jedno: warto było!

Sądzę, że na każdym z uczestników naszej wyprawy Petra zrobiła wrażenie, choć każdy przeżywał to w indywidualny sposób. U mnie szczęście mieszało się ze świadomością unikalności tego doświadczenia: pewnie już tam nie wrócę – moja „bucket list” jest długa, a czas się kurczy…

Spędziliśmy w Petrze cały dzień i kawałek nocy, podziwialiśmy ją o poranku, patrząc jak cień powoli ustępuje, odsłaniając jej piękno, w pełnym słońcu, w „złotej godzinie” i w blasku świec. Wielokrotnie zachwyt odbierał mi mowę…, mogłam tylko stać i chłonąć niesamowite widoki. Zatrzymałam je na zdjęciach, nagraniach, a przede wszystkim – w sercu… I cieszę się ogromnie, że mogłam je dzielić z ludźmi, których kocham.

A z prozaicznych rzeczy – kilka tipów:

– warto kupić dodatkowo doświadczenie „Petra by night” – spacer w nocy drogą oświetloną tysiącami świec, multimedialny spektakl na fasadzie Skarbca Faraona i poczęstunek beduińską herbatą – dają niezapomniane wrażenia,

– do Petry trzeba wejść o poranku – to pozwoli uniknąć tłumów i upału, i dużo zobaczyć,

– nie należy przerażać się wspinaczką do Monastyru – powoli, z przystankami niemal każdy da radę,

– warto mieć swoje jedzenie: kanapki, przekąski, w porze obiadowej w restauracjach są tłumy,

– nasza miejscówka „Petra Magic House” jest stanowczo przereklamowana na bookingu: pokoje są znośne, ale posiłki bardzo skromne. Na śniadanie dostaliśmy po jednym jajku, chleb tostowy i trochę dżemu. Kolacja też nie powaliła. Ważne jednak że była, bo we wsi, w której mieszkaliśmy zjedzenie „na mieście” było raczej niemożliwe.

– A i najważniejsze, nasz gospodarz oferował nam produkty w cenie kilka razy wyższej niż w Petrze. Jak dobrze, że nie daliśmy się namówić na zakupy u niego.

Usypialiśmy pełni wrażeń. A przecież kolejny dzień miał być nie mniej ekscytujący…

 

Dzień piąty: 13 listopada 2025 r.

Wadi Rum - pustynne bańki

Na ten dzień zaplanowaliśmy Wadi Rum.

Poranek rozpoczęliśmy od śniadania. Nasza gospodyni, widząc, że nie da się nam już wcisnąć żadnych chust ani perfum, najwyraźniej uznała, że nie ma potrzeby przykładać się do atrakcyjności posiłku. Dostaliśmy po jednym jajku na twardo, serku topionym i kromce chleba tostowego. Szczerze cieszyliśmy się, że to definitywny koniec naszej przygody z Petra Magic House.

Przejazd do Wadi Rum miał zająć około dwóch godzin. I tu muszę się pochwalić – po drodze wykazałam się wyjątkową czujnością, przypominając Wackowi o tankowaniu. To nie była błahostka: przez całą dalszą trasę do Wadi Rum nie zauważyliśmy ani jednej stacji benzynowej.

Zwiedzanie pustyni postanowiliśmy tym razem odbyć z przewodnikiem. Okazało się to strzałem w dziesiątkę. Koszt nie był wysoki, a w zamian otrzymaliśmy naprawdę atrakcyjny i przemyślany program. To był jeden z tych momentów, kiedy ani przez chwilę nie żałowałam wydanych pieniędzy – samodzielna organizacja byłaby trudna i stresująca. Zrozumieliśmy to od razu po dotarciu do centrum turystycznego. Wzdłuż drogi stały dziesiątki naganiaczy, przekrzykujących się i usiłujących nakłonić nas do skorzystania z ich usług. Na szczęście nasz przewodnik już na nas czekał. Pojechaliśmy za nim na parking, zostawiliśmy samochód i przesiedliśmy się do jeepa. Tak rozpoczęła się nasza 24-godzinna przygoda z pustynią Wadi Rum.

Pogoda była idealna: słonecznie, około 22 stopni. Doskonałe warunki do eksplorowania pustyni, która z każdym kolejnym kilometrem odsłaniała swoje niezwykłe piękno. Zwiedzanie zaczęliśmy od cmentarza i pozostałości świątyni Nabatejczyków. Później jechaliśmy śladami Lawrence’a z Arabii, odwiedzając Lawrence Spring i Lawrence’s House. Próbowaliśmy wspiąć się na wydmę Red Sand Dune i przecisnąć przez Kanion Khazali, podziwiając naskalne inskrypcje – petroglify.

W pewnym momencie pustynia postanowiła pokazać swoje drugie oblicze. Zerwał się wiatr, temperatura gwałtownie spadła, a drobinki piasku zaczęły wirować w powietrzu, wciskając się do oczu i ust i ograniczając widoczność do kilku metrów. Na szczęście burza piaskowa trwała zaledwie kilkanaście minut. Nasz przewodnik wykorzystał ten czas, by znaleźć zaciszne miejsce na postój i przygotować obiad w beduińskim stylu.

Wszyscy zaangażowaliśmy się w zbieranie chrustu, a Wacek również w rozpalanie i podtrzymywanie ognia. Obiad był niezwykle prosty: duszona cebula, papryczki chili, trzy rodzaje fasoli i pomidory, mocno doprawione, do tego tuńczyk, kozi ser, hummus, świeże warzywa i pita. W otoczeniu pustynnego majestatu smakowało to jak danie z najlepszej restauracji. Jedliśmy z prawdziwą przyjemnością,  Wojciech wręcz z lekkim obłędem, co później skończyło się drobną niestrawnością.

Po krótkim odpoczynku i filiżance aromatycznej herbaty ruszyliśmy dalej.

Czekała nas wspinaczka na Umm Fruth Rock Arch – imponujący, wysoki łuk skalny z zapierającą dech panoramą. Wejście odbywa się bez żadnych zabezpieczeń, a zejście… w pozycji kraba. Wszyscy daliśmy radę, choć nie obyło się bez krótkiego ataku paniki.

Krążąc po pustyni, co chwilę zatrzymywaliśmy się, by podziwiać niezwykłe formacje skalne, zrobić zdjęcia przy Mushroom Stone – skale przypominającej grzyba albo nakarmić wielbłądy pozostałą z obiadu pitą.

W pewnym momencie rozpoczął się szaleńczy pościg za słońcem. Byliśmy niemal pewni, że nie uda się zrealizować jednego z punktów programu – zachodu słońca na pustyni. Nasz przewodnik robił jednak wszystko, by się udało. Kilka razy zakopaliśmy się w piasku, pędziliśmy, wzbijając tumany kurzu, aż wydawało się, że już zapadł zmrok… a jednak. Dotarliśmy na punkt widokowy i zanim słońce schowało się za horyzontem, zrobiliśmy setki romantycznych zdjęć.

Pozostało jeszcze dotrzeć do obozu. Wybraliśmy nocleg w namiotach typu bubble – z własną łazienką, klimatyzacją i ogrzewaniem oraz przeszkloną ścianą, przez którą można było podziwiać pustynną panoramę. Na miejscu czekała na nas kolacja beduińska, a potem spokojne delektowanie się herbatą przy ognisku.

To był dzień niezwykły – pełen wrażeń, oszałamiających widoków, prostego, pysznego jedzenia i refleksji:

tak właśnie warto żyć.

Dzień szósty: 14 listopada 2025 r.

Akaba

Dzień zaczęliśmy dość wcześnie, już o ósmej byliśmy umówieni z naszym przewodnikiem na odbiór z ośrodka.

Ale najpierw śniadanie, które okazało się bardzo różnorodne i naprawdę smaczne. Miła odmiana po wczorajszych jajkach na twardo. Na wynos zabraliśmy pity dla wielbłądów.

Pierwszą atrakcją dnia była przejażdżka na wielbłądach. Skorzystali z niej tylko Ula i Wojtek. Ja z Wackiem mieliśmy to już za sobą w Maroku i obiecaliśmy sobie jedno: nigdy więcej. Dzieciaki były nieco zawiedzione, bo właściciel nie pozwolił nakarmić swoich zwierząt. Nasz przewodnik ruszył więc na poszukiwanie innych amatorów pity. Napotkane wielbłądy szybko uwolniły nas od zapasów i pozwoliły sfotografować się z każdej możliwej strony.

Godzinę później, po pożegnaniu z przewodnikiem, ruszyliśmy dalej na południe – do Akaby. Zanim wjechaliśmy do miasta, czekała nas kontrola paszportowa. Widzieliśmy, że miejscowi byli sprawdzani dość szczegółowo, łącznie z otwieraniem bagażników i bagaży. W naszym przypadku pogranicznik z uśmiechem zapytał jedynie, skąd jesteśmy, i życzył nam udanego pobytu.

Jak doczytaliśmy w internetach, Akaba znalazła się w granicach Jordanii dzięki wymianie terytorialnej z Arabią Saudyjską, która w zamian za kawałek pustyni oddała Jordanii dziesięć kilometrów wybrzeża. Miasto jest dziś strefą wolnocłową, co teoretycznie oznacza niższe ceny. Nie weryfikowaliśmy tego szczególnie dokładnie – nasze zakupy ograniczyły się do wody i dwóch flakoników arabskich perfum.

Akaba jest jedynym miastem Jordanii z dostępem do morza. To właśnie tutaj znajdują się piękne rafy koralowe, przyciągające tłumy turystów i miłośników nurkowania. My również planowaliśmy snorkeling. Pogoda jednak trochę się popsuła – nadal było słonecznie, ale już wyraźnie chłodniej. Poza tym chłopaki marzyli o odpoczynku w hotelu. Trudno się dziwić, poprzednie dni były bardzo intensywne, a hotel mieliśmy wyjątkowo przyjemny, z basenem na ostatnim piętrze.

Popołudnie upłynęło więc pod znakiem relaksu. Wojtek wybrał drzemkę, Wacek skorzystał z basenu, a my z Ulą poszłyśmy do hammamu. Przez trzy godziny oddawałyśmy się czystej przyjemności: masaże, peelingi, sauna, wanna z bąbelkami i witaminowe drinki. Wszystko to w wyłącznym towarzystwie kobiet. To jedno z niewielu miejsc, gdzie kobiety mogą chodzić w negliżu i czuć się w pełni bezpiecznie.

W Akabie znajduje się jedna publiczna plaża, położona w samym sercu miasta. Nie jest to jednak miejsce odpowiednie na relaks w bikini. Plażę odwiedzają głównie miejscowi, często całymi rodzinami. Kobiety siedzą zakryte, kąpią się w specjalnych, zabudowanych strojach. Kobieta w bikini wzbudziłaby niemałą sensację.

Na plażę wybraliśmy się wieczorem, już tylko na spacer. Tylko ja zdjęłam buty i zanurzyłam stopy w Morzu Czerwonym.

O Akabie pisze się, że jest najbardziej ortodoksyjnym miastem w Jordanii. My jednak tego nie zauważyliśmy. Mam wrażenie, że więcej zakrytych kobiet widzieliśmy w Ammanie. Nawet pod meczetem – którego nie udało nam się zwiedzić, bo był piątek, dzień szczególnej modlitwy (Jumu’ah) – nie było kobiet w burkach, a jedynie w hidżabach.

Wieczór w Akabie był cichy i kojący. Po kilku bardzo intensywnych dniach pozwoliliśmy sobie na prawdziwy odpoczynek – bez planów, bez pośpiechu, z myślami płynącymi równie leniwie jak fale Morza Czerwonego. Ciepłe powietrze, zapach soli i miękkie światło miasta sprawiały, że wszystko zwalniało, jakby Jordania dawała nam chwilę oddechu przed drogą powrotną.

Bo następnego dnia nie czekały nas już spektakularne atrakcje ani kolejne „must see”. Czekała nas droga. Długa, spokojna, prowadząca na północ – z powrotem do Ammanu. Dzień spędzony głównie w samochodzie, w rytmie zmieniających się krajobrazów, rozmów, ciszy i myśli porządkujących się same.

Dzień siódmy: 15 listopada 2025 r.

Deszcz w Jordanii

Ten dzień miał być inny niż wszystkie, bez wielkich atrakcji i ekscytacji. Dzień drogi. Powrót z Akaby do Ammanu, z południa na północ Jordanii.

Śniadanie jedliśmy na tarasie na dachu hotelu. Szwedzki stół pozwalał każdemu znaleźć coś dla siebie, ale mnie najbardziej urzekła słodka herbata z kardamonem, podawana ze świeżymi listkami mięty. Obiecałam sobie, że kupię ją na zapas i będę parzyć w długie, zimowe wieczory – na wspomnienie tego wyjazdu.

Po śniadaniu i krótkim odpoczynku ruszyliśmy w drogę. Plan był ambitny: zahaczyć jeszcze o Morze Martwe i dać mi szansę na kąpiel, której wcześniej sobie odmówiłam. Moje zadrapania na nogach zdążyły się już nieco zagoić, więc byłam gotowa. Niestety pogoda miała inne plany – zrobiło się chłodno, a silny wiatr skutecznie odebrał mi odwagę. Trudno. Może innym razem.

Pojechaliśmy więc prosto do Al-Karak. Nazwa odnosi się zarówno do miasta, jak i górującego nad nim zamku z czasów krzyżowców. Ciekawostką jest fakt, że miasto to zostało uwiecznione na mozaikowej mapie w Madabie. Zamek położony jest na wysokich skałach, a dojazd do niego bywa dość karkołomny. Z murów rozciąga się imponujący widok na całe Al-Karak.

Mimo że nie był to sezon turystyczny, zaraz po wyjściu z samochodu podeszło do nas kilku miejscowych z klasycznym: „Where are you from, my friend?” i nieśmiertelnym „Welcome to Jordan”. Zapraszali do sklepików i restauracji, serdecznie, ale nienatrętnie, jak wszędzie w Jordanii.

Wejście do zamku było dla nas bezpłatne dzięki Jordan Pass, choć wiązało się z kontrolą bezpieczeństwa – w 2006 roku doszło tu do zamachu terrorystycznego, w którym zginęło 14 osób. Przeszliśmy się po ruinach, a Wojtek – jak zwykle doskonale przygotowany – opowiedział nam kilka historycznych ciekawostek związanych z tym miejscem.

Było już popołudnie, więc głód dał o sobie znać. Myśl o zbliżającym się powrocie do domu przełożyła się na kulinarne tęsknoty – zachciało nam się pizzy. Trafiliśmy do klimatycznej pizzerii, w której oprócz jedzenia odbywała się też swoista „garażowa wyprzedaż”. Nie mogłam się powstrzymać: kupiłam figurkę aniołka dla Wacka oraz uroczą retro choinkę na baterie, grającą „Silent Night”. Ten drobiazg miał dla mnie symboliczne znaczenie – znak chrześcijańskich świąt kupiony w arabskim kraju, w samym środku podróży pełnej kontrastów.

Przez resztę drogi do Ammanu towarzyszył nam deszcz. Jordania powoli oswajała nas z myślą o powrocie do jesiennej Polski. Na koniec czekał na nas hotel, który oferował odrobinę luksusu – najdroższy z całej podróży, ale wart swojej ceny. Dostaliśmy apartament z dwiema sypialniami, dwiema łazienkami i salonem z aneksem kuchennym. Duże, wygodne łóżka kusiły, by zostać, ale my wciąż mieliśmy ochotę na miasto.

Wybraliśmy się więc jeszcze na wieczorny spacer po centrum Ammanu. Delikatnie kropiło, ale szło się przyjemnie. Kupiliśmy ostatnie pamiątki dla bliskich i do hotelu wróciliśmy taksówką.

To był dzień wyciszenia. Bez fajerwerków, ale potrzebny. Jak głęboki oddech przed ostatnim rozdziałem tej podróży.

Dzień ósmy: 16 listopada 2025r.

Petra bez swetra - the last chapter...

Ostatni poranek w Jordanii przywitał nas wyjątkowo hojnie. Śniadanie w hotelu było naprawdę rewelacyjne – różnorodne, dopracowane, takie, które pozwalało celebrować fakt, że to jeszcze tu, jeszcze teraz. Jedliśmy bez pośpiechu, trochę już myślami w drodze, a trochę wciąż zanurzeni w minionych dniach.

Po śniadaniu wybraliśmy się na krótki spacer po centrum Ammanu. To był ten rodzaj spaceru, kiedy nie trzeba już niczego „odhaczać”. Miasto było tłem dla rozmów, wspomnień i cichego oswajania powrotu. Dokupiliśmy ostatnie magnesy i drobne pamiątki – te symboliczne, które po przyklejeniu do lodówki będą codziennie przypominać, że Jordania wydarzyła się naprawdę.

Potem przyszedł czas na oddanie samochodu. Zrobiliśmy to sprawnie, niemal rutynowo, choć jeszcze kilka dni wcześniej jazda po jordańskich drogach wydawała się egzotycznym wyzwaniem. Teraz była już tylko kolejnym wspomnieniem do kolekcji.

Wylot mieliśmy o 13.30. Lot przebiegł spokojnie, a pogoda w Krakowie okazała się łaskawa – bez mgły, bez komplikacji. Bezpiecznie wylądowaliśmy w Balicach, gdzie na parkingu czekał samochód Uli. Jeszcze chwila wspólnej drogi, ostatnie rozmowy, pożegnania – i każdy z nas wrócił do swojego codziennego świata.

Tak zakończyła się nasza jordańska przygoda.

Z głową pełną obrazów, sercem poruszonym bardziej, niż się spodziewałam, i z poczuciem, że spełnione marzenia mają niezwykłą moc. Uczą wdzięczności, odwagi i przypominają, że warto marzyć dalej.

Bo podróże nie kończą się w momencie lądowania. One zostają. W nas.