City break Genuański

Hapi berzdej to Genua

Weekend w Genui był prezentem urodzinowym dla Wacka.
Uwielbiam robić prezenty. Jeszcze bardziej lubię takie, których nie da się postawić na półce, schować do szuflady ani zapakować w ozdobny papier. Największą radość sprawiają mi prezenty będące przeżyciem, doświadczeniem, wspomnieniem, które zostaje na długo.
Tym razem wybór padł na Genuę. Na tyle blisko, żeby nie tracić dużo czasu na loty. Na tyle daleko, by udało się uciec od zimowej aury. I może właśnie dlatego wydawało się idealnym miejscem na krótki, wspólny wypad.
Miałam nadzieję, że ten prezent spodoba się Wackowi. Że uda nam się na chwilę wyrwać z codzienności, pospacerować po włoskich uliczkach, zjeść coś smacznego i po prostu pobyć razem.
A czy weekend okazał się udany? O tym już za chwilę.

Dzień pierwszy: 20 lutego 2026r.

Luksusowo to mamy w domu, czyli wieczorny desant na Genuę

Do Genui lecieliśmy wieczornym lotem. Piątek był więc dla nas całkowicie normalnym dniem pracy. Ja spędziłam go w biurze, a Wacek prowadził swoje zajęcia w szkole.
Starałam się wykonywać wszystkie obowiązki jak należy, ale głowa była już gdzie indziej. Myślami wystawiałam twarz do włoskiego słońca, spacerowałam wąskimi uliczkami i sączyłam poranne cappuccino.
Niby był dopiero luty, a ja już desperacko potrzebowałam wyjechać. Wyrwać się z codzienności. Przewietrzyć głowę. Zmienić perspektywę choćby na kilka dni.
Po powrocie z pracy zdążyłam jeszcze zrobić kanapki z jajkiem na drogę, spakować nasze małe plecaki i podrapać koty na pożegnanie.
Nie zdążą nawet zauważyć, że wyjechaliśmy, a my już będziemy z powrotem.
Podróż przebiegła spokojnie. Miłym zaskoczeniem okazał się dojazd z lotniska do centrum Genui. Z samego lotniska kursuje autobus, który dowiózł nas do stacji kolejowej, gdzie bez problemu przesiedliśmy się do pociągu jadącego do centrum miasta.
Wszystko było świetnie skoordynowane i choć wylądowaliśmy przed godziną dwudziestą trzecią, nie napotkaliśmy żadnych trudności.
Nie tak jak w Pafos, gdzie po nocnym lądowaniu na podróżnych czekała jedynie armia taksówkarzy gotowych przejąć zawartość portfela.
Szybko okazało się również, że dobrze wybrałam nocleg. Znajdował się zaledwie dwieście metrów od stacji kolejowej. O tej porze dnia była to wiadomość niemal równie dobra jak sam przylot do Włoch.
Nie musieliśmy błądzić po mieście ani ciągnąć bagaży przez kolejne kilometry.
Zameldowanie również przebiegło bezproblemowo. Klucz czekał na nas w skrytce, a wszystkie instrukcje otrzymałam wcześniej mailem.
Nasz pokój znajdował się w dużym mieszkaniu, w którym kuchnia i salon były wspólne dla wszystkich gości. Zamówiłam pokój z prywatną łazienką. I rzeczywiście była prywatna. Miała tylko jeden drobny mankament – znajdowała się poza pokojem.
Nie było to może najbardziej komfortowe rozwiązanie, ale na dwie noce nie potrzebowaliśmy szczególnych wygód.
Zresztą często powtarzamy sobie w takich sytuacjach: luksusowo to my mamy w domu.
I z taką myślą zakończyliśmy pierwszy dzień naszej genueńskiej przygody.

Dzień drugi: sobota 21 lutego 2026 r.

Od chrztu Kolumba do najlepszej focacci: Genua okiem turystów, którzy nie słuchają przewodników

Genua miała być bez planu.
Jedyne założenie tego wyjazdu było proste: odpocząć i spędzić razem czas. Bez obowiązków, bez pośpiechu, bez listy miejsc do odhaczenia.
Zwiedzanie rozpoczęliśmy od Piazza della Vittoria, choć nie była to szczególnie przemyślana decyzja. Po prostu mieszkaliśmy dosłownie kilka kroków od tego placu. Stamtąd niespiesznie ruszyliśmy w kierunku starego miasta.
Z mojej poprzedniej podróży do Genui, kiedy byłam tu z dziećmi, najlepiej zapamiętałam port. To właśnie tam chciałam dotrzeć. Wszystko, co miało wydarzyć się po drodze, pozostawiliśmy przypadkowi.
Pierwsze kroki skierowaliśmy na Via XX Settembre – najważniejszą ulicę handlową miasta.
Rzeczywiście, na całej jej długości ciągnęły się sklepy znanych i drogich marek. Nas jednak witryny interesowały znacznie mniej niż sama ulica. Via XX Settembre jest niezwykle okazała i reprezentacyjna. Niemal cała trasa prowadzi pod eleganckimi arkadami, które chronią przed słońcem i deszczem.
Spacerując, co chwilę zadzieraliśmy głowy do góry lub patrzyliśmy pod nogi. Na sufitach i posadzkach zachowało się wiele historycznych zdobień, a niektóre mozaiki przyciągały wzrok bardziej niż sklepowe wystawy.
Mniej więcej w połowie ulicy dostrzegliśmy monumentalny most przerzucony nad Via XX Settembre. Jak się później okazało, nosi on bardzo adekwatną nazwę – Ponte Monumentale.
Oczywiście musieliśmy się na niego wspiąć.
Widok z góry pozwalał spojrzeć na ulicę z zupełnie innej perspektywy i jeszcze lepiej dostrzec jej rozmach.
Brak konkretnego planu szybko zaczął przynosić pierwsze korzyści. Skręcając w jedną z bocznych uliczek, natrafiliśmy na targ staroci i najróżniejszych osobliwości.
A to jest dokładnie ten rodzaj miejsca, który oboje uwielbiamy.
Spędziliśmy tam dłuższą chwilę, wałęsając się od stoiska do stoiska, oglądając, podziwiając i rozważając zakupy.
Mnie szczególnie zachwyciła stara lampa naftowa, przerobiona już na elektryczną. Była bogato zdobiona, pięknie zachowana i natychmiast uruchomiła moją wyobraźnię. Bez trudu widziałam ją już w remontowanym pokoju w naszym domu.
Na szczęście jej cena szybko sprowadziła mnie na ziemię i jednocześnie uwolniła od problemu, jak przewieźć ją samolotem w bagażu podręcznym.
W pobliżu Via XX Settembre trafiliśmy również do kościoła Santo Stefano – romańskiej świątyni o charakterystycznej pasiastej fasadzie i obronnej wieży.
Według informacji umieszczonej na kamiennej tablicy znajdującej się w podziemiach kościoła to właśnie tutaj został ochrzczony Krzysztof Kolumb. Świadomość przebywania w miejscu związanym z jedną z najbardziej znanych postaci epoki wielkich odkryć geograficznych działa na wyobraźnię.
Klucząc wąskimi uliczkami, dotarliśmy do serca miasta – Piazza Raffaele De Ferrari.
To główny plac Genui, miejsce, w którym spotykają się stare i nowe miasto. W jego centrum znajduje się ogromna fontanna, wokół której odpoczywają mieszkańcy i turyści.
Tego dnia plac tętnił jednak jeszcze bardziej niż zwykle. Trafiliśmy na festiwal słodyczy. Nie mogliśmy przejść obok niego obojętnie.
Chwilę później skusił aromat gorącej czekolady. Czekolada była gęsta, aksamitna i słodka. Wciąż jednak moim numerem jeden pozostaje gorąca czekolada z krakowskiego Carmello.
Zmierzając w stronę Starego Portu, odwiedziliśmy Katedrę św. Wawrzyńca – najważniejszy kościół w Genui. Już samo wejście robi wrażenie. Strzegą go dwa monumentalne lwy, a charakterystyczna biało-czarna fasada sprawia, że trudno pomylić tę świątynię z jakąkolwiek inną.
Mimo to nie katedra najbardziej zapadła nam w pamięć.
Znacznie większe wrażenie zrobiły na nas dwa inne kościoły.
Pierwszym była Bazylika Santissima Annunziata del Vastato.
Jej wnętrze dosłownie odebrało nam mowę. Miałam wrażenie, że znalazłam się w ogromnej galerii obrazów oprawionych w złocone ramy. Złoto, freski, zdobienia i przepych były obecne dosłownie wszędzie. To jedno z tych miejsc, które pozwalają wyobrazić sobie, jak bogata i potężna była niegdyś Republika Genui.
Przed bazyliką znajduje się rzeźba żebraka z wyrytymi słowami: „Byłem głodny, daliście mi jeść. Byłem spragniony, daliście mi pić.”
To jeden z tych drobnych detali, które zostają w pamięci równie długo jak największe zabytki.
Drugim miejscem, które nas zachwyciło, była Bazylika Santa Maria delle Vigne. To najstarsze sanktuarium maryjne w Genui, którego historia sięga końca X wieku. Z zewnątrz nie zapowiada tego, co czeka wewnątrz. Dopiero po przekroczeniu progu można zobaczyć imponujące barokowe dekoracje, freski i zabytkowe organy.
W Starym Porcie obowiązkowym punktem zwiedzania był Galeon Neptun. Ten imponujący żaglowiec został zbudowany na potrzeby filmu „Piraci” w reżyserii Romana Polańskiego, a dziś pełni funkcję atrakcji turystycznej i niewielkiego muzeum.
Wacek od razu wczuł się w atmosferę miejsca. Stawał za sterem, zaglądał do kajut, dotykał dział i z zainteresowaniem oglądał każdy zakamarek statku. Miałam wrażenie, że właśnie tutaj Genua zaczęła podobać mu się jeszcze bardziej.
Ze Starego Portu ruszyliśmy w stronę Zamku d’Albertis. Już samo dotarcie na miejsce okazało się atrakcją, ponieważ dostaliśmy się tam poziomą windą. Jako miłośniczka wszelkiego rodzaju kolejek, wind, wagoników i innych nietypowych środków transportu, czerpałam z tej krótkiej przejażdżki mnóstwo radości.
Ze wzgórza rozciągał się piękny widok na miasto, port i okoliczne wzgórza. Do samego zamku nie weszliśmy, choć podobno warto. Cóż, przynajmniej został nam kolejny powód, by kiedyś wrócić do Genui.
Późne popołudnie postanowiliśmy poświęcić na odkrywanie kulinarnej strony miasta. Trafiliśmy do polecanej w przewodnikach kawiarni, która słynęła z najlepszych słodkości w okolicy. Zamówiłam pistacjowego croissanta i cannolo z kremem mascarpone.
Croissant okazał się całkiem zwyczajny. Za to cannolo było rzeczywiście rewelacyjne i warte wszystkich pochwał, które wcześniej o nim czytałam.
Nie daliśmy się również kawowej dyktaturze Włochów i do słodkości zamówiliśmy cappuccino. W końcu jesteśmy turystami – wolno nam.
Wieczorem skupiliśmy się już na innym lokalnym specjale – focacci.
Tym razem nie kierowaliśmy się rekomendacjami przewodników ani internetowymi rankingami. Wybraliśmy lokal, przed którym ustawiła się najdłuższa kolejka. I był to strzał w dziesiątkę.
Świeżutka focaccia, wyjęta prosto z pieca, skropiona jedynie oliwą i doprawiona solą oraz rozmarynem, dosłownie rozpływała się w ustach.
Jedliśmy ją na placu przed Katedrą św. Wawrzyńca, gdzie lokalny grajek wygrywał melodie tangowe.
W innych okolicznościach pewnie dalibyśmy się porwać muzyce. Tym razem byliśmy już jednak zbyt zmęczeni i zbyt najedzeni.
Pozostaliśmy więc przy słuchaniu. I muszę przyznać, że była to całkiem przyjemna forma zakończenia dnia.

Dzień trzeci: niedziela 22 lutego 2026 r.

Z żeglarską duszą pod prąd, czyli dlaczego hop-on hop-off przegrał z focaccią

To był ostatni dzień w Genui. Samolot mieliśmy dopiero o 22, więc przed nami było jeszcze wiele godzin, które mogliśmy spędzić w tym włoskim mieście.
Wymeldowanie czekało nas jednak dość wcześnie, bo już o godzinie 10.
Zawsze zastanawia mnie pojęcie tzw. doby hotelowej, która z dobą ma niewiele wspólnego. Zameldowanie zazwyczaj o 15 lub 16, wymeldowanie o 10. Matematyka hotelarzy najwyraźniej rządzi się własnymi prawami.
Przed nami były dwa poranne wyzwania: znaleźć bankomat, żeby wypłacić pieniądze na podatek lokalny dla właściciela mieszkania, oraz zjeść śniadanie.
Oba zadania wydawały się banalne. W końcu w Polsce bankomat i sklep spożywczy znajdziemy niemal na każdym rogu. W Genui, w okolicy głównego dworca kolejowego, okazały się zaskakująco trudne do zrealizowania.
Zaczęliśmy od śniadania. Dla oszczędności czasu postanowiliśmy skorzystać z McDonald’s. Szybko okazało się jednak, że w niedzielny poranek nie jest to takie proste. Pozostało więc rozwiązanie sprawdzone i niezawodne – zakupy i śniadanie przygotowane samodzielnie.
Skoro już gotować, to porządnie.
Na stole pojawiła się jajecznica na boczku, a przy okazji przygotowaliśmy również kanapki na dalszą część dnia.
W międzyczasie podzieliliśmy obowiązki. Ja miałam spakować nasze rzeczy i ogarnąć pokój. Wacek wyruszył na poszukiwanie gotówki.
Chodził, pytał, sprawdzał w Google Maps i stopniowo odkrywał, że w Genui wolnostojące bankomaty są nieosiągalne. Trzeba szukać banków. A banki, jak wiadomo, w niedzielę są zamknięte.
W takich momentach naprawdę cieszę się, że mieszkam w Polsce.
I mam tylko jedno życzenie do przyszłych pokoleń: nie zepsujcie tego!
Jak i gdzie Wacek ostatecznie wypłacił potrzebne pieniądze, niech pozostanie jego słodką tajemnicą. Najważniejsze, że – jak zwykle – dał sobie radę.
Po wymeldowaniu ruszyliśmy dalej odkrywać Genuę.
Tym razem postanowiliśmy skorzystać z autobusu hop on hop off. Od razu jednak muszę uczciwie przyznać, że w przypadku Genui nie ma to większego sensu. Większość najciekawszych miejsc znajduje się na Starym Mieście, gdzie autobus i tak nie dociera.
Nam przydał się głównie do jednego – zawiózł nas w okolice latarni morskiej.
Dojście do niej okazało się niemożliwe z powodu remontu drogi. Na szczęście kursował specjalny shuttle bus, którym dotarliśmy niemal pod sam szczyt wzgórza.
Kilkadziesiąt schodów później mogliśmy podziwiać panoramę Genui, portu i Morza Liguryjskiego.
W niewielkim muzeum mieszczącym się przy latarni Wacek objaśniał mi działanie różnych urządzeń nawigacyjnych.
Lubię słuchać, gdy opowiada o takich rzeczach.
Mam wrażenie, że jego żeglarska dusza nadal w nim mieszka i ma się dobrze.
Później wróciliśmy do tego, co lubimy najbardziej – spacerowania bez konkretnego celu.
To chyba jeden z najlepszych sposobów poznawania miasta – zgubienie się w nim. Spacer bez planu, bez GPS-u. Skręcanie tam, gdzie podpowiada ciekawość albo wyobraźnia.
Właśnie dzięki takiemu błądzeniu trafiliśmy na prawdziwy architektoniczny unikat – renesansowy kościół wzniesiony bezpośrednio na wysokich arkadach, pod którymi przez wieki mieściły się kramy i sklepy.
Podobno był to sprytny sposób sfinansowania budowy świątyni przez lokalnych kupców i bankierów.
Do kościoła prowadzą strome schody, a sama bryła tak dobrze wtapia się w okoliczną zabudowę, że bardziej przypomina kamienicę niż świątynię.
Przed wyjazdem nie mogliśmy oczywiście odmówić sobie jeszcze jednej focaccii.
Poza klasyczną wersją z oliwą, rozmarynem i solą skusiłam się na wariant z pesto i dużą ilością sera.
Pyszna.
Choć zdecydowanie nie do przejedzenia.
Powoli zbliżał się wieczór. Przed nami był już tylko ostatni spacer po rozświetlonych ulicach Genui, pośród sznurów światełek rozwieszonych nad ulicami i ciepłego gwaru miasta.
Pojawiła się też refleksja, że to już koniec.
Że za chwilę wrócimy do codzienności.
Ale przecież coś musi się skończyć, żeby mogła zacząć się kolejna podróż.
Kochanie, mam nadzieję, że prezent urodzinowy się udał…