Genua miała być bez planu.
Jedyne założenie tego wyjazdu było proste: odpocząć i spędzić razem czas. Bez obowiązków, bez pośpiechu, bez listy miejsc do odhaczenia.
Zwiedzanie rozpoczęliśmy od Piazza della Vittoria, choć nie była to szczególnie przemyślana decyzja. Po prostu mieszkaliśmy dosłownie kilka kroków od tego placu. Stamtąd niespiesznie ruszyliśmy w kierunku starego miasta.
Z mojej poprzedniej podróży do Genui, kiedy byłam tu z dziećmi, najlepiej zapamiętałam port. To właśnie tam chciałam dotrzeć. Wszystko, co miało wydarzyć się po drodze, pozostawiliśmy przypadkowi.
Pierwsze kroki skierowaliśmy na Via XX Settembre – najważniejszą ulicę handlową miasta.
Rzeczywiście, na całej jej długości ciągnęły się sklepy znanych i drogich marek. Nas jednak witryny interesowały znacznie mniej niż sama ulica. Via XX Settembre jest niezwykle okazała i reprezentacyjna. Niemal cała trasa prowadzi pod eleganckimi arkadami, które chronią przed słońcem i deszczem.
Spacerując, co chwilę zadzieraliśmy głowy do góry lub patrzyliśmy pod nogi. Na sufitach i posadzkach zachowało się wiele historycznych zdobień, a niektóre mozaiki przyciągały wzrok bardziej niż sklepowe wystawy.
Mniej więcej w połowie ulicy dostrzegliśmy monumentalny most przerzucony nad Via XX Settembre. Jak się później okazało, nosi on bardzo adekwatną nazwę – Ponte Monumentale.
Oczywiście musieliśmy się na niego wspiąć.
Widok z góry pozwalał spojrzeć na ulicę z zupełnie innej perspektywy i jeszcze lepiej dostrzec jej rozmach.
Brak konkretnego planu szybko zaczął przynosić pierwsze korzyści. Skręcając w jedną z bocznych uliczek, natrafiliśmy na targ staroci i najróżniejszych osobliwości.
A to jest dokładnie ten rodzaj miejsca, który oboje uwielbiamy.
Spędziliśmy tam dłuższą chwilę, wałęsając się od stoiska do stoiska, oglądając, podziwiając i rozważając zakupy.
Mnie szczególnie zachwyciła stara lampa naftowa, przerobiona już na elektryczną. Była bogato zdobiona, pięknie zachowana i natychmiast uruchomiła moją wyobraźnię. Bez trudu widziałam ją już w remontowanym pokoju w naszym domu.
Na szczęście jej cena szybko sprowadziła mnie na ziemię i jednocześnie uwolniła od problemu, jak przewieźć ją samolotem w bagażu podręcznym.
W pobliżu Via XX Settembre trafiliśmy również do kościoła Santo Stefano – romańskiej świątyni o charakterystycznej pasiastej fasadzie i obronnej wieży.
Według informacji umieszczonej na kamiennej tablicy znajdującej się w podziemiach kościoła to właśnie tutaj został ochrzczony Krzysztof Kolumb. Świadomość przebywania w miejscu związanym z jedną z najbardziej znanych postaci epoki wielkich odkryć geograficznych działa na wyobraźnię.
Klucząc wąskimi uliczkami, dotarliśmy do serca miasta – Piazza Raffaele De Ferrari.
To główny plac Genui, miejsce, w którym spotykają się stare i nowe miasto. W jego centrum znajduje się ogromna fontanna, wokół której odpoczywają mieszkańcy i turyści.
Tego dnia plac tętnił jednak jeszcze bardziej niż zwykle. Trafiliśmy na festiwal słodyczy. Nie mogliśmy przejść obok niego obojętnie.
Chwilę później skusił aromat gorącej czekolady. Czekolada była gęsta, aksamitna i słodka. Wciąż jednak moim numerem jeden pozostaje gorąca czekolada z krakowskiego Carmello.
Zmierzając w stronę Starego Portu, odwiedziliśmy Katedrę św. Wawrzyńca – najważniejszy kościół w Genui. Już samo wejście robi wrażenie. Strzegą go dwa monumentalne lwy, a charakterystyczna biało-czarna fasada sprawia, że trudno pomylić tę świątynię z jakąkolwiek inną.
Mimo to nie katedra najbardziej zapadła nam w pamięć.
Znacznie większe wrażenie zrobiły na nas dwa inne kościoły.
Pierwszym była Bazylika Santissima Annunziata del Vastato.
Jej wnętrze dosłownie odebrało nam mowę. Miałam wrażenie, że znalazłam się w ogromnej galerii obrazów oprawionych w złocone ramy. Złoto, freski, zdobienia i przepych były obecne dosłownie wszędzie. To jedno z tych miejsc, które pozwalają wyobrazić sobie, jak bogata i potężna była niegdyś Republika Genui.
Przed bazyliką znajduje się rzeźba żebraka z wyrytymi słowami: „Byłem głodny, daliście mi jeść. Byłem spragniony, daliście mi pić.”
To jeden z tych drobnych detali, które zostają w pamięci równie długo jak największe zabytki.
Drugim miejscem, które nas zachwyciło, była Bazylika Santa Maria delle Vigne. To najstarsze sanktuarium maryjne w Genui, którego historia sięga końca X wieku. Z zewnątrz nie zapowiada tego, co czeka wewnątrz. Dopiero po przekroczeniu progu można zobaczyć imponujące barokowe dekoracje, freski i zabytkowe organy.
W Starym Porcie obowiązkowym punktem zwiedzania był Galeon Neptun. Ten imponujący żaglowiec został zbudowany na potrzeby filmu „Piraci” w reżyserii Romana Polańskiego, a dziś pełni funkcję atrakcji turystycznej i niewielkiego muzeum.
Wacek od razu wczuł się w atmosferę miejsca. Stawał za sterem, zaglądał do kajut, dotykał dział i z zainteresowaniem oglądał każdy zakamarek statku. Miałam wrażenie, że właśnie tutaj Genua zaczęła podobać mu się jeszcze bardziej.
Ze Starego Portu ruszyliśmy w stronę Zamku d’Albertis. Już samo dotarcie na miejsce okazało się atrakcją, ponieważ dostaliśmy się tam poziomą windą. Jako miłośniczka wszelkiego rodzaju kolejek, wind, wagoników i innych nietypowych środków transportu, czerpałam z tej krótkiej przejażdżki mnóstwo radości.
Ze wzgórza rozciągał się piękny widok na miasto, port i okoliczne wzgórza. Do samego zamku nie weszliśmy, choć podobno warto. Cóż, przynajmniej został nam kolejny powód, by kiedyś wrócić do Genui.
Późne popołudnie postanowiliśmy poświęcić na odkrywanie kulinarnej strony miasta. Trafiliśmy do polecanej w przewodnikach kawiarni, która słynęła z najlepszych słodkości w okolicy. Zamówiłam pistacjowego croissanta i cannolo z kremem mascarpone.
Croissant okazał się całkiem zwyczajny. Za to cannolo było rzeczywiście rewelacyjne i warte wszystkich pochwał, które wcześniej o nim czytałam.
Nie daliśmy się również kawowej dyktaturze Włochów i do słodkości zamówiliśmy cappuccino. W końcu jesteśmy turystami – wolno nam.
Wieczorem skupiliśmy się już na innym lokalnym specjale – focacci.
Tym razem nie kierowaliśmy się rekomendacjami przewodników ani internetowymi rankingami. Wybraliśmy lokal, przed którym ustawiła się najdłuższa kolejka. I był to strzał w dziesiątkę.
Świeżutka focaccia, wyjęta prosto z pieca, skropiona jedynie oliwą i doprawiona solą oraz rozmarynem, dosłownie rozpływała się w ustach.
Jedliśmy ją na placu przed Katedrą św. Wawrzyńca, gdzie lokalny grajek wygrywał melodie tangowe.
W innych okolicznościach pewnie dalibyśmy się porwać muzyce. Tym razem byliśmy już jednak zbyt zmęczeni i zbyt najedzeni.
Pozostaliśmy więc przy słuchaniu. I muszę przyznać, że była to całkiem przyjemna forma zakończenia dnia.