Wydawało się, że dalej będzie równie bezproblemowo. Wiedzieliśmy, że na przesiadkę w Kopenhadze mamy tylko 50 minut. Nie zdawaliśmy sobie jednak sprawy, jak długą drogę będziemy musieli pokonać od miejsca przylotu w strefie Schengen do kontroli paszportowej, a potem do bramki naszego lotu do USA.
I tak rozpoczął się prawdziwy maraton z bagażami. Najbardziej żal mi było Wacka. Oprócz plecaka z ubraniami dźwigał drugi, w którym miał sprzęt fotograficzny, tablet i laptop. Patrzyłam na niego i naprawdę bałam się, że w którymś momencie się podda. Ale on z determinacją i bez słowa narzekania parł do przodu. A potem na tablicy pojawiła się informacja, która zdecydowanie podniosła nam poziom adrenaliny. Zamknięcie gate’u za 5 minut. A jednocześnie: czas dojścia do bramki – 19 minut. No świetnie. Wrzuciliśmy piąty bieg i wycisnęliśmy siódme poty.
Dzieci rzuciły się przodem. Plan był prosty: jeśli naprawdę zaczną zamykać bramkę, zanim my dobiegniemy, miały przynajmniej próbować ich powstrzymać.
Najpierw trzeba było jednak przejść kontrolę paszportową.
Panowie uporali się z nią szybko. Nam z Ulą, przez okulary, poszło nieco gorzej. Ula musiała nawet podejść do funkcjonariusza, który odprawił ją ręcznie. I znowu bieg. Najgorsze było to, że nie mieliśmy pojęcia, ile drogi zostało przed nami. Siły właściwie już się skończyły, a my nadal biegliśmy.
Jeszcze kilka prostych. Schody w dół.
I wreszcie… Meta! Dobiegliśmy.
Na pokład samolotu do Nowego Jorku weszliśmy szczęśliwi i kompletnie wykończeni. Teraz czekało nas osiem i pół godziny lotu. Na początku brzmiało to strasznie długo. Osiem i pół godziny zamkniętych w samolocie? Jak to wytrzymać? Okazało się, że zupełnie niepotrzebnie się tym przejmowaliśmy.
Ciągle coś się działo. A to komunikaty, a to szukanie filmów na ekranach przed nami, powitalny drink, dolewka kawy albo herbaty, pierwszy posiłek, kolejna dolewka, trochę rozmów, trochę drzemki, kilka wypraw do toalety i przy okazji rozprostowanie nóg. Potem nasze bułki i przekąski, drugi posiłek…I właściwie zaraz lądowaliśmy. Te osiem i pół godziny minęło niemal niepostrzeżenie.
Sam lot był naprawdę bardzo przyjemny. Dostaliśmy koce i poduszki, mieliśmy słuchawki do ekranów, napoje były regularnie uzupełniane, a do tego podano nam dwa naprawdę syte i smaczne posiłki. Na pierwszy był makaron z kurczakiem w sosie brokułowym, sałatka i ciastko z recyklingu bananów.
Potem uznaliśmy, że chyba już niczego więcej nie dostaniemy, więc zabraliśmy się za własne zapasy. Oczywiście chwilę później pojawił się drugi posiłek. Calzone à la pizza i sok pomarańczowy. Czyli głodni z samolotu zdecydowanie nie wyszliśmy.
Lądowanie w Newark również przebiegło sprawnie i bezproblemowo. Tutaj czekał nas jednak kolejny moment, którego trochę się obawialiśmy – amerykańska kontrola graniczna. Przed wyjazdem internet dostarczył nam mnóstwa historii o turystach niewpuszczonych do USA, długich i szczegółowych przesłuchaniach, ogromnych kolejkach i niezbyt przyjaznej atmosferze. Rzeczywistość okazała się zupełnie inna. Na odprawę czekaliśmy może kilkanaście minut. Obsługa bardzo pilnowała, żeby kolejka przesuwała się sprawnie. Do urzędniczki podeszliśmy całą czwórką. Okazała się bardzo miła i przyjazna. Zapytała właściwie tylko, czy to rodzinny wyjazd, potwierdziła adres naszego noclegu i życzyła nam miłego pobytu w Stanach. I tyle. Żadnych dociekliwych pytań. Żadnej nieprzyjemnej atmosfery. Wszystko z uśmiechem.
Byliśmy w USA! Jeszcze tylko szybkie zdjęcie ze zminiaturyzowaną Statuą Wolności i mogliśmy ruszać do naszego noclegu w Astorii.
Tutaj również obyło się bez większych problemów.
Najpierw kolejka, potem metro, na koniec krótki spacer. Nasza gospodyni przez cały czas pozostawała z nami w kontakcie, a na miejscu serdecznie nas przywitała. Apartament okazał się przyjemny i przestronny. W sam raz dla naszej czwórki.
Oczywiście mieliśmy jeszcze plany.
Może wyjdziemy na miasto?
Może chociaż na szybkie zakupy?
Nie.
Zmęczenie wygrało.
Ja padłam właściwie natychmiast, dodatkowo pokonana przez paskudną migrenę. Dzieci wytrzymały niewiele dłużej.
Na placu boju pozostał tylko Wacek.
Ten sam, który kilka godzin wcześniej przebiegł przez lotnisko w Kopenhadze obładowany dwoma plecakami.
Jak się okazało – najtwardszy zawodnik naszej czwórki.
Kiedy cała reszta skapitulowała, on jeszcze ruszył na zakupy do pobliskiego marketu.
A mój wymarzony Nowy Jork?
Czekał na mnie 50 lat, to poczeka jeszcze do rana.