Nowy Jork — wstęp
Podróżniczy pamiętnik

Nowy Jork

W książce Nataszy Sochy „Pokój kołysanek” znalazłam fragment, który wyjątkowo mocno do mnie przemówił:

„Świat jest piękny… A podróżowanie to jak nurkowanie w chmurach, jak dotykanie nieba, jak taniec wśród gwiazd. To niewiarygodne, ile świat ma barw, smaków i zapachów. Cudownie jest czasem obudzić się w zupełnie innym miejscu i popatrzeć na zachód słońca po drugiej stronie kuli ziemskiej. To ciągle to samo Słońce, a jednak czujesz się inaczej, wyjątkowo, magicznie”.

Mam ogromne szczęście w życiu, że mam przy sobie ludzi, z którymi mogę dzielić tę pasję. Bo podróżowanie jest wspaniałe samo w sobie, ale dla mnie nabiera jeszcze większej wartości wtedy, gdy mam obok siebie kogoś, z kim mogę dzielić zachwyt, zdziwienie, zmęczenie, śmiech i wszystkie te drobne chwile, które później zamieniają się we wspomnienia.

Tym razem będzie jeszcze bardziej wyjątkowo.

Lecimy do Nowego Jorku.

Do miasta, które od dawna znajdowało się na mojej liście miejsc, które chciałabym zobaczyć choć raz w życiu. I jadę tam nie tylko z Wackiem, moim kompanem życiowych i podróżniczych szaleństw, ale również z Ulą i Wojtkiem, moimi wspaniałymi dziećmi.

Będziemy więc we czwórkę. Razem, po drugiej stronie oceanu.

I chyba właśnie to cieszy mnie w tej podróży najbardziej. Bo Nowy Jork może zachwycić wieżowcami, światłami Manhattanu, Broadwayem czy widokiem z drugiej strony Mostu Brooklińskiego. Ale najważniejsze wspomnienia stworzą ludzie, z którymi będę na to wszystko patrzeć.

To ciągle to samo Słońce.

Tylko tym razem zobaczymy je nad Nowym Jorkiem.

New York 26

O tym, jak prawie skończyliśmy podróż w Kopenhadze

Dzień zaczął się spokojnie. Oczywiście towarzyszył nam zwyczajowy stres podróżny, ale wyjątkowo byliśmy zupełnie przygotowani. Wszystko spakowane, wszystko ogarnięte. Zostało tylko zrobić kanapki z jajkiem na drogę, podlać kwiaty, nakarmić i pogłaskać koty.

Ula przyjechała po nas chwilę przed siódmą. Odebraliśmy jeszcze Wojtka i ruszyliśmy na lotnisko. I wszystko szło doskonale. Ula swoim słodkim uśmiechem spowodowała nawet, że zostaliśmy odprawieni bez kolejki. Pozostało nam już tylko spokojnie czekać na samolot. Lot do Kopenhagi minął szybko. Wylądowaliśmy przed czasem, a do tego udało nam się wyjść z samolotu jako jednym z pierwszych. No idealnie.

Wydawało się, że dalej będzie równie bezproblemowo. Wiedzieliśmy, że na przesiadkę w Kopenhadze mamy tylko 50 minut. Nie zdawaliśmy sobie jednak sprawy, jak długą drogę będziemy musieli pokonać od miejsca przylotu w strefie Schengen do kontroli paszportowej, a potem do bramki naszego lotu do USA.

I tak rozpoczął się prawdziwy maraton z bagażami. Najbardziej żal mi było Wacka. Oprócz plecaka z ubraniami dźwigał drugi, w którym miał sprzęt fotograficzny, tablet i laptop. Patrzyłam na niego i naprawdę bałam się, że w którymś momencie się podda. Ale on z determinacją i bez słowa narzekania parł do przodu. A potem na tablicy pojawiła się informacja, która zdecydowanie podniosła nam poziom adrenaliny. Zamknięcie gate’u za 5 minut. A jednocześnie: czas dojścia do bramki – 19 minut. No świetnie. Wrzuciliśmy piąty bieg i wycisnęliśmy siódme poty.

Dzieci rzuciły się przodem. Plan był prosty: jeśli naprawdę zaczną zamykać bramkę, zanim my dobiegniemy, miały przynajmniej próbować ich powstrzymać.

Najpierw trzeba było jednak przejść kontrolę paszportową.

Panowie uporali się z nią szybko. Nam z Ulą, przez okulary, poszło nieco gorzej. Ula musiała nawet podejść do funkcjonariusza, który odprawił ją ręcznie. I znowu bieg. Najgorsze było to, że nie mieliśmy pojęcia, ile drogi zostało przed nami. Siły właściwie już się skończyły, a my nadal biegliśmy.

Jeszcze kilka prostych. Schody w dół.

I wreszcie… Meta! Dobiegliśmy.

Na pokład samolotu do Nowego Jorku weszliśmy szczęśliwi i kompletnie wykończeni. Teraz czekało nas osiem i pół godziny lotu. Na początku brzmiało to strasznie długo. Osiem i pół godziny zamkniętych w samolocie? Jak to wytrzymać? Okazało się, że zupełnie niepotrzebnie się tym przejmowaliśmy.

Ciągle coś się działo. A to komunikaty, a to szukanie filmów na ekranach przed nami, powitalny drink, dolewka kawy albo herbaty, pierwszy posiłek, kolejna dolewka, trochę rozmów, trochę drzemki, kilka wypraw do toalety i przy okazji rozprostowanie nóg. Potem nasze bułki i przekąski, drugi posiłek…I właściwie zaraz lądowaliśmy. Te osiem i pół godziny minęło niemal niepostrzeżenie.

Sam lot był naprawdę bardzo przyjemny. Dostaliśmy koce i poduszki, mieliśmy słuchawki do ekranów, napoje były regularnie uzupełniane, a do tego podano nam dwa naprawdę syte i smaczne posiłki. Na pierwszy był makaron z kurczakiem w sosie brokułowym, sałatka i ciastko z recyklingu bananów.

Potem uznaliśmy, że chyba już niczego więcej nie dostaniemy, więc zabraliśmy się za własne zapasy. Oczywiście chwilę później pojawił się drugi posiłek. Calzone à la pizza i sok pomarańczowy. Czyli głodni z samolotu zdecydowanie nie wyszliśmy.

Lądowanie w Newark również przebiegło sprawnie i bezproblemowo. Tutaj czekał nas jednak kolejny moment, którego trochę się obawialiśmy – amerykańska kontrola graniczna. Przed wyjazdem internet dostarczył nam mnóstwa historii o turystach niewpuszczonych do USA, długich i szczegółowych przesłuchaniach, ogromnych kolejkach i niezbyt przyjaznej atmosferze. Rzeczywistość okazała się zupełnie inna. Na odprawę czekaliśmy może kilkanaście minut. Obsługa bardzo pilnowała, żeby kolejka przesuwała się sprawnie. Do urzędniczki podeszliśmy całą czwórką. Okazała się bardzo miła i przyjazna. Zapytała właściwie tylko, czy to rodzinny wyjazd, potwierdziła adres naszego noclegu i życzyła nam miłego pobytu w Stanach. I tyle. Żadnych dociekliwych pytań. Żadnej nieprzyjemnej atmosfery. Wszystko z uśmiechem.

Byliśmy w USA! Jeszcze tylko szybkie zdjęcie ze zminiaturyzowaną Statuą Wolności i mogliśmy ruszać do naszego noclegu w Astorii.

Tutaj również obyło się bez większych problemów.

Najpierw kolejka, potem metro, na koniec krótki spacer. Nasza gospodyni przez cały czas pozostawała z nami w kontakcie, a na miejscu serdecznie nas przywitała. Apartament okazał się przyjemny i przestronny. W sam raz dla naszej czwórki.

Oczywiście mieliśmy jeszcze plany.

Może wyjdziemy na miasto?

Może chociaż na szybkie zakupy?

Nie.

Zmęczenie wygrało.

Ja padłam właściwie natychmiast, dodatkowo pokonana przez paskudną migrenę. Dzieci wytrzymały niewiele dłużej.

Na placu boju pozostał tylko Wacek.

Ten sam, który kilka godzin wcześniej przebiegł przez lotnisko w Kopenhadze obładowany dwoma plecakami.

Jak się okazało – najtwardszy zawodnik naszej czwórki.

Kiedy cała reszta skapitulowała, on jeszcze ruszył na zakupy do pobliskiego marketu.

A mój wymarzony Nowy Jork?

Czekał na mnie 50 lat, to poczeka jeszcze do rana.

Dzień piąty: 13 listopada 2025 r.

Wadi Rum - pustynne bańki

Na ten dzień zaplanowaliśmy Wadi Rum.

Poranek rozpoczęliśmy od śniadania. Nasza gospodyni, widząc, że nie da się nam już wcisnąć żadnych chust ani perfum, najwyraźniej uznała, że nie ma potrzeby przykładać się do atrakcyjności posiłku. Dostaliśmy po jednym jajku na twardo, serku topionym i kromce chleba tostowego. Szczerze cieszyliśmy się, że to definitywny koniec naszej przygody z Petra Magic House.

Przejazd do Wadi Rum miał zająć około dwóch godzin. I tu muszę się pochwalić – po drodze wykazałam się wyjątkową czujnością, przypominając Wackowi o tankowaniu. To nie była błahostka: przez całą dalszą trasę do Wadi Rum nie zauważyliśmy ani jednej stacji benzynowej.

Zwiedzanie pustyni postanowiliśmy tym razem odbyć z przewodnikiem. Okazało się to strzałem w dziesiątkę. Koszt nie był wysoki, a w zamian otrzymaliśmy naprawdę atrakcyjny i przemyślany program. To był jeden z tych momentów, kiedy ani przez chwilę nie żałowałam wydanych pieniędzy – samodzielna organizacja byłaby trudna i stresująca. Zrozumieliśmy to od razu po dotarciu do centrum turystycznego. Wzdłuż drogi stały dziesiątki naganiaczy, przekrzykujących się i usiłujących nakłonić nas do skorzystania z ich usług. Na szczęście nasz przewodnik już na nas czekał. Pojechaliśmy za nim na parking, zostawiliśmy samochód i przesiedliśmy się do jeepa. Tak rozpoczęła się nasza 24-godzinna przygoda z pustynią Wadi Rum.

Pogoda była idealna: słonecznie, około 22 stopni. Doskonałe warunki do eksplorowania pustyni, która z każdym kolejnym kilometrem odsłaniała swoje niezwykłe piękno. Zwiedzanie zaczęliśmy od cmentarza i pozostałości świątyni Nabatejczyków. Później jechaliśmy śladami Lawrence’a z Arabii, odwiedzając Lawrence Spring i Lawrence’s House. Próbowaliśmy wspiąć się na wydmę Red Sand Dune i przecisnąć przez Kanion Khazali, podziwiając naskalne inskrypcje – petroglify.

W pewnym momencie pustynia postanowiła pokazać swoje drugie oblicze. Zerwał się wiatr, temperatura gwałtownie spadła, a drobinki piasku zaczęły wirować w powietrzu, wciskając się do oczu i ust i ograniczając widoczność do kilku metrów. Na szczęście burza piaskowa trwała zaledwie kilkanaście minut. Nasz przewodnik wykorzystał ten czas, by znaleźć zaciszne miejsce na postój i przygotować obiad w beduińskim stylu.

Wszyscy zaangażowaliśmy się w zbieranie chrustu, a Wacek również w rozpalanie i podtrzymywanie ognia. Obiad był niezwykle prosty: duszona cebula, papryczki chili, trzy rodzaje fasoli i pomidory, mocno doprawione, do tego tuńczyk, kozi ser, hummus, świeże warzywa i pita. W otoczeniu pustynnego majestatu smakowało to jak danie z najlepszej restauracji. Jedliśmy z prawdziwą przyjemnością,  Wojciech wręcz z lekkim obłędem, co później skończyło się drobną niestrawnością.

Po krótkim odpoczynku i filiżance aromatycznej herbaty ruszyliśmy dalej.

Czekała nas wspinaczka na Umm Fruth Rock Arch – imponujący, wysoki łuk skalny z zapierającą dech panoramą. Wejście odbywa się bez żadnych zabezpieczeń, a zejście… w pozycji kraba. Wszyscy daliśmy radę, choć nie obyło się bez krótkiego ataku paniki.

Krążąc po pustyni, co chwilę zatrzymywaliśmy się, by podziwiać niezwykłe formacje skalne, zrobić zdjęcia przy Mushroom Stone – skale przypominającej grzyba albo nakarmić wielbłądy pozostałą z obiadu pitą.

W pewnym momencie rozpoczął się szaleńczy pościg za słońcem. Byliśmy niemal pewni, że nie uda się zrealizować jednego z punktów programu – zachodu słońca na pustyni. Nasz przewodnik robił jednak wszystko, by się udało. Kilka razy zakopaliśmy się w piasku, pędziliśmy, wzbijając tumany kurzu, aż wydawało się, że już zapadł zmrok… a jednak. Dotarliśmy na punkt widokowy i zanim słońce schowało się za horyzontem, zrobiliśmy setki romantycznych zdjęć.

Pozostało jeszcze dotrzeć do obozu. Wybraliśmy nocleg w namiotach typu bubble – z własną łazienką, klimatyzacją i ogrzewaniem oraz przeszkloną ścianą, przez którą można było podziwiać pustynną panoramę. Na miejscu czekała na nas kolacja beduińska, a potem spokojne delektowanie się herbatą przy ognisku.

To był dzień niezwykły – pełen wrażeń, oszałamiających widoków, prostego, pysznego jedzenia i refleksji:

tak właśnie warto żyć.

Dzień szósty: 14 listopada 2025 r.

Akaba

Dzień zaczęliśmy dość wcześnie, już o ósmej byliśmy umówieni z naszym przewodnikiem na odbiór z ośrodka.

Ale najpierw śniadanie, które okazało się bardzo różnorodne i naprawdę smaczne. Miła odmiana po wczorajszych jajkach na twardo. Na wynos zabraliśmy pity dla wielbłądów.

Pierwszą atrakcją dnia była przejażdżka na wielbłądach. Skorzystali z niej tylko Ula i Wojtek. Ja z Wackiem mieliśmy to już za sobą w Maroku i obiecaliśmy sobie jedno: nigdy więcej. Dzieciaki były nieco zawiedzione, bo właściciel nie pozwolił nakarmić swoich zwierząt. Nasz przewodnik ruszył więc na poszukiwanie innych amatorów pity. Napotkane wielbłądy szybko uwolniły nas od zapasów i pozwoliły sfotografować się z każdej możliwej strony.

Godzinę później, po pożegnaniu z przewodnikiem, ruszyliśmy dalej na południe – do Akaby. Zanim wjechaliśmy do miasta, czekała nas kontrola paszportowa. Widzieliśmy, że miejscowi byli sprawdzani dość szczegółowo, łącznie z otwieraniem bagażników i bagaży. W naszym przypadku pogranicznik z uśmiechem zapytał jedynie, skąd jesteśmy, i życzył nam udanego pobytu.

Jak doczytaliśmy w internetach, Akaba znalazła się w granicach Jordanii dzięki wymianie terytorialnej z Arabią Saudyjską, która w zamian za kawałek pustyni oddała Jordanii dziesięć kilometrów wybrzeża. Miasto jest dziś strefą wolnocłową, co teoretycznie oznacza niższe ceny. Nie weryfikowaliśmy tego szczególnie dokładnie – nasze zakupy ograniczyły się do wody i dwóch flakoników arabskich perfum.

Akaba jest jedynym miastem Jordanii z dostępem do morza. To właśnie tutaj znajdują się piękne rafy koralowe, przyciągające tłumy turystów i miłośników nurkowania. My również planowaliśmy snorkeling. Pogoda jednak trochę się popsuła – nadal było słonecznie, ale już wyraźnie chłodniej. Poza tym chłopaki marzyli o odpoczynku w hotelu. Trudno się dziwić, poprzednie dni były bardzo intensywne, a hotel mieliśmy wyjątkowo przyjemny, z basenem na ostatnim piętrze.

Popołudnie upłynęło więc pod znakiem relaksu. Wojtek wybrał drzemkę, Wacek skorzystał z basenu, a my z Ulą poszłyśmy do hammamu. Przez trzy godziny oddawałyśmy się czystej przyjemności: masaże, peelingi, sauna, wanna z bąbelkami i witaminowe drinki. Wszystko to w wyłącznym towarzystwie kobiet. To jedno z niewielu miejsc, gdzie kobiety mogą chodzić w negliżu i czuć się w pełni bezpiecznie.

W Akabie znajduje się jedna publiczna plaża, położona w samym sercu miasta. Nie jest to jednak miejsce odpowiednie na relaks w bikini. Plażę odwiedzają głównie miejscowi, często całymi rodzinami. Kobiety siedzą zakryte, kąpią się w specjalnych, zabudowanych strojach. Kobieta w bikini wzbudziłaby niemałą sensację.

Na plażę wybraliśmy się wieczorem, już tylko na spacer. Tylko ja zdjęłam buty i zanurzyłam stopy w Morzu Czerwonym.

O Akabie pisze się, że jest najbardziej ortodoksyjnym miastem w Jordanii. My jednak tego nie zauważyliśmy. Mam wrażenie, że więcej zakrytych kobiet widzieliśmy w Ammanie. Nawet pod meczetem – którego nie udało nam się zwiedzić, bo był piątek, dzień szczególnej modlitwy (Jumu’ah) – nie było kobiet w burkach, a jedynie w hidżabach.

Wieczór w Akabie był cichy i kojący. Po kilku bardzo intensywnych dniach pozwoliliśmy sobie na prawdziwy odpoczynek – bez planów, bez pośpiechu, z myślami płynącymi równie leniwie jak fale Morza Czerwonego. Ciepłe powietrze, zapach soli i miękkie światło miasta sprawiały, że wszystko zwalniało, jakby Jordania dawała nam chwilę oddechu przed drogą powrotną.

Bo następnego dnia nie czekały nas już spektakularne atrakcje ani kolejne „must see”. Czekała nas droga. Długa, spokojna, prowadząca na północ – z powrotem do Ammanu. Dzień spędzony głównie w samochodzie, w rytmie zmieniających się krajobrazów, rozmów, ciszy i myśli porządkujących się same.

Dzień siódmy: 15 listopada 2025 r.

Deszcz w Jordanii

Ten dzień miał być inny niż wszystkie, bez wielkich atrakcji i ekscytacji. Dzień drogi. Powrót z Akaby do Ammanu, z południa na północ Jordanii.

Śniadanie jedliśmy na tarasie na dachu hotelu. Szwedzki stół pozwalał każdemu znaleźć coś dla siebie, ale mnie najbardziej urzekła słodka herbata z kardamonem, podawana ze świeżymi listkami mięty. Obiecałam sobie, że kupię ją na zapas i będę parzyć w długie, zimowe wieczory – na wspomnienie tego wyjazdu.

Po śniadaniu i krótkim odpoczynku ruszyliśmy w drogę. Plan był ambitny: zahaczyć jeszcze o Morze Martwe i dać mi szansę na kąpiel, której wcześniej sobie odmówiłam. Moje zadrapania na nogach zdążyły się już nieco zagoić, więc byłam gotowa. Niestety pogoda miała inne plany – zrobiło się chłodno, a silny wiatr skutecznie odebrał mi odwagę. Trudno. Może innym razem.

Pojechaliśmy więc prosto do Al-Karak. Nazwa odnosi się zarówno do miasta, jak i górującego nad nim zamku z czasów krzyżowców. Ciekawostką jest fakt, że miasto to zostało uwiecznione na mozaikowej mapie w Madabie. Zamek położony jest na wysokich skałach, a dojazd do niego bywa dość karkołomny. Z murów rozciąga się imponujący widok na całe Al-Karak.

Mimo że nie był to sezon turystyczny, zaraz po wyjściu z samochodu podeszło do nas kilku miejscowych z klasycznym: „Where are you from, my friend?” i nieśmiertelnym „Welcome to Jordan”. Zapraszali do sklepików i restauracji, serdecznie, ale nienatrętnie, jak wszędzie w Jordanii.

Wejście do zamku było dla nas bezpłatne dzięki Jordan Pass, choć wiązało się z kontrolą bezpieczeństwa – w 2006 roku doszło tu do zamachu terrorystycznego, w którym zginęło 14 osób. Przeszliśmy się po ruinach, a Wojtek – jak zwykle doskonale przygotowany – opowiedział nam kilka historycznych ciekawostek związanych z tym miejscem.

Było już popołudnie, więc głód dał o sobie znać. Myśl o zbliżającym się powrocie do domu przełożyła się na kulinarne tęsknoty – zachciało nam się pizzy. Trafiliśmy do klimatycznej pizzerii, w której oprócz jedzenia odbywała się też swoista „garażowa wyprzedaż”. Nie mogłam się powstrzymać: kupiłam figurkę aniołka dla Wacka oraz uroczą retro choinkę na baterie, grającą „Silent Night”. Ten drobiazg miał dla mnie symboliczne znaczenie – znak chrześcijańskich świąt kupiony w arabskim kraju, w samym środku podróży pełnej kontrastów.

Przez resztę drogi do Ammanu towarzyszył nam deszcz. Jordania powoli oswajała nas z myślą o powrocie do jesiennej Polski. Na koniec czekał na nas hotel, który oferował odrobinę luksusu – najdroższy z całej podróży, ale wart swojej ceny. Dostaliśmy apartament z dwiema sypialniami, dwiema łazienkami i salonem z aneksem kuchennym. Duże, wygodne łóżka kusiły, by zostać, ale my wciąż mieliśmy ochotę na miasto.

Wybraliśmy się więc jeszcze na wieczorny spacer po centrum Ammanu. Delikatnie kropiło, ale szło się przyjemnie. Kupiliśmy ostatnie pamiątki dla bliskich i do hotelu wróciliśmy taksówką.

To był dzień wyciszenia. Bez fajerwerków, ale potrzebny. Jak głęboki oddech przed ostatnim rozdziałem tej podróży.

Dzień ósmy: 16 listopada 2025r.

Petra bez swetra - the last chapter...

Ostatni poranek w Jordanii przywitał nas wyjątkowo hojnie. Śniadanie w hotelu było naprawdę rewelacyjne – różnorodne, dopracowane, takie, które pozwalało celebrować fakt, że to jeszcze tu, jeszcze teraz. Jedliśmy bez pośpiechu, trochę już myślami w drodze, a trochę wciąż zanurzeni w minionych dniach.

Po śniadaniu wybraliśmy się na krótki spacer po centrum Ammanu. To był ten rodzaj spaceru, kiedy nie trzeba już niczego „odhaczać”. Miasto było tłem dla rozmów, wspomnień i cichego oswajania powrotu. Dokupiliśmy ostatnie magnesy i drobne pamiątki – te symboliczne, które po przyklejeniu do lodówki będą codziennie przypominać, że Jordania wydarzyła się naprawdę.

Potem przyszedł czas na oddanie samochodu. Zrobiliśmy to sprawnie, niemal rutynowo, choć jeszcze kilka dni wcześniej jazda po jordańskich drogach wydawała się egzotycznym wyzwaniem. Teraz była już tylko kolejnym wspomnieniem do kolekcji.

Wylot mieliśmy o 13.30. Lot przebiegł spokojnie, a pogoda w Krakowie okazała się łaskawa – bez mgły, bez komplikacji. Bezpiecznie wylądowaliśmy w Balicach, gdzie na parkingu czekał samochód Uli. Jeszcze chwila wspólnej drogi, ostatnie rozmowy, pożegnania – i każdy z nas wrócił do swojego codziennego świata.

Tak zakończyła się nasza jordańska przygoda.

Z głową pełną obrazów, sercem poruszonym bardziej, niż się spodziewałam, i z poczuciem, że spełnione marzenia mają niezwykłą moc. Uczą wdzięczności, odwagi i przypominają, że warto marzyć dalej.

Bo podróże nie kończą się w momencie lądowania. One zostają. W nas.